Sławomir Doburzyński

Wobec ataku w Jarosławiu jednym z najważniejszych zadań staje się dziś stworzenie wspólnego języka rozmowy między różnymi częściami Polski.

Tragedia w Jarosławiu wymaga dziś przede wszystkim powściągliwości w formułowaniu wniosków. Według oficjalnych informacji 24 września na terenie Opactwa Sióstr Benedyktynek 31-letni obywatel Ukrainy zaatakował pięć osób; jedna z nich zmarła. Prokuratura podkreśla, że przyczyny działania sprawcy pozostają nieustalone, a śledztwo jest na początkowym etapie. W tej sytuacji nie ma podstaw, aby przesądzać ani o jego stanie psychicznym i zdolności rozumienia własnego postępowania, ani o motywacji ideologicznej, politycznej czy o jakimkolwiek związku zdarzenia ze sterowaną działalnością wymierzoną w polskie państwo i społeczeństwo. Każda z takich hipotez wymagałaby odrębnych dowodów. Tym bardziej błędem byłoby sprowadzenie obecnej sytuacji do prostego wyboru między „czynem osoby nieświadomej” a „operacją wymierzoną w Polskę”. Możliwych wyjaśnień jest więcej, a ich rozstrzygnięcie należy do śledztwa.

Nie oznacza to jednak, że do czasu ustalenia motywów wydarzenie nie ma szerszego znaczenia. Jego społeczny skutek pojawia się niezależnie od tego, jakie ostatecznie okaże się podłoże działania sprawcy. Brutalny atak, śmierć człowieka, miejsce zdarzenia, narodowość napastnika i lokalizacja w regionie bezpośrednio stykającym się z konsekwencjami wojny rosyjsko-ukraińskiej tworzą razem bardzo silny ładunek emocjonalny. Już w pierwszych godzinach po ujawnieniu narodowości sprawcy gwałtownie wzrosła intensywność internetowej dyskusji o Ukrainie. Analiza przywołana przez „Rzeczpospolitą” wskazywała na dominację gniewu, pogardy i uogólnionej wrogości, przy czym sam raport zastrzegał, że opisuje reakcje w sieci, a nie motywację sprawcy ani charakter przestępstwa. Sam fakt, że zarówno prymas Polski, jak i przedstawiciele strony ukraińskiej bardzo szybko apelowali, aby odpowiedzialności pojedynczej osoby nie przenosić na całą społeczność ukraińską, pokazuje, że ryzyko takiego mechanizmu zostało dostrzeżone niemal natychmiast.

Na wschodnim pograniczu znaczenie takich zdarzeń może być szczególnie duże, ponieważ nakładają się one na doświadczenie, które w innych częściach kraju ma bardziej pośredni charakter. Bliskość Ukrainy, intensywny ruch transgraniczny, wieloletnia obecność uchodźców i migrantów, wojskowy wymiar zabezpieczenia granicy, a zarazem codzienna obecność wojny w lokalnym obiegu informacji powodują, że abstrakcyjne kategorie bezpieczeństwa znacznie łatwiej otrzymują tam konkretną, lokalną treść. Nie oznacza to, że społeczności wschodniej Polski można opisać jako jednolicie bardziej przestraszone, radykalne czy niechętne Ukraińcom. Byłby to właśnie jeden ze stereotypów, których w obecnych warunkach należy unikać. Można natomiast przyjąć, że społeczne koszty kolejnych incydentów związanych z bezpieczeństwem są tam odbierane w specyficznym kontekście doświadczenia pogranicza.

Pojawia się w związku z tym ryzyko uruchomienia bardzo nieproduktywnego mechanizmu: swoistej licytacji terytorialnej na zagrożenie. Wschód może mówić o bezpośredniej bliskości wojny, granicy z Ukrainą i Białorusią, presji migracyjnej czy incydentach o charakterze hybrydowym. Północ i zachód mogą odpowiadać, że zagrożenia nie kończą się na wschodniej granicy. We wrześniu w rejonie Rusinowa na zachodniopomorskim wybrzeżu znaleziono rosyjski bezzałogowiec, który według ustaleń służb był uzbrojony w głowicę odłamkowo-burzącą; niebezpieczne elementy zostały następnie zneutralizowane. Takie zdarzenia pokazują, że współczesna geografia ryzyka jest znacznie bardziej złożona niż prosty podział na „zagrożony Wschód” i „bezpieczny Zachód”.

Byłoby jednak poważnym błędem wyciągnięcie z tego wniosku, że skoro zagrożenia występują również nad Bałtykiem, doświadczenie mieszkańców wschodniego pogranicza jest wyolbrzymione. Równie błędna byłaby teza odwrotna: że tylko regiony bezpośrednio graniczące ze strefą wojny mają prawo definiować agendę bezpieczeństwa całego kraju. Taka konkurencja prowadziłaby do fragmentacji wspólnego obrazu sytuacji i mogłaby stać się kolejną linią podziału między regionami. W rzeczywistości doświadczenia te powinny się uzupełniać. Wschód wnosi wiedzę o funkcjonowaniu społeczeństwa pod długotrwałą presją geopolityczną i graniczną, wybrzeże – o ekspozycji infrastruktury krytycznej, portów, energetyki, przestrzeni morskiej i powietrznej, zachodnia część kraju – o funkcjach logistycznych, przemysłowych i zapleczu strategicznym. Bezpieczeństwo państwa jest sumą tych różnych ekspozycji, a nie konkurencją między nimi.

Najgroźniejszym skutkiem wydarzeń takich jak tragedia w Jarosławiu może być więc nie tylko bezpośredni strach, lecz narastanie potrzeby prostych odpowiedzi. W takich warunkach szybko pojawiają się postulaty natychmiastowego zaostrzenia kontroli, zbiorowego przypisywania odpowiedzialności określonym grupom, tworzenia kolejnych zabezpieczeń czy reorganizowania systemów instytucjonalnych pod wpływem pojedynczego wydarzenia. Część takich propozycji może być zasadna, ale ich użyteczność powinna wynikać z analizy ryzyka, a nie z temperatury debaty publicznej. Reagowanie na każde dramatyczne zdarzenie przez tworzenie nowej regulacji, nowej procedury lub nowej bariery może paradoksalnie osłabiać system – mnożyć działania nieskoordynowane, przesuwać zasoby do obszarów medialnie eksponowanych i utrwalać przekonanie społeczne, że państwo działa dopiero pod presją kryzysu.

W tym sensie jednym z najważniejszych zadań staje się dziś stworzenie wspólnego języka rozmowy między różnymi częściami Polski. Zachodnia i centralna część kraju potrzebują lepszego rozumienia społecznej rzeczywistości wschodniego pogranicza. Nie chodzi o przyjęcie każdej formułowanej tam diagnozy, lecz o uwzględnienie faktu, że mieszkańcy tych terenów obserwują konsekwencje wojny z innej perspektywy niż społeczeństwa oddalone o kilkaset kilometrów od granicy. Ich doświadczenie nie powinno być sprowadzane ani do „paniki”, ani do regionalnej specyfiki pozbawionej znaczenia dla reszty Polski. Analogicznie społeczności wschodnich gmin i powiatów potrzebują języka, który pozwala komunikować ich doświadczenie reszcie kraju bez odwoływania się do fatalizmu, poczucia porzucenia czy przekonania, że pozostali nie są w stanie zrozumieć skali zagrożenia. Realna ekspozycja na ryzyko nie wymaga retoryki permanentnej katastrofy. Można jednocześnie mówić o szczególnych potrzebach pogranicza, domagać się adekwatnych zdolności państwa i unikać budowania przekazu sugerującego, że normalne funkcjonowanie tych terenów staje się niemożliwe. Odporność terytorialna nie polega bowiem wyłącznie na dodatkowych służbach, infrastrukturze ochronnej czy procedurach ewakuacyjnych. Jej częścią jest także zdolność społeczeństwa do racjonalnego interpretowania zagrożeń i funkcjonowania mimo ich obecności.

To nabiera dodatkowego znaczenia w warunkach działań hybrydowych i informacyjnych. Nie trzeba nawet dowodzić, że konkretne przestępstwo było inspirowane z zewnątrz, aby dostrzec możliwość jego wtórnego wykorzystania. Incydent może być całkowicie indywidualny, a jednocześnie stać się wartościowym materiałem dla aktorów zainteresowanych wzmacnianiem konfliktów polsko-ukraińskich, podważaniem zaufania do państwa, antagonizowaniem regionów albo budowaniem obrazu niezdolności instytucji do zapewnienia bezpieczeństwa. To zasadnicze rozróżnienie: czym innym jest sprawstwo zdarzenia, czym innym jego późniejsza instrumentalizacja. Współczesne operacje informacyjne często nie muszą tworzyć faktów; wystarcza im wykorzystanie wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce, poprzez selekcję, uogólnienie i nadanie im określonego znaczenia.

Odpowiedź państwa nie powinna ograniczać się do ustalenia, co wydarzyło się w Jarosławiu. To oczywiście zadanie pierwszoplanowe i warunek wszelkiej dalszej debaty. Równolegle jednak potrzebna jest analiza sposobu, w jaki tego rodzaju zdarzenia wpływają na społeczne postrzeganie bezpieczeństwa, relacje polsko-ukraińskie oraz relacje między regionami znajdującymi się w odmiennym położeniu geopolitycznym. W przypadku Jarosławia już pierwsze godziny pokazały, jak szybko odpowiedzialność indywidualnego sprawcy może zostać w części debaty przeniesiona na kategorię narodową czy polityczną.

Nie powinniśmy przy tym dążyć do ujednolicenia doświadczeń całego kraju. Polska rzeczywiście jest pod tym względem zróżnicowana. Inaczej bezpieczeństwo wygląda w powiecie przy granicy z Ukrainą, inaczej w Szczecinie, inaczej na wybrzeżu środkowym, w dużej metropolii czy w miejscowości położonej przy granicy z Białorusią. To zróżnicowanie jest realne i powinno być uwzględniane w politykach publicznych. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy różnice te przestają być źródłem wiedzy o państwie, a zaczynają służyć tworzeniu wzajemnie konkurencyjnych obrazów zagrożenia i poczucia, że bezpieczeństwo jednych jest realizowane kosztem drugich.

Jarosław powinien więc skłaniać nie do natychmiastowego formułowania wielkich teorii o charakterze ataku, lecz do bardziej uporządkowanego myślenia o społecznej odporności państwa. Musimy poznać motywy sprawcy i przebieg zdarzenia. Równocześnie jednak warto obserwować to, co dzieje się wokół samego faktu: narastanie emocji, mechanizmy uogólniania odpowiedzialności, regionalne poczucie zagrożenia i podatność debaty na radykalizację. W obecnej sytuacji bezpieczeństwo Polski zależy bowiem nie tylko od zdolności rozpoznania i neutralizowania fizycznych zagrożeń. Zależy również od tego, czy potrafimy zachować zdolność do wspólnego opisywania rzeczywistości.

Polska nie potrzebuje jednego, zunifikowanego sposobu przeżywania obecnej sytuacji. Potrzebuje natomiast wspólnej logiki jej rozumienia. Takiej, która uznaje szczególne doświadczenie pogranicza, ale nie zamyka bezpieczeństwa w granicach kilku wschodnich województw; dostrzega zagrożenia występujące na Bałtyku i zachodzie kraju, ale nie wykorzystuje ich do relatywizowania doświadczeń Wschodu; pozwala mówić o ryzyku bez wytwarzania paniki oraz o potrzebach regionów bez tworzenia hierarchii tego, kto ma większe prawo do poczucia zagrożenia. W warunkach długotrwałej presji geopolitycznej właśnie taka zdolność może stać się jednym z najważniejszych elementów odporności państwa.

Najważniejszym zadaniem pozostaje niedopuszczenie do tego, aby realne różnice doświadczeń, poziomu ekspozycji na zagrożenie i społecznych emocji zostały wykorzystane do uruchomienia nowej dynamiki podziału wewnętrznego. Polska nie jest i nie będzie jednorodna pod względem geograficznym, społecznym czy sposobu przeżywania obecnego kryzysu bezpieczeństwa. Wschodnie pogranicze ma własne doświadczenie presji i niepewności, regiony nadbałtyckie mierzą się z innym zestawem ryzyk, zachodnia część kraju pełni inne funkcje strategiczne, a największe miasta i obszary peryferyjne inaczej reagują na te same zjawiska. Tych różnic nie należy zacierać. Przeciwnie – trzeba je rozumieć i zachować, ponieważ są częścią rzeczywistej struktury państwa i źródłem wiedzy o jego odporności. Nie możemy jednak dopuścić, by zróżnicowanie zostało przekształcone w konkurencję krzywd, zagrożeń i roszczeń albo w przekonanie, że doświadczenie jednej części kraju unieważnia doświadczenie innej. Taki mechanizm byłby szczególnie niebezpieczny właśnie dlatego, że może powstawać spontanicznie, bez jednego źródła i bez jednego sprawcy, a następnie być wzmacniany przez politykę, media społecznościowe, dezinformację lub działania zewnętrzne. Wówczas pojedyncze incydenty zaczynają układać się w odrębne regionalne opowieści o zagrożeniu, niesprawiedliwości i braku zrozumienia. To tworzy podatność, którą można później bardzo łatwo wykorzystać przeciwko spójności państwa.

Obok infrastruktury, procedur, wojska i służb potrzebujemy również wspólnej logiki rozumienia sytuacji, w której znalazło się polskie społeczeństwo. Nie jednej interpretacji narzuconej wszystkim, lecz wspólnych ram pozwalających odróżniać fakt od hipotezy, zagrożenie od lęku, lokalne doświadczenie od uogólnienia oraz potrzebę działania od impulsu politycznego. Dopiero taki język pozwala łączyć różne doświadczenia w jeden obraz bezpieczeństwa państwa. Stawką jest więc nie tylko właściwa reakcja na kolejne incydenty, lecz zdolność do zachowania wspólnoty politycznej w warunkach długotrwałej presji. Możemy pozostać różni, możemy inaczej oceniać skalę zagrożeń i inaczej je odczuwać, ale nie możemy pozwolić, by te różnice zaczęły pracować przeciwko nam. W warunkach obecnego napięcia geopolitycznego spójność społeczna nie jest dodatkiem do bezpieczeństwa państwa. Jest jednym z jego podstawowych zasobów.