Andrzej Pieśla

Rybołówstwo po epoce „więcej połowów”. Europa wchodzi w spór o zasoby, przestrzeń morską i bezpieczeństwo żywnościowe.

Islandzkie referendum z 29 sierpnia 2026 roku, w którym 52,8 proc. głosujących odrzuciło wznowienie negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską, było formalnie głosowaniem o relacji państwa z UE, ale w znacznym stopniu ujawniło polityczną wagę sektora rybołówczego. Islandia pozostaje członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i strefy Schengen, korzysta więc z dużej części korzyści gospodarczych integracji europejskiej, zachowując jednocześnie kontrolę nad polityką rybacką. W kampanii właśnie możliwość podporządkowania islandzkiego rybołówstwa zasadom wspólnej polityki rybołówstwa stała się jednym z głównych argumentów przeciwników wznowienia rozmów. Znaczenie tego sektora jest przy tym rzeczywiście wyjątkowe: produkty morskie odpowiadały w 2025 roku za 38,9 proc. wartości islandzkiego eksportu towarowego.

Pojawiające się w komentarzach po referendum publicystyczne określenie islandzkich potentatów rybackich mianem „rybackiej mafii” należy jednak oddzielić od tego, co można wykazać empirycznie. Nie ma podstaw, aby sam wynik referendum przypisać jednej grupie interesu. Można natomiast mówić o bardzo silnym sektorowym interesie ekonomicznym i o wysokiej koncentracji praw połowowych. W roku połowowym 2026/2027 pięć największych przedsiębiorstw otrzymało łącznie 33,75 proc. islandzkiej alokacji kwotowej: Samherji Ísland 8,68 proc., Brim 7,76 proc., Ísfélag 6,59 proc., Fisk Seafood 6,31 proc., a Vísir 4,41 proc. Badania nad islandzkim systemem indywidualnych zbywalnych kwot wskazują zarazem, że od jego wprowadzenia w 1991 roku koncentracja praw połowowych istotnie wzrosła, szczególnie w przypadku części gatunków pelagicznych. Jednocześnie około 90 proc. przedsiębiorstw powiązanych z islandzkim sektorem rybackim miało przed referendum sprzeciwiać się członkostwu w UE.

Islandzki przypadek jest zatem interesujący nie dlatego, że dowodzi istnienia zakulisowej „mafii”, lecz dlatego, że pokazuje coś istotniejszego: rybołówstwo może być jednocześnie sektorem gospodarczym, systemem własności zasobów, źródłem regionalnej władzy ekonomicznej oraz elementem suwerenności państwa. W Islandii spór o ryby jest w rzeczywistości sporem o to, kto posiada prawo do dysponowania zasobem naturalnym i kto pobiera rentę wynikającą z jego ograniczoności. Dlatego konflikt wokół integracji europejskiej tak łatwo został przełożony na pytanie o kontrolę nad łowiskami. Dla analizy przyszłości europejskiego rybołówstwa jest to ważny punkt wyjścia, ponieważ również w Unii Europejskiej coraz bardziej widoczny staje się konflikt nie tyle o samą wielkość połowów, ile o podział ograniczonego zasobu pomiędzy środowisko, rybaków, energetykę, ochronę przyrody, konsumentów, państwa i konkurujące grupy przedsiębiorstw.

Właśnie ten konflikt znajduje się w tle przygotowywanej przez Komisję Europejską „Vision 2040 for Fisheries and Aquaculture”. Komisja rozpoczęła w lutym 2026 roku prace nad piętnastoletnią wizją obejmującą rybołówstwo, akwakulturę i przetwórstwo oraz cztery zasadnicze obszary: popyt na żywność wodną, podaż, zasoby pracy oraz infrastrukturę i finansowanie. Sama Komisja wskazuje problemy strukturalne sektora: starzenie się pracowników, brak wymiany pokoleniowej, podatność na zewnętrzne szoki, uzależnienie od paliw kopalnych oraz konieczność eksploatowania zasobów w sposób umożliwiający ich biologiczną odbudowę. Vision 2040 nie jest więc jedynie kolejnym dokumentem środowiskowym. W praktyce jest próbą odpowiedzi na pytanie, czy w 2040 roku Unia Europejska nadal chce posiadać własne rybołówstwo jako istotną gałąź produkcji żywności, czy też akceptuje sytuację, w której ograniczanie presji na europejskie ekosystemy będzie częściowo kompensowane coraz większym importem ryb i owoców morza. To napięcie jest realne. Unijny wskaźnik samowystarczalności w zakresie produktów rybołówstwa i akwakultury wyniósł według najnowszych danych 38,1 proc. Oznacza to, że większość konsumowanej w Unii żywności pochodzenia wodnego nie jest wytwarzana przez jej własne rybołówstwo i akwakulturę. Organizacje branżowe wykorzystują ten fakt jako jeden z podstawowych argumentów przeciwko dalszemu jednostronnemu ograniczaniu europejskiego sektora. North Western Waters Advisory Council w stanowisku dotyczącym Vision 2040 wskazuje właśnie na rosnącą zależność od importu, konkurencję o przestrzeń morską, bariery modernizacji floty oraz brak długookresowej przewidywalności ekonomicznej. European Union Seafood Alliance idzie jeszcze dalej, postulując włączenie „blue foods” do europejskiej polityki bezpieczeństwa żywnościowego i traktowanie ryb, akwakultury oraz innych produktów wodnych jako elementu strategicznej odporności systemu żywnościowego, a nie tylko jako przedmiotu polityki środowiskowej.

To może oznaczać istotną zmianę europejskiej debaty. Przez znaczną część ostatnich dwóch dekad problem rybołówstwa był ujmowany przede wszystkim jako problem nadmiernej presji połowowej. W kolejnych latach coraz silniejszy będzie drugi sposób widzenia: rybołówstwo jako element bezpieczeństwa żywnościowego i strategicznej autonomii. Te dwa podejścia nie muszą być sprzeczne, ale prowadzą do zupełnie innych priorytetów politycznych. W pierwszym podstawowym celem jest zmniejszenie presji na stada. W drugim – zachowanie zdolności produkcyjnych, floty, portów, kompetencji zawodowych, przetwórstwa i dostępu do źródeł białka. Vision 2040 będzie w dużej mierze próbą pogodzenia tych dwóch logik. Nie oznacza to jednak, że argument bezpieczeństwa żywnościowego może anulować ograniczenia biologiczne. Szczególnie wyraźnie widać to na Morzu Bałtyckim. W 2026 roku nadal obowiązuje zakaz ukierunkowanych połowów dorsza zarówno we wschodniej, jak i zachodniej części Bałtyku; przyznane TAC dotyczą wyłącznie przyłowu. Jednocześnie limit dla szprota wzrósł o 45 proc., a dla śledzia centralnego o 15 proc., podczas gdy dla łososia w głównym basenie Bałtyku został zmniejszony o 27 proc. Jest to dobry przykład tego, że nie istnieje jeden „stan ryb w Bałtyku”. Poszczególne populacje znajdują się w różnej sytuacji biologicznej, dlatego zarządzanie rybołówstwem coraz bardziej musi opierać się na selektywności gatunkowej, przestrzennej i czasowej.

W przypadku dorsza problem jest przy tym znacznie szerszy niż sam poziom połowów. Stan tego gatunku pozostaje związany ze zmianami całego ekosystemu Morza Bałtyckiego: eutrofizacją, deficytami tlenowymi w głębszych partiach akwenu, zmianami temperatury i zasolenia, przekształceniami sieci troficznych oraz ograniczeniem dostępności odpowiednich siedlisk. Oznacza to fundamentalną zmianę perspektywy: zmniejszenie floty nie jest tym samym, co odbudowa stada. Jeżeli dominująca presja przesuwa się od bezpośredniego odłowu ku zmianie warunków środowiskowych, to polityka rybacka bez polityki środowiskowej, rolnej, ściekowej i klimatycznej przestaje być wystarczającym instrumentem odbudowy zasobów. W tym sensie sytuacja dorsza jest ostrzeżeniem przed utożsamieniem zarządzania rybołówstwem z zarządzaniem limitami połowowymi.

Powstaje przez to trudny problem polityczny. Rybak ponosi bezpośredni koszt ochrony zasobu, którego degradacja może wynikać również z emisji biogenów z rolnictwa, gospodarki ściekowej, zmian klimatu czy innych przekształceń środowiska. Dla niego mechanizm jest prosty: nie może łowić dorsza, mimo że ograniczenie jego własnej działalności nie wystarcza do odbudowy populacji. Z perspektywy zarządzania publicznego taki model jest społecznie niezwykle trudny do utrzymania przez dziesięciolecia. Jeżeli polityka wymaga od jednego sektora ponoszenia skoncentrowanych kosztów ekologicznych, podczas gdy przyczyny problemu są rozproszone po całej gospodarce, powstaje naturalny konflikt o sprawiedliwość transformacji. W tym wymiarze sytuacja polskiego sektora rybnego staje się szczególnie złożona. Polska flota rybacka na koniec 2025 roku liczyła już tylko 663 statki i łodzie, o 8 proc. mniej niż rok wcześniej. W jej skład wchodziły dwa trawlery, 102 kutry oraz 559 łodzi. Większość kutrów stacjonowała w województwie pomorskim, pozostałe w województwie zachodniopomorskim. Jeszcze bardziej wymowny jest trend połowowy: połowy ryb bałtyckich wyniosły w 2024 roku 76,4 tys. ton wobec 134,9 tys. ton w 2015 roku. Nie należy całej tej zmiany przypisywać degradacji zasobów, ponieważ znaczenie mają również kwoty, decyzje gospodarcze, restrukturyzacja floty i zmieniająca się struktura połowów, ale kierunek jest jednoznaczny: polskie rybołówstwo bałtyckie staje się sektorem coraz mniejszym w sensie ilościowym.

Problem polega na tym, że można zmniejszać sektor aż do momentu, w którym zaczyna zanikać jego zdolność do reprodukcji. Flota rybacka nie składa się wyłącznie z jednostek pływających. Istnieje wokół niej system wiedzy praktycznej, załóg, mechaników, dostawców wyposażenia, chłodni, portów, aukcji, serwisu, przetwórstwa, lokalnych kanałów sprzedaży i tradycji zawodowej. Jeżeli liczba aktywnych jednostek spada poniżej pewnego poziomu, część tej infrastruktury przestaje być ekonomicznie uzasadniona. Wtedy nawet potencjalna biologiczna poprawa sytuacji stad za kilkanaście lat nie oznacza automatycznie, że działalność połowową będzie można łatwo odtworzyć. Zasób rybny może się odbudować szybciej niż ekosystem gospodarczy rybołówstwa. To jedna z najbardziej niedocenianych kwestii Vision 2040. Wspólnotowa polityka musi odpowiedzieć nie tylko na pytanie, ile jednostek powinna posiadać flota, ale również jaka jest minimalna strategiczna zdolność sektora, którą Europa chce zachować. Komisja sama wskazuje na kryzys demograficzny zawodu. Foresight „Fishers of the Future” pokazuje cztery możliwe scenariusze sięgające 2050 roku: od prosperującego sektora, który dostosował się do zmian, przez sytuację rosnącego popytu przy kurczących się zasobach, po wariant, w którym niska dostępność zasobów łączy się ze słabym popytem i prowadzi do walki o przetrwanie. Dla Polski szczególnie istotne jest to, że nie można zakładać automatycznie pierwszego scenariusza. Bałtyk posiada bowiem wyjątkowo silne ograniczenia środowiskowe, a polska flota weszła już w okres głębokiej redukcji.

Drugi wielki konflikt dotyczy przestrzeni morskiej. Morze przestało być przestrzenią wykorzystywaną przede wszystkim przez żeglugę i rybołówstwo. Wchodzi do niego energetyka wiatrowa, infrastruktura przesyłowa, kable telekomunikacyjne, gazociągi, obszary ochrony przyrody, infrastruktura bezpieczeństwa, żegluga rekreacyjna i nowe formy działalności związane z gospodarką morską. Organizacje rybackie zwracają uwagę, że kolejne fragmenty tradycyjnych łowisk podlegają wyłączeniu albo ograniczeniu. Nie zawsze oznacza to prostą utratę odpowiadającej im części połowów, ponieważ stada są mobilne, ale ogranicza swobodę prowadzenia działalności i może zwiększać koszty dotarcia do łowisk. Dla polskiego wybrzeża problem będzie narastał wraz z rozbudową morskiej energetyki wiatrowej. Powstaje przy tym klasyczny konflikt asymetrii ekonomicznej: potencjalna wartość inwestycji energetycznej jest wielokrotnie wyższa od wartości lokalnego rybołówstwa. Jeśli więc decyzje podejmowane są jedynie na podstawie wartości dodanej, rybołówstwo niemal zawsze przegra konkurencję o przestrzeń. Nie oznacza to, że farm wiatrowych należy nie budować. Oznacza natomiast, że rybołówstwo musi zostać potraktowane jako użytkownik przestrzeni posiadający określoną funkcję gospodarczą, społeczną, żywnościową i kulturową, a nie jako pozostałość dawnego modelu gospodarki morskiej blokująca nowoczesne inwestycje. Szczególnie istotne jest to dla Pomorza Zachodniego i Pomorza Środkowego. Kołobrzeg, Darłowo, Ustka oraz sieć mniejszych portów i przystani nie pełnią wyłącznie funkcji technicznej obsługi połowów. Rybołówstwo tworzy część tożsamości miejscowości, struktury przedsiębiorczości i produktu turystycznego. Paradoksalnie wraz ze spadkiem ekonomicznego znaczenia samych połowów może rosnąć znaczenie obecności rybołówstwa dla funkcjonalnej różnorodności portu i miejscowości nadmorskiej. Port, z którego całkowicie znika czynne rybołówstwo, przestaje być tym samym rodzajem miejsca, nawet jeżeli nabrzeża przejmują jachty, gastronomia i turystyka.

W przypadku Pomorza Zachodniego sytuacja jest jednak bardziej złożona niż prosta obrona istniejącej floty. Region znajduje się jednocześnie w centrum polskiej transformacji energetycznej na morzu, posiada duże porty, rozwinięty przemysł stoczniowy i zaplecze techniczne oraz doświadczenie w obsłudze gospodarki morskiej. Otwiera to możliwość potraktowania modernizacji rybołówstwa jako fragmentu szerszego programu technologicznego. Europejska branża wskazuje obecnie paradoks regulacyjny: redukcja emisji może wymagać instalowania większych systemów napędowych, baterii, urządzeń oczyszczania spalin czy nowych zbiorników, podczas gdy regulacje dotyczące tonażu i mocy jednostek mogą ograniczać taką modernizację. Jeżeli Vision 2040 doprowadzi do zmiany tych zasad, może powstać rynek na nową generację niewielkich jednostek rybackich: bardziej energooszczędnych, bezpiecznych, cyfrowych i dostosowanych do selektywnych metod połowowych. To potencjalnie interesująca nisza dla polskiego przemysłu morskiego. Przyszłość sektora nie musi bowiem polegać na odbudowie liczebności floty z lat dziewięćdziesiątych. Znacznie bardziej realistyczny jest model mniejszej, technologicznie bardziej zaawansowanej i produktywnej floty. Nowoczesna jednostka będzie coraz bardziej platformą wyposażoną w zaawansowaną elektronikę, systemy identyfikacji stad, cyfrową dokumentację połowu, monitoring, technologie ograniczające przyłów oraz napęd charakteryzujący się niższym zużyciem paliwa. Rybak będzie coraz mniej wyłącznie wykonawcą połowu, a coraz bardziej operatorem złożonego systemu biologiczno-technologicznego.

Trzeci kierunek zmiany dotyczy struktury produktu. Tradycyjna polityka rybacka skupia się przede wszystkim na tonach połowu. Z punktu widzenia Polski znacznie ważniejsze powinno być pytanie o wartość uzyskiwaną z każdej tony dostępnego zasobu. Przy ograniczonych kwotach strategia oparta na zwiększaniu wolumenu nie ma przyszłości. Rozwój może natomiast następować przez poprawę jakości, identyfikowalności pochodzenia, lokalne przetwórstwo, chłodnictwo, gastronomię, sprzedaż bezpośrednią i produkty premium. W tym modelu ekonomicznym ryba złowiona przez lokalną jednostkę i sprzedana jako surowiec jest najmniej wartościowym ogniwem łańcucha. Znacznie większa część renty może pozostać na wybrzeżu, jeżeli produkt zostanie tam przetworzony i sprzedany konsumentowi jako produkt regionalny. Jest to szczególnie ważne dla małego rybołówstwa przybrzeżnego. Nie jest ono w stanie konkurować kosztowo z wielkimi flotami ani z globalnym importem. Może natomiast konkurować świeżością, pochodzeniem, metodą połowu, identyfikowalnością i bezpośrednim powiązaniem z miejscem. Paradoksalnie więc przyszłością części tradycyjnego rybołówstwa może być nie zwiększenie skali, ale jeszcze silniejsze powiązanie z gospodarką lokalną. Rybak staje się wówczas częścią lokalnego systemu żywnościowego, gastronomicznego i turystycznego.

Nie eliminuje to problemu większego rybołówstwa pelagicznego. Wzrost limitu połowowego szprota o 45 proc. i śledzia o 15 proc. w 2026 roku pokazuje, że Bałtyk nadal może dostarczać znaczące ilości surowca. Tutaj pojawia się jednak inne pytanie strategiczne: do czego wykorzystywane będą dostępne zasoby? Jeżeli europejska polityka zacznie silniej traktować zasoby mórz jako element bezpieczeństwa żywnościowego, może wzrosnąć nacisk na wykorzystanie większej części małych gatunków pelagicznych bezpośrednio w konsumpcji człowieka zamiast jako surowca paszowego. To wymagałoby zmian technologii przetwórczych, rynku i preferencji konsumenckich, ale może stać się jednym z istotnych kierunków polityki „blue foods”. W tej perspektywie rośnie również znaczenie akwakultury. Vision 2040 celowo obejmuje rybołówstwo i akwakulturę jednym horyzontem strategicznym. Jest to sygnał, że przyszła polityka żywnościowa nie będzie opierała się wyłącznie na dzikich zasobach. Ograniczona produktywność części łowisk może być częściowo kompensowana rozwojem kontrolowanej produkcji wodnej. Polska posiada pod tym względem szczególne możliwości przede wszystkim w akwakulturze śródlądowej, a nie w naśladowaniu norweskiego modelu intensywnej morskiej hodowli łososia. Strategia rybacka Polski powinna więc stopniowo przechodzić od odrębnego myślenia o „rybołówstwie morskim” i „hodowli ryb” do myślenia o krajowym systemie produkcji żywności wodnej.

Islandia pokazuje równocześnie jeszcze jedną możliwą przyszłość – koncentrację ekonomiczną. Ograniczony biologicznie zasób i zbywalne prawa do jego eksploatacji naturalnie tworzą rentę. Jeżeli prawo do korzystania z zasobu można kumulować, podmioty bardziej efektywne i zasobne kapitałowo będą przejmowały udziały słabszych. Ekonomicznie może to zwiększać produktywność sektora, ale społecznie prowadzi do koncentracji majątku i wpływu politycznego. Islandzki przypadek pokazuje, że efektywne zarządzanie zasobem i społecznie akceptowalna struktura własności nie są tym samym problemem. Można posiadać dobrze kontrolowany system kwotowy, a jednocześnie prowadzić spór o to, kto przejmuje rentę wynikającą z prawa do połowu publicznego zasobu. To istotna lekcja również dla Unii Europejskiej. Jeżeli ograniczanie zdolności połowowych będzie kontynuowane, trzeba obserwować nie tylko liczbę wycofywanych jednostek, lecz także to, kto pozostaje na rynku. Możliwy jest bowiem scenariusz, w którym zielona transformacja, koszt nowych technologii, droższe finansowanie i rosnące wymagania administracyjne stopniowo eliminują drobnych operatorów, a rynek koncentruje się w rękach przedsiębiorstw zdolnych ponosić wysokie koszty kapitałowe. Paradoksalnie polityka mająca prowadzić do „zrównoważonego rybołówstwa” może wówczas prowadzić do ekologicznie bardziej efektywnej, ale społecznie znacznie bardziej skoncentrowanej struktury sektora.

W Polsce ten problem powinien być rozpatrywany inaczej dla dwóch segmentów. W przypadku floty przemysłowej racjonalna jest konsolidacja, zwiększanie produktywności i wykorzystanie zaawansowanej technologii. W rybołówstwie przybrzeżnym podstawową wartością może natomiast być właśnie rozproszona struktura własności i trwałość lokalnych społeczności rybackich. Próba regulowania obu segmentów według identycznej logiki będzie generować trwały konflikt. Mały rybak z jednostką kilkumetrową i przedsiębiorstwo eksploatujące duży statek nie są różnymi rozmiarami tego samego modelu gospodarczego – pełnią częściowo odmienne funkcje. Przyszła polska polityka rybacka nie powinna wiec sprowadzać się ani do obrony każdej istniejącej jednostki, ani do administracyjnego finansowania dalszego kurczenia się floty. Potrzebne jest określenie docelowego modelu rybołówstwa bałtyckiego. Powinien on odpowiadać co najmniej na pytania o minimalną strategiczną zdolność połowową Polski, pożądaną strukturę floty, funkcję małego rybołówstwa przybrzeżnego, relację pomiędzy rybołówstwem i offshore, modernizację portów rybackich, rozwój przetwórstwa, miejsce akwakultury oraz system przygotowania nowych kadr.

Kryzys pokoleniowy może w ostatecznym rachunku okazać się bardziej nieodwracalny niż część ograniczeń kwotowych. Komisja Europejska wymienia brak wymiany pokoleniowej wśród podstawowych problemów strukturalnych sektora. Młody człowiek nie wejdzie do branży tylko dlatego, że istnieje tradycja rybacka. Potrzebuje przewidywalnego dochodu, bezpiecznego statku, realnej perspektywy działalności za dziesięć lub dwadzieścia lat oraz możliwości finansowania wejścia na rynek. Jeżeli przez kolejną dekadę rybołówstwo będzie komunikowane jako sektor permanentnie redukowany, trudno oczekiwać wymiany pokoleniowej. Nie można jednocześnie finansować wychodzenia z zawodu i dziwić się, że brakuje następców. Wymaga to także nowego spojrzenia na środki publiczne. Restrukturyzacja poprzez rekompensaty była zrozumiałą reakcją na kryzys stad i zamykanie połowów. Nie może jednak stać się długoterminowym modelem polityki. Finansowanie powinno coraz mocniej przesuwać się w kierunku modernizacji jednostek, energooszczędności, bezpieczeństwa, selektywnych narzędzi połowowych, cyfryzacji, bezpośredniego rynku, lokalnego przetwórstwa oraz dywersyfikacji dochodu. Przyszły rybak może wykonywać również funkcje środowiskowe, obserwacyjne i usługowe: uczestniczyć w monitoringu stanu morza, zbieraniu danych, wykrywaniu zanieczyszczeń czy realizacji wybranych zadań związanych z ochroną środowiska. Foresight Komisji już dziś zakłada, że przyszła rola rybaków może wykraczać poza samo dostarczanie żywności.

Dla polskiego wybrzeża oznacza to możliwość budowania wielofunkcyjnej gospodarki portów rybackich. Mały port nie powinien wybierać pomiędzy rybołówstwem, jachtingiem, turystyką czy obsługą offshore. Jego odporność może właśnie polegać na połączeniu kilku funkcji. Rybołówstwo zachowuje wtedy zaplecze techniczne mimo mniejszej skali, a infrastruktura portowa jest wykorzystywana bardziej intensywnie. Szczególnie Pomorze Zachodnie może wykorzystać własne kompetencje stoczniowe, portowe, turystyczne i technologiczne do budowy takiego modelu.

Nie można natomiast wyciągać z sytuacji Islandii prostego wniosku, że wyjście poza wspólną politykę rybołówstwa automatycznie zapewnia dobrobyt sektora. Islandia posiada zupełnie inną skalę zasobów morskich, ogromną wyłączną strefę ekonomiczną w relacji do liczby mieszkańców oraz strukturę eksportową, której Polska nie ma. Jej model jest więc niekopiowalny. Jest natomiast ważnym studium politycznej wartości zasobu rybnego. Islandczycy traktują możliwość samodzielnego zarządzania nim jako część suwerenności gospodarczej. Europejska debata zmierza natomiast do ponownego odkrywania faktu, że własna produkcja żywności pochodzenia wodnego jest elementem strategicznej autonomii. Najważniejsza konsekwencja dla Polski polega więc na zmianie sposobu zadawania pytania. Problem nie dotyczy już tego, jak długo można utrzymywać obecnych rybaków przy malejących możliwościach połowowych. Wazniejsze jest poszukiwanie modelu rybołówstwa, którego Polska będzie potrzebowała w 2040 roku i odpowiedzi na pytanie o to, jaką część własnej zdolności do pozyskiwania i przetwarzania żywności morskiej chce zachować. Dopiero z tej odpowiedzi powinny wynikać polityka kwotowa, inwestycyjna, portowa, edukacyjna i negocjacyjna wobec Unii Europejskiej.

Najbardziej prawdopodobna przyszłość Bałtyku nie polega bowiem ani na powrocie do masowego rybołówstwa sprzed kilku dekad, ani na całkowitym zaniku sektora. Będzie to prawdopodobnie rybołówstwo mniejsze ilościowo, bardziej selektywne, bardziej technologiczne, kosztowniejsze kapitałowo i silniej powiązane z zarządzaniem środowiskiem. W jego ramach będą współistnieć większe przedsiębiorstwa eksploatujące gatunki dostępne w skali przemysłowej oraz małe rybołówstwo przybrzeżne funkcjonujące w coraz większym stopniu jako część lokalnej gospodarki żywnościowej i turystycznej. Obok nich rosnąć będzie akwakultura, przetwórstwo oraz import. Konflikt będzie dotyczył proporcji między tymi elementami. Dla Pomorza Zachodniego i całego polskiego wybrzeża nie jest zatem racjonalna strategia obrony przeszłości. Równie nieracjonalne byłoby jednak uznanie rybołówstwa za sektor schyłkowy, który można bez większych kosztów wygasić. Po utracie floty, kadr, portowego zaplecza i wiedzy praktycznej możliwość ponownego wejścia do sektora byłaby znacznie kosztowniejsza niż jego zachowanie w zmodernizowanej formie. Rybołówstwo należy więc traktować jako niewielki ilościowo, ale strategicznie istotny składnik gospodarki morskiej – powiązany jednocześnie z bezpieczeństwem żywnościowym, kondycją Bałtyku, przemysłem okrętowym, portami, kulturą nadmorską i suwerennością państwa w wykorzystywaniu własnej przestrzeni morskiej.

Islandzkie referendum pokazuje w skrajnej postaci, dokąd może prowadzić polityczna siła wynikająca z kontroli nad ograniczonym zasobem. Vision 2040 stawia Europę przed odwrotnym zagrożeniem: że w procesie ochrony zasobów i transformacji ekologicznej może utracić znaczną część własnej zdolności ich gospodarczego wykorzystania. Polska znajduje się pomiędzy tymi biegunami. Nie ma islandzkiej obfitości zasobów, ale posiada duże wybrzeże, tradycję rybacką, przemysł przetwórczy, porty i kompetencje morskie. Jej interesem powinno być więc nie maksymalizowanie połowów, lecz zachowanie zdolności. Różnica jest zasadnicza. Ilość odławianych ryb musi dostosowywać się do biologicznego stanu morza. Zdolność państwa do ich zrównoważonego pozyskania, przetworzenia i wprowadzenia na rynek jest natomiast aktywem strategicznym, którego po utracie nie da się szybko odbudować.