Sławomir Doburzyński
Polska próbuje wykorzystać geopolityczne przesilenie w Europie do budowy nowej pozycji strategicznej – z państwa frontowego NATO stać się jednym z organizatorów regionalnego systemu bezpieczeństwa opartego na sieci bilateralnych i bałtycko-nordyckich powiązań obronnych.
Ofensywa dyplomatyczna polskiego rządu w obszarze bezpieczeństwa – obejmująca rozwijanie traktatów obronnych z Francją, Wielką Brytanią czy Włochami oraz potencjalne otwarcie na Skandynawię – nie jest jedynie serią gestów politycznych wobec partnerów europejskich. To próba strategicznej adaptacji do świata, w którym bezpieczeństwo Europy coraz mniej opiera się wyłącznie na dominującej roli Stanów Zjednoczonych i jednolitym mechanizmie NATO, a coraz bardziej na gęstej sieci regionalnych relacji wojskowych, logistycznych i politycznych. Warszawa stara się wykorzystać rosnące znaczenie wschodniej flanki, niepewność dotyczącą przyszłego zaangażowania USA oraz trwałe zagrożenie ze strony Rosji do budowy nowej pozycji geopolitycznej – państwa zdolnego nie tylko korzystać z gwarancji bezpieczeństwa, ale także organizować regionalne koalicje odstraszania i współkształtować przyszłą architekturę bezpieczeństwa północno-wschodniej Europy.
…
Polska ofensywa dyplomatyczna w obszarze bezpieczeństwa – obejmująca pogłębianie relacji obronnych z Francją, Wielką Brytanią, a obecnie także z Włochami – jest próbą strategicznej adaptacji do gwałtownie zmieniającego się środowiska bezpieczeństwa w Europie. Jej znaczenie wykracza poza klasyczną dyplomację bilateralną. W rzeczywistości mamy do czynienia z próbą redefinicji pozycji Polski w europejskiej architekturze bezpieczeństwa: z państwa będącego przede wszystkim beneficjentem gwarancji NATO i obecności amerykańskiej w kierunku państwa współkształtującego europejski system odstraszania, koordynacji militarnej i politycznej odpowiedzialności za bezpieczeństwo kontynentu. Jest to jednocześnie projekt polityki zagranicznej i projekt polityki wewnętrznej.
W wymiarze krajowym działania te są czytelnie osadzone w logice nadchodzącego cyklu wyborczego. Rząd Donalda Tuska stara się odzyskać monopol na wiarygodność w kwestiach bezpieczeństwa, tradycyjnie zawłaszczanych przez prawicę. Pokazanie premiera jako polityka budującego sieć europejskich relacji obronnych ma służyć przełamaniu narracji, zgodnie z którą tylko obóz konserwatywny gwarantuje twardą politykę wobec Rosji i skuteczne relacje z partnerami strategicznymi. Stąd widoczna jest próba budowania obrazu Polski jako państwa aktywnego, inicjującego i współdecydującego, a nie wyłącznie reagującego na decyzje silniejszych aktorów. To również odpowiedź na społeczne oczekiwanie stabilizacji w sytuacji permanentnego poczucia zagrożenia wywołanego wojną rosyjsko-ukraińską. Komunikat jest prosty: Polska nie czeka biernie na rozwój wydarzeń, lecz buduje własną sieć zabezpieczeń. Znacznie ważniejszy jest jednak wymiar międzynarodowy. Fundamentem obecnej aktywności jest narastające przekonanie europejskich elit politycznych, że Stany Zjednoczone – niezależnie od tego, kto będzie rządził w Waszyngtonie – stopniowo redukują gotowość do ponoszenia pełnych kosztów bezpieczeństwa europejskiego. Nie chodzi wyłącznie o możliwość powrotu Donalda Trumpa do bardziej transakcyjnej polityki wobec NATO, ale o szerszy proces strategicznego przesunięcia amerykańskiej uwagi ku Indo-Pacyfikowi. Europa otrzymuje sygnał, że musi być zdolna do samodzielnego działania przynajmniej w części scenariuszy kryzysowych. Polska próbuje wykorzystać ten moment do zajęcia pozycji jednego z głównych architektów nowego europejskiego ładu bezpieczeństwa.
Współczesne traktaty bilateralne i minilateralne w obszarze bezpieczeństwa nie są już wyłącznie klasycznymi dokumentami politycznymi deklarującymi wolę współpracy czy ogólną solidarność w razie kryzysu. W realiach wojny rosyjsko-ukraińskiej, narastającej niepewności dotyczącej długoterminowego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Europie oraz postępującej fragmentaryzacji świata zachodniego stają się one instrumentami wielowarstwowego zarządzania bezpieczeństwem. Ich znaczenie polega nie tyle na formalnym zastępowaniu NATO, ile na budowie dodatkowych poziomów odstraszania, politycznej odporności i zdolności operacyjnej państw europejskich. Polska, inicjując lub pogłębiając tego rodzaju relacje z Francją, Wielką Brytanią czy Włochami, próbuje uczestniczyć właśnie w takim procesie tworzenia „warstwowej architektury bezpieczeństwa”, w której stabilność nie opiera się wyłącznie na jednym centrum decyzyjnym i jednym mechanizmie gwarancyjnym. Pierwszą i najbardziej oczywistą funkcją takich porozumień jest zwiększanie politycznego kosztu potencjalnej agresji rosyjskiej. W klasycznej logice odstraszania kluczowe znaczenie ma nie tylko siła militarna, lecz także przewidywalność reakcji politycznej przeciwnika. Rosja historycznie wielokrotnie wykorzystywała przekonanie, że państwa zachodnie są podzielone, działają powoli i mają trudności z osiąganiem konsensusu w sytuacjach kryzysowych. Im bardziej złożona i wielopoziomowa sieć wzajemnych zobowiązań, konsultacji i mechanizmów koordynacji, tym trudniej Kremlowi zakładać, że będzie w stanie izolować poszczególne państwa lub rozgrywać różnice interesów między nimi. Sam fakt istnienia licznych kanałów konsultacyjnych i politycznych podnosi próg ryzyka strategicznego dla Moskwy.
W tym sensie bilateralne traktaty obronne pełnią funkcję podobną do systemu połączonych naczyń. Ewentualny kryzys bezpieczeństwa dotyczący jednego państwa automatycznie uruchamia bowiem proces politycznych konsultacji i presji w wielu innych stolicach jednocześnie. To nie musi oznaczać automatycznej interwencji militarnej na wzór artykułu 5 NATO, ale znacząco zwiększa prawdopodobieństwo szybkiej reakcji politycznej, logistycznej, wywiadowczej czy gospodarczej. Dla Rosji oznacza to utratę możliwości kontrolowania eskalacji wyłącznie na poziomie lokalnym. Szczególnie istotne jest tu oddziaływanie psychologiczne i polityczne: Kreml musi brać pod uwagę, że nawet ograniczona operacja hybrydowa wobec Polski mogłaby uruchomić reakcję znacznie szerszego kręgu państw europejskich. Znaczenie takich mechanizmów rośnie dodatkowo dlatego, że współczesna konfrontacja z Rosją ma charakter permanentny, ale często pozostaje poniżej progu formalnej wojny. Obejmuje cyberataki, sabotaż infrastruktury krytycznej, presję migracyjną, działania dezinformacyjne czy operacje wywiadowcze. W takich warunkach klasyczne mechanizmy NATO bywają niewystarczające, ponieważ zostały zaprojektowane przede wszystkim z myślą o jednoznacznej agresji militarnej. Tymczasem bilateralne i minilateralne układy mogą tworzyć bardziej elastyczne procedury reagowania na zagrożenia hybrydowe, pozwalające szybciej uzgadniać działania ochronne, wymieniać dane wywiadowcze czy koordynować reakcje polityczne.
Inną fundamentalną funkcją tego rodzaju porozumień jest budowa interoperacyjności wojskowej i politycznej poza powolnymi oraz silnie zbiurokratyzowanymi mechanizmami całej Unii Europejskiej. Problem europejskiej polityki bezpieczeństwa od lat polega na tym, że instytucjonalna skala Unii utrudnia szybkie osiąganie decyzji operacyjnych. Interesy państw południa Europy, państw wschodniej flanki, krajów neutralnych czy mocarstw zachodnich pozostają często rozbieżne. W praktyce oznacza to, że realna współpraca wojskowa najskuteczniej rozwija się nie w ramach całej UE, lecz w mniejszych grupach państw o podobnym postrzeganiu zagrożeń. Minilateralizm staje się więc odpowiedzią na strukturalną niewydolność dużych organizacji międzynarodowych. Znacznie łatwiej uzgodnić wspólne standardy operacyjne, procedury logistyczne, wymianę informacji wywiadowczych czy koordynację przemysłów obronnych w gronie kilku państw niż w strukturze obejmującej kilkadziesiąt stolic. W przypadku Polski ma to szczególne znaczenie, ponieważ Warszawa prowadzi obecnie największy program modernizacji militarnej w Europie. Sama skala inwestycji wojskowych wymaga budowy trwałych mechanizmów współpracy technologicznej, szkoleniowej i operacyjnej z partnerami dysponującymi zaawansowanymi zdolnościami militarnymi.
Współczesna interoperacyjność wojskowa jest pojęciem znacznie szerszym i bardziej złożonym niż jeszcze dwie czy trzy dekady temu. W klasycznym rozumieniu oznaczała przede wszystkim techniczną kompatybilność uzbrojenia, systemów łączności i procedur działania różnych armii. Dziś jednak – w warunkach wojny wielodomenowej, gwałtownego przyspieszenia procesów decyzyjnych oraz rosnącego znaczenia zagrożeń hybrydowych – interoperacyjność staje się w istocie zdolnością państw do funkcjonowania jako jeden organizm strategiczny. Nie chodzi wyłącznie o możliwość wspólnego prowadzenia działań bojowych, ale o zdolność równoczesnego reagowania politycznego, wojskowego, logistycznego, wywiadowczego, cybernetycznego i infrastrukturalnego. To proces głębokiej integracji praktyk bezpieczeństwa, który wymaga trwałego zaufania politycznego i regularnej współpracy instytucjonalnej. W tym sensie interoperacyjność ma dziś charakter zarówno techniczny, jak i kulturowy. Obejmuje oczywiście kompatybilność systemów uzbrojenia, wspólne standardy komunikacji czy możliwość współdziałania jednostek różnych armii na polu walki, ale równie ważne stają się kwestie mniej widoczne: sposób podejmowania decyzji, szybkość przepływu informacji, procedury kryzysowe, logika dowodzenia czy poziom wzajemnego zaufania elit politycznych i wojskowych. Armie mogą dysponować formalnie kompatybilnym sprzętem, a mimo to pozostawać niezdolne do skutecznego działania, jeśli ich struktury dowodzenia, kultura organizacyjna czy procesy polityczne nie są zsynchronizowane.
Dlatego nowoczesna interoperacyjność zaczyna się znacznie wcześniej niż na poziomie samej operacji wojskowej. Jej fundamentem jest wspólne planowanie strategiczne. Państwa, które regularnie konsultują scenariusze zagrożeń, wspólnie analizują potencjalne kryzysy i prowadzą symulacje strategiczne, budują zdolność do szybkiego reagowania jeszcze przed wystąpieniem realnego konfliktu. Kluczowe znaczenie ma bowiem nie tylko to, jak armie działają w trakcie wojny, lecz również jak szybko polityczne centra decyzyjne są w stanie uzgodnić odpowiedź na pierwsze symptomy zagrożenia. Wojna rosyjsko-ukraińska pokazała wyraźnie, że przewagę uzyskują państwa zdolne do błyskawicznej synchronizacji decyzji politycznych, wojskowych i logistycznych. Z tego punktu widzenia regularne konsultacje między sztabami generalnymi, ministerstwami obrony i strukturami wywiadowczymi są równie ważne jak same ćwiczenia wojskowe. Państwa, które stale współpracują na poziomie analitycznym i planistycznym, zaczynają myśleć podobnymi kategoriami strategicznymi. Wytwarza się wspólny język bezpieczeństwa – podobna percepcja zagrożeń, zbliżone rozumienie ryzyka oraz porównywalna ocena priorytetów strategicznych. To niezwykle istotne, ponieważ współczesne kryzysy rozwijają się często szybciej, niż funkcjonują klasyczne procedury dyplomatyczne. Jeżeli państwa nie posiadają wcześniej wypracowanych mechanizmów współpracy i wspólnej kultury strategicznej, reagują wolniej, bardziej chaotycznie i mniej przewidywalnie.
Interoperacyjność obejmuje również integrację systemów dowodzenia i zdolność do prowadzenia skoordynowanych działań wielodomenowych. Współczesna wojna nie jest już konfliktem prowadzonym wyłącznie przez wojska lądowe. Kluczową rolę odgrywają systemy satelitarne, cyberbezpieczeństwo, rozpoznanie elektroniczne, zdolności powietrzne, obrona przeciwrakietowa, infrastruktura energetyczna i logistyka. Państwa chcące skutecznie współdziałać muszą być zdolne do błyskawicznej wymiany danych operacyjnych i wspólnego zarządzania ogromną ilością informacji w czasie rzeczywistym. To wymaga nie tylko technologii, ale także ogromnego poziomu zaufania politycznego. Udostępnianie danych wywiadowczych czy integracja systemów rozpoznawczych oznacza bowiem bardzo głęboką współzależność strategiczną.
Szczególnie ważnym wymiarem interoperacyjności staje się dziś logistyka i mobilność wojskowa. Wojna na Ukrainie przypomniała Europie, że zdolność przemieszczania dużych sił zbrojnych w krótkim czasie jest jednym z podstawowych warunków skutecznego odstraszania. Problemem nie jest już wyłącznie liczba żołnierzy czy czołgów, lecz zdolność szybkiego przerzutu wojsk, zabezpieczenia dostaw amunicji, ochrony infrastruktury transportowej oraz utrzymania ciągłości zaopatrzenia w warunkach potencjalnych ataków hybrydowych. W praktyce oznacza to konieczność synchronizacji infrastruktury kolejowej, portowej, drogowej i energetycznej między państwami sojuszniczymi. Dla Polski ma to znaczenie fundamentalne. Warszawa znajduje się w strategicznym położeniu jako główny węzeł logistyczny wschodniej flanki NATO i zaplecze wsparcia dla Ukrainy. Budowanie interoperacyjności z Wielką Brytanią, Francją czy państwami skandynawskimi oznacza więc nie tylko współpracę wojskową w sensie operacyjnym, ale również tworzenie infrastrukturalnego systemu bezpieczeństwa regionu. W sytuacji kryzysowej liczyć się będzie zdolność szybkiego przerzucenia sił przez Bałtyk, zabezpieczenia korytarzy transportowych, ochrony infrastruktury podmorskiej czy utrzymania ciągłości funkcjonowania portów i sieci energetycznych.
Nie mniej istotny jest aspekt personalny i instytucjonalny interoperacyjności. Armie oraz elity bezpieczeństwa, które regularnie współpracują, prowadzą wspólne ćwiczenia i utrzymują stałe kontakty, budują relacje oparte na osobistym zaufaniu. W sytuacjach kryzysowych ma to często znaczenie większe niż formalne dokumenty. Dowódcy znający się osobiście, urzędnicy przyzwyczajeni do współpracy i politycy mający doświadczenie wspólnych konsultacji reagują szybciej i bardziej elastycznie. Powstaje nieformalna sieć komunikacji umożliwiająca omijanie części biurokratycznych ograniczeń charakterystycznych dla dużych organizacji międzynarodowych. Właśnie dlatego Polska stara się wejść do węższego kręgu państw zdolnych do realnej współpracy operacyjnej. Chodzi o przejście od poziomu deklaratywnej solidarności do poziomu praktycznej integracji bezpieczeństwa. Warszawa rozumie, że w warunkach gwałtownie pogarszającego się środowiska strategicznego liczyć się będą przede wszystkim ci partnerzy, którzy są zdolni do natychmiastowego działania, a nie wyłącznie do politycznych deklaracji poparcia. Relacje z Wielką Brytanią są tu szczególnie ważne, ponieważ Londyn pozostaje jednym z nielicznych państw europejskich dysponujących pełnym spektrum zdolności militarnych, wysoką kulturą strategiczną i gotowością do szybkiego reagowania. Z kolei potencjalna współpraca ze Skandynawią ma ogromne znaczenie ze względu na geograficzną i operacyjną spójność regionu Morza Bałtyckiego.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera trzecia funkcja bilateralnych i minilateralnych porozumień obronnych – ich rola jako strategicznego zabezpieczenia na wypadek osłabienia skuteczności NATO lub narastania sporów wewnątrz Sojuszu. Nie oznacza to oczywiście założenia rychłego rozpadu NATO ani utraty jego podstawowej roli jako fundamentu bezpieczeństwa euroatlantyckiego. Tego rodzaju scenariusz pozostaje mało prawdopodobny. Jednak coraz więcej europejskich stolic przyjmuje realistyczne założenie, że NATO w nadchodzących latach może funkcjonować w warunkach znacznie większych napięć politycznych i strategicznych niż dotychczas. Źródła tych napięć są strukturalne i długoterminowe. Pierwszym problemem pozostaje nierówny podział kosztów bezpieczeństwa. Od lat Stany Zjednoczone sygnalizują europejskim sojusznikom, że oczekują większego zaangażowania finansowego i militarnego ze strony Europy. Nawet administracje tradycyjnie przywiązane do NATO coraz wyraźniej wskazują, że Ameryka nie może w nieskończoność ponosić głównego ciężaru obrony europejskiej przy jednoczesnym strategicznym zwrocie ku Indo-Pacyfikowi. Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu jedynie uwypuklił ten problem, ale sam proces rozpoczął się znacznie wcześniej i ma charakter ponadpartyjny.
Rosnące znaczenie rywalizacji amerykańsko-chińskiej sprawia, że Europa przestaje być dla Waszyngtonu jedynym lub nawet głównym teatrem strategicznym. Priorytetem staje się Pacyfik, bezpieczeństwo Tajwanu, kontrola szlaków morskich oraz technologiczna konkurencja z Chinami. Oznacza to rosnącą presję na większą samodzielność Europy w kwestiach bezpieczeństwa regionalnego. Europejczycy coraz wyraźniej rozumieją, że nawet przy utrzymaniu formalnych gwarancji NATO realna zdolność Stanów Zjednoczonych do natychmiastowego zaangażowania militarnego w Europie może być w przyszłości bardziej ograniczona. Równocześnie wewnątrz samego NATO utrzymują się istotne różnice strategiczne. Państwa południowej Europy koncentrują się na problemach migracyjnych, Afryce Północnej i niestabilności regionu śródziemnomorskiego. Dla państw Europy Środkowo-Wschodniej priorytetem pozostaje Rosja i bezpieczeństwo wschodniej flanki. Część państw zachodnich nadal wykazuje większą ostrożność wobec polityki odstraszania Moskwy, obawiając się eskalacji lub kosztów gospodarczych konfrontacji. W rezultacie NATO coraz częściej musi zarządzać nie tylko zagrożeniami zewnętrznymi, ale również różnicami percepcji zagrożeń między własnymi członkami. W takich warunkach bilateralne i regionalne układy bezpieczeństwa pełnią funkcję strategicznego „bezpiecznika”. Państwa próbują budować dodatkowe poziomy współpracy, które zwiększają odporność systemu nawet w przypadku politycznego paraliżu większych struktur. Nie chodzi o tworzenie alternatywy wobec NATO, lecz o jego praktyczne uzupełnianie i wzmacnianie poprzez sieć szybszych, bardziej elastycznych mechanizmów działania. Polska szczególnie mocno dostrzega potrzebę takiego podejścia, ponieważ jako państwo frontowe nie może pozwolić sobie na strategiczną niepewność dotyczącą szybkości i skali reakcji sojuszników.
Dlatego Warszawa konsekwentnie rozwija model bezpieczeństwa oparty na maksymalnym zagęszczaniu relacji strategicznych. Im więcej państw jest powiązanych z Polską wspólnymi projektami wojskowymi, logistycznymi i politycznymi, tym trudniej potencjalnemu przeciwnikowi zakładać możliwość izolowania Polski lub wykorzystywania sporów wewnątrz Zachodu. To logika budowy wielowarstwowego odstraszania: nawet jeśli jeden mechanizm okaże się politycznie niewydolny lub zbyt powolny, pozostają inne kanały współpracy i koordynacji. Właśnie dlatego obecna ofensywa dyplomatyczna Warszawy ma znaczenie znacznie szersze niż wyłącznie symboliczne – jest próbą adaptacji do świata, w którym bezpieczeństwo coraz mniej opiera się na pojedynczym centrum gwarancyjnym, a coraz bardziej na gęstej sieci regionalnych powiązań strategicznych. W takiej sytuacji bilateralne i regionalne układy bezpieczeństwa pełnią funkcję „ubezpieczenia strategicznego”. Państwa europejskie próbują tworzyć dodatkowe poziomy koordynacji, które mogłyby działać nawet przy czasowej nieskuteczności szerszych struktur. Szczególnie ważna staje się tu zdolność do szybkiego uzgadniania działań bez konieczności oczekiwania na jednomyślność całego NATO lub UE. W praktyce może to oznaczać wspólne zabezpieczanie infrastruktury krytycznej, ochronę szlaków logistycznych, rotacyjną obecność wojskową czy współpracę wywiadowczą.
Polska postrzega ten problem wyjątkowo intensywnie, ponieważ jej bezpieczeństwo jest bezpośrednio zależne od wiarygodności zachodniego odstraszania. Warszawa ma świadomość, że największym zagrożeniem byłaby nie tyle otwarta klęska NATO, ile pojawienie się strategicznej niepewności – sytuacji, w której Moskwa uznałaby, że Zachód jest politycznie sparaliżowany i niezdolny do szybkiej reakcji. Dlatego polska polityka zmierza do maksymalnego zagęszczania sieci powiązań bezpieczeństwa. Im więcej alternatywnych kanałów współpracy i konsultacji, tym trudniej potencjalnemu przeciwnikowi zakładać bierność lub dezorganizację państw zachodnich.
Warszawa od wielu lat próbowała wyjść z roli państwa peryferyjnego wobec głównych centrów decyzyjnych UE, ale jej możliwości były ograniczane zarówno przez konflikty z instytucjami europejskimi, jak i przez dominację osi francusko-niemieckiej. Obecna sytuacja geopolityczna stwarza jednak Polsce wyjątkową okazję do zmiany tej pozycji. Wojna na Ukrainie radykalnie zwiększyła znaczenie państw wschodniej flanki, a Polska stała się kluczowym hubem logistycznym, militarnym i politycznym dla wsparcia Kijowa. W tym kontekście traktaty obronne są również narzędziem budowania statusu. Państwo zdolne organizować koalicje bezpieczeństwa automatycznie zwiększa swoją wagę polityczną. Polska chce pokazać partnerom europejskim, że nie jest jedynie odbiorcą gwarancji bezpieczeństwa, lecz producentem bezpieczeństwa regionalnego. To zasadnicza zmiana psychologiczna i polityczna. Warszawa stara się przejść od pozycji państwa stale alarmującego przed Rosją do roli państwa oferującego konkretne rozwiązania instytucjonalne i strategiczne. Ma to ogromne znaczenie także w relacjach z największymi państwami Europy. Im większa zdolność Polski do organizowania regionalnych formatów współpracy, tym większa jej siła negocjacyjna wobec Berlina, Paryża czy Brukseli. Państwo posiadające własną sieć relacji strategicznych jest trudniejsze do marginalizacji i bardziej potrzebne w procesach decyzyjnych. W praktyce oznacza to możliwość wpływania na europejskie debaty dotyczące finansowania obronności, polityki wobec Rosji, przemysłu zbrojeniowego czy przyszłości NATO.
Nieprzypadkowo więc Polska coraz wyraźniej próbuje prezentować się jako lider północno-wschodniego wymiaru bezpieczeństwa europejskiego. W warunkach osłabienia dotychczasowego modelu integracji europejskiej i rosnącego znaczenia geopolityki rola państw zdolnych do organizowania regionalnych centrów współpracy będzie rosła. Warszawa dostrzega, że samo położenie geograficzne i skala wydatków wojskowych nie wystarczą do trwałego zwiększenia znaczenia państwa. Potrzebna jest jeszcze zdolność do tworzenia sieci zależności politycznych i strategicznych. Właśnie temu służy obecna ofensywa traktatowa – budowie Polski jako jednego z organizatorów nowego europejskiego systemu bezpieczeństwa, a nie wyłącznie jego najbardziej narażonego uczestnika. Naturalną konsekwencją tej strategii byłoby rozszerzenie jej na Niemcy i państwa skandynawskie. Jednak oba kierunki mają zupełnie odmienną logikę polityczną. W przypadku Niemiec problem ma charakter zarówno historyczny, jak i stricte polityczny. Każda próba budowy pogłębionego polsko-niemieckiego formatu obronnego natychmiast stałaby się elementem brutalnego konfliktu wewnętrznego. Opozycja konserwatywna wykorzystywałaby ją jako dowód podporządkowania Polski interesom Berlina, zwłaszcza w kontekście utrwalonej narracji o „niemieckości” obecnego rządu. Istnieje również realny problem ograniczonego zaufania strategicznego wobec Niemiec po latach sporów dotyczących polityki energetycznej wobec Rosji, opóźnień w modernizacji Bundeswehry czy ostrożności Berlina wobec dostaw broni dla Ukrainy. Choć z perspektywy geopolitycznej ścisła współpraca polsko-niemiecka byłaby racjonalna, jej polityczny koszt wewnętrzny pozostaje obecnie bardzo wysoki.
Właśnie dlatego znacznie bardziej prawdopodobnym i politycznie bezpieczniejszym kierunkiem wydaje się Skandynawia. Po rozszerzeniu NATO o Finlandię i Szwecję region Morza Bałtyckiego stał się niemal wewnętrznym akwenem Sojuszu. Otwiera to możliwość budowy nowej jakości w regionalnej architekturze bezpieczeństwa, obejmującej Polskę, państwa nordyckie oraz kraje bałtyckie. Taki format miałby kilka istotnych przewag. Po pierwsze, państwa skandynawskie charakteryzuje bardzo wysoki poziom kultury strategicznej, rozwinięty przemysł obronny i rosnąca świadomość zagrożenia rosyjskiego. Po drugie, nie istnieje tu ciężar historyczny porównywalny z relacjami polsko-niemieckimi. Po trzecie, współpraca już faktycznie się rozwija – zarówno w zakresie ochrony infrastruktury krytycznej na Bałtyku, bezpieczeństwa energetycznego, wymiany danych wywiadowczych, jak i planowania wojskowego.
Polska mogłaby próbować zaproponować budowę północno-wschodniego filaru europejskiego bezpieczeństwa – swego rodzaju bałtyckiej wspólnoty strategicznej. Nie musiałby to być formalny sojusz konkurencyjny wobec NATO, lecz raczej regionalny mechanizm pogłębionej współpracy obejmujący wspólne planowanie operacyjne, ochronę infrastruktury podmorskiej, obronę powietrzną, bezpieczeństwo cybernetyczne i logistykę wojskową. Szczególne znaczenie miałaby integracja zdolności morskich i lotniczych. Wojna na Ukrainie pokazała bowiem, że bezpieczeństwo regionu zależy nie tylko od klasycznej obrony lądowej, ale także od odporności infrastruktury energetycznej, telekomunikacyjnej i transportowej. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy Polska powinna budować tego rodzaju relacje bilateralnie, czy próbować stworzyć jeden wielostronny format?
W praktyce najbardziej racjonalnym i politycznie wykonalnym rozwiązaniem dla Polski wydaje się model mieszany, łączący elastyczność relacji bilateralnych z długofalowym celem budowy szerszej struktury regionalnej. Wynika to zarówno z logiki współczesnego bezpieczeństwa europejskiego, jak i z bardzo konkretnych ograniczeń politycznych, instytucjonalnych oraz strategicznych występujących po stronie potencjalnych partnerów. Europa znajduje się obecnie w fazie przejściowej: stare mechanizmy bezpieczeństwa nie zostały zakwestionowane formalnie, ale coraz wyraźniej ujawniają swoje ograniczenia, natomiast nowe formaty współpracy dopiero się kształtują. W takich warunkach państwa unikają gwałtownych ruchów instytucjonalnych i preferują stopniowe zagęszczanie praktycznej współpracy. Polska, jeśli chce skutecznie budować swoją pozycję organizatora bezpieczeństwa regionalnego, musi uwzględniać właśnie tę logikę ostrożnej ewolucji zamiast próbować forsować wielkie projekty polityczne od razu. Relacje bilateralne mają w tym kontekście podstawową przewagę: pozwalają osiągać konkretne rezultaty stosunkowo szybko i bez nadmiernego obciążenia proceduralnego. Im mniejsza liczba uczestników danego formatu współpracy, tym łatwiej uzgodnić wspólne priorytety, tempo działania i zakres zobowiązań. W przypadku bezpieczeństwa ma to szczególne znaczenie, ponieważ skuteczność odstraszania zależy nie tylko od siły militarnej, ale także od szybkości reakcji politycznej i zdolności do podejmowania decyzji w warunkach kryzysowych. Wielostronne struktury międzynarodowe bardzo często cierpią na strukturalną bezwładność: konieczność uzgadniania stanowisk kilkunastu lub kilkudziesięciu państw prowadzi do kompromisów minimalnych, spowolnienia procesów decyzyjnych i rozmywania odpowiedzialności. Bilateralizm pozwala natomiast budować współpracę opartą na rzeczywistej wspólnocie interesów strategicznych.
Polska może prowadzić zupełnie inny rodzaj rozmowy z Wielką Brytanią, inny z Finlandią, a jeszcze inny z Francją. Każda z tych relacji ma własną dynamikę, inne priorytety i odmienne obszary potencjalnej współpracy. Londyn jest przede wszystkim partnerem w zakresie odstraszania militarnego, wywiadu i projekcji siły. Finlandia wnosi doświadczenie funkcjonowania w cieniu rosyjskiego zagrożenia oraz bardzo rozwiniętą kulturę obrony totalnej. Szwecja ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Morza Bałtyckiego i infrastruktury morskiej. Dania kontroluje strategiczne przesmyki bałtyckie, natomiast Francja pozostaje jednym z nielicznych europejskich mocarstw zdolnych do strategicznej projekcji siły i dysponujących potencjałem nuklearnym. Bilateralne podejście pozwala więc dostosowywać zakres współpracy do konkretnych kompetencji i interesów partnerów. Dodatkowo relacje bilateralne są politycznie łatwiejsze do zaakceptowania przez państwa skandynawskie, które tradycyjnie podchodzą z dużą ostrożnością do ambitnych projektów geopolitycznych i nowych struktur instytucjonalnych. Kultura strategiczna państw nordyckich opiera się na pragmatyzmie, przewidywalności i stopniowym budowaniu zaufania. Skandynawowie historycznie preferują współpracę funkcjonalną, opartą na konkretnych projektach i praktycznych efektach, a nie na wielkich deklaracjach politycznych. Wynika to zarówno z ich tradycji politycznej, jak i z doświadczenia geopolitycznego. Państwa nordyckie przez dekady budowały swoje bezpieczeństwo poprzez stabilność instytucjonalną, przewidywalność działań i unikanie nadmiernie konfrontacyjnej retoryki wobec Rosji, nawet jeśli równocześnie rozwijały zdolności odstraszania. To oznacza, że ewentualna polska inicjatywa budowy nowego formatu bezpieczeństwa w regionie Morza Bałtyckiego spotkałaby się raczej z ostrożnym zainteresowaniem niż entuzjazmem dla tworzenia nowego bloku politycznego. Skandynawowie będą bardzo wyczuleni na wszelkie działania, które mogłyby zostać odebrane jako próba tworzenia konkurencyjnej wobec NATO lub UE struktury bezpieczeństwa. Dla państw nordyckich fundamentalnym priorytetem pozostaje utrzymanie silnego zakotwiczenia amerykańskiego w Europie oraz zachowanie spójności Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nawet po rosyjskiej agresji na Ukrainę i wejściu Finlandii oraz Szwecji do NATO w państwach tych utrzymuje się przekonanie, że trwałe bezpieczeństwo Europy nadal zależy od obecności Stanów Zjednoczonych. Wszelkie regionalne inicjatywy będą więc oceniane przez pryzmat tego, czy wzmacniają NATO, czy potencjalnie tworzą wrażenie jego fragmentaryzacji.
Właśnie dlatego najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz etapowy. Polska najpierw będzie rozwijała sieć praktycznej współpracy bilateralnej i minilateralnej, obejmującej konkretne obszary bezpieczeństwa: ochronę infrastruktury krytycznej, bezpieczeństwo morskie, obronę powietrzną, logistykę wojskową, cyberbezpieczeństwo czy współpracę wywiadowczą. Dopiero później – jeśli taka współpraca okaże się trwała i skuteczna – możliwe byłoby jej stopniowe instytucjonalizowanie w szerszym formacie bałtycko-nordyckim. Byłby to proces bardziej organiczny niż rewolucyjny: nowe struktury wyrastałyby z istniejącej praktyki współdziałania, a nie z jednorazowej decyzji politycznej. Tego rodzaju ewolucyjny model odpowiada zresztą szerszym tendencjom widocznym dziś w Europie. Współczesne bezpieczeństwo coraz częściej organizowane jest przez sieci częściowo nakładających się formatów regionalnych i funkcjonalnych. Państwa budują współpracę tam, gdzie widzą wspólnotę zagrożeń i możliwość osiągania konkretnych rezultatów. Polska próbuje wpisać się właśnie w tę logikę: zamiast postulować abstrakcyjną „armię europejską”, stara się rozwijać realne mechanizmy współpracy regionalnej wokół wspólnego poczucia zagrożenia rosyjskiego.
Kluczową rolę w takim układzie mogłaby odegrać Finlandia. Spośród wszystkich państw nordyckich to właśnie Helsinki posiadają najbardziej realistyczne i zarazem najbardziej pragmatyczne spojrzenie na Rosję. Wynika ono z doświadczenia historycznego, położenia geograficznego oraz wieloletniego funkcjonowania w cieniu potencjalnego zagrożenia militarnego ze strony Moskwy. Fińska kultura strategiczna opiera się na założeniu, że Rosji nie można ignorować ani romantyzować – trzeba ją rozumieć i jednocześnie być przygotowanym na długotrwałą konfrontację. W odróżnieniu od części państw Europy Zachodniej Finlandia nigdy nie uległa iluzji trwałego „końca historii” w polityce bezpieczeństwa. To właśnie Finlandia może być dla Polski szczególnie wartościowym partnerem w budowie regionalnego systemu odstraszania. Helsinki dysponują niezwykle rozwiniętym modelem obrony totalnej, bardzo wysokim poziomem odporności społecznej, silnym systemem rezerw wojskowych oraz strategiczną kulturą opartą na długofalowym myśleniu o zagrożeniach. Polska i Finlandia mają również podobną percepcję Rosji jako państwa zdolnego do długotrwałej presji militarnej, politycznej i hybrydowej. Współpraca obu państw mogłaby więc wykraczać poza klasyczne relacje wojskowe i obejmować kwestie odporności infrastrukturalnej, bezpieczeństwa energetycznego czy przygotowania społeczeństwa do funkcjonowania w warunkach kryzysowych.
Równie istotna byłaby rola Szwecji. Przez wiele lat Sztokholm pozostawał ostrożniejszy w kwestiach bezpieczeństwa niż Finlandia, jednak rosyjska agresja na Ukrainę zasadniczo zmieniła szwedzką percepcję strategiczną. Wejście do NATO było symbolem głębokiej zmiany geopolitycznej i odejścia od tradycyjnej polityki neutralności. Dla Szwecji coraz bardziej oczywiste staje się, że bezpieczeństwo własnego terytorium jest bezpośrednio związane z sytuacją w południowej części Bałtyku. Kontrola nad tym obszarem ma fundamentalne znaczenie dla ochrony szwedzkiej infrastruktury, komunikacji morskiej oraz bezpieczeństwa Gotlandii – strategicznej wyspy będącej kluczowym punktem kontroli przestrzeni bałtyckiej. Z perspektywy Sztokholmu Polska staje się więc nie tylko partnerem politycznym, ale również jednym z filarów stabilności południowego Bałtyku. Rozwijanie współpracy z Warszawą może oznaczać dla Szwecji możliwość głębszej integracji działań morskich, lotniczych i logistycznych w całym regionie. Szczególnie ważne mogą być wspólne działania dotyczące ochrony infrastruktury podmorskiej, kabli telekomunikacyjnych, gazociągów oraz szlaków transportowych – zwłaszcza po doświadczeniach związanych z sabotażem infrastruktury energetycznej na Bałtyku.
Dania również mogłaby odegrać ważną rolę, choć jej znaczenie wynika przede wszystkim z geografii strategicznej. Kontrola przesmyków bałtyckich pozostaje jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa regionu. Kopenhaga odgrywa więc rolę „strażnika wejścia” do Morza Bałtyckiego. W sytuacji kryzysowej zdolność do kontroli ruchu morskiego i zabezpieczenia połączeń między Bałtykiem a Morzem Północnym miałaby fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania całej wschodniej flanki NATO. Dania dysponuje ponadto bardzo rozwiniętymi zdolnościami morskimi i dużym doświadczeniem we współpracy sojuszniczej.
Najbardziej ostrożna pozostanie prawdopodobnie Norwegia. Oslo postrzega bezpieczeństwo przede wszystkim przez pryzmat Arktyki, północnego Atlantyku i relacji z Rosją na Dalekiej Północy. Norwegowie tradycyjnie unikają nadmiernego angażowania się w inicjatywy mogące zostać odebrane jako eskalacyjne wobec Moskwy, szczególnie w regionach bezpośrednio niezwiązanych z północnym teatrem strategicznym. Jednocześnie jednak znaczenie Bałtyku dla bezpieczeństwa całej północnej Europy będzie rosło, co stopniowo może zwiększać zainteresowanie Norwegii współpracą regionalną także w tym obszarze. Oslo będzie jednak preferować podejście ostrożne, funkcjonalne i mocno zakotwiczone w strukturach NATO. W rezultacie potencjalna bałtycko-nordycka architektura bezpieczeństwa prawdopodobnie nie przybierze formy spektakularnego nowego sojuszu politycznego. Bardziej realny jest model gęstej sieci powiązań wojskowych, logistycznych, infrastrukturalnych i wywiadowczych, rozwijanych stopniowo i pragmatycznie. Polska, jeśli chce skutecznie odgrywać rolę organizatora takiego układu, będzie musiała wykazać się nie tylko ambicją geopolityczną, ale również zdolnością do cierpliwego budowania zaufania i dostosowywania swoich inicjatyw do strategicznej kultury partnerów nordyckich.
Rosja z dużym prawdopodobieństwem odpowiedziałaby na takie działania klasycznym zestawem instrumentów presji politycznej i hybrydowej. Należy oczekiwać intensyfikacji narracji propagandowej o „militaryzacji regionu”, próbach „otaczania Rosji” oraz rzekomej destabilizującej roli Polski. Możliwe byłoby zwiększenie aktywności cybernetycznej, działań sabotażowych wobec infrastruktury krytycznej czy demonstracyjnych aktywności wojskowych w rejonie Bałtyku. Paradoksalnie jednak sama skala rosyjskiej reakcji mogłaby potwierdzać skuteczność inicjatywy. Kreml tradycyjnie najostrzej reaguje na działania zwiększające regionalną spójność Zachodu i utrudniające prowadzenie polityki presji wobec pojedynczych państw.
Długofalowo najważniejsze będzie jednak coś innego: czy Polska zdoła przekonać partnerów, że nie proponuje wyłącznie reakcji na bieżące zagrożenie rosyjskie, ale trwałą wizję regionalnego bezpieczeństwa. Dotychczas Warszawa była często postrzegana jako państwo alarmujące przed Rosją, ale niekoniecznie oferujące instytucjonalną koncepcję nowego ładu. Obecna ofensywa dyplomatyczna może być próbą zmiany tego wizerunku. Jeżeli Polska potrafiłaby połączyć swoją rosnącą siłę militarną, położenie geograficzne i aktywność polityczną z pragmatyczną współpracą nordycko-bałtycką, mogłaby rzeczywiście stać się jednym z kluczowych organizatorów bezpieczeństwa w północno-wschodniej Europie.
