Sławomir Doburzyński

Jesteśmy społeczeństwem potrzebującym swoistej terapii. Jej punktem wyjścia powinno być przywracanie doświadczenia sprawczości. Konkretnego doświadczenia, że określone problemy można wspólnie rozwiązywać mimo różnic światopoglądowych

Polska znalazła się w szczególnym momencie swojej najnowszej historii. Z jednej strony nigdy wcześniej nie dysponowała tak dużymi zasobami materialnymi, rozbudowaną infrastrukturą, wysokimi dochodami gospodarstw domowych, potencjałem przedsiębiorstw ani tak mocną pozycją gospodarczą w Europie. Z drugiej – trudno wskazać dominującą grupę społeczną, środowisko instytucjonalne czy znaczący nurt debaty publicznej, z którego emanowałoby przekonanie, że następne dziesięć czy piętnaście lat będzie dla Polski czasem jeszcze większych możliwości. Powstaje paradoks: osiągnęliśmy więcej, ale coraz trudniej przychodzi nam wierzyć, że przyszłość będzie lepsza od teraźniejszości. Nie oznacza to jeszcze, że Polska osiągnęła szczyt swoich możliwości. Bardziej uzasadniona wydaje się inna hipoteza: przekraczamy właśnie szczyt optymizmu charakterystycznego dla społeczeństwa doganiającego oraz potencjału rozwojowego, który można było stosunkowo łatwo uruchamiać poprzez nadrabianie zapóźnień. Kończy się faza, w której rozwój w znacznym stopniu polegał na przejmowaniu gotowych technologii, budowie brakującej infrastruktury, zwiększaniu zatrudnienia, włączaniu się do europejskich łańcuchów produkcyjnych, absorpcji kapitału zagranicznego i środków europejskich. Zaczyna się natomiast etap, w którym kolejny punkt procentowy wzrostu będzie wymagał znacznie większego wysiłku organizacyjnego, technologicznego, instytucjonalnego i społecznego.

W tym właśnie kontekście trzeba traktować coraz częściej powtarzane stwierdzenie o Polsce jako jednej z dwudziestu największych gospodarek świata. Nie jest ono bezpodstawne. Bank Światowy szacuje wartość polskiego PKB w 2025 roku na ponad bilion dolarów i klasyfikuje Polskę wśród dwudziestu największych gospodarek globu. MFW zwraca uwagę na skalę polskiej konwergencji: w ciągu czterech dekad dochód na mieszkańca wzrósł z około 40 proc. poziomu zachodnioeuropejskiego do mniej więcej 80 proc. średniej unijnej. To ogromne osiągnięcie, ale sama kategoria „dwudziestej gospodarki świata” łatwo może prowadzić do mylenia dwóch różnych wymiarów rozwoju. Wielkość gospodarki jest funkcją liczby mieszkańców, kursu walutowego i całkowitej skali wytwarzania. Nie oznacza automatycznie dwudziestego miejsca pod względem jakości życia, produktywności, poziomu technologicznego, jakości usług publicznych, kapitału społecznego czy zdolności państwa do działania. Tu leży źródło rosnącego napięcia między narracją o sukcesie a codziennym doświadczeniem społecznym. Polska stała się krajem znacznie bogatszym, ale równocześnie Polacy zaczęli przykładać do niej kryteria społeczeństwa bogatego.

Jeszcze dwie dekady temu naturalnym punktem odniesienia była przeszłość. Pytano przede wszystkim, czy żyje się lepiej niż dziesięć lat wcześniej. Dzisiaj punktem odniesienia staje się oczekiwany standard przyszłości: dostępność mieszkania, jakość szpitala, szybkość kolei, poziom szkoły, jakość przestrzeni miejskiej, bezpieczeństwo energetyczne, możliwość godzenia pracy z rodziną czy zdolność państwa do reagowania na kryzysy. Wzrost aspiracji był jednym z rezultatów sukcesu transformacji. Teraz zaczyna jednak działać w przeciwnym kierunku. Coraz większej części społeczeństwa nie wystarcza już samo stwierdzenie, że Polska rozwija się szybciej niż większość Europy. Bardzo dobrze widać tę sprzeczność w badaniach nastrojów społecznych. W końcu sierpnia 2026 roku 66 proc. badanych przez CBOS dobrze oceniało poziom życia swojej rodziny, tylko 4 proc. źle. Jednocześnie zaledwie 31 proc. uważało, że sytuacja w kraju zmierza w dobrym kierunku, podczas gdy 47 proc. było przeciwnego zdania. Ocena gospodarki była zdecydowanie lepsza – 37 proc. respondentów postrzegało sytuację gospodarczą pozytywnie, a 25 proc. negatywnie. Powstaje więc niezwykle interesująca konstrukcja społeczna: „mnie żyje się stosunkowo dobrze, ale z krajem dzieje się coś niepokojącego”. Jest to prawdopodobnie jeden z najważniejszych elementów obecnego polskiego stanu ducha. Nie mamy do czynienia z klasycznym kryzysem materialnym. Bezrobocie pozostaje niskie, gospodarka rośnie, poziom konsumpcji jest wysoki, infrastruktura jest bez porównania lepsza niż dwadzieścia lat temu. Nie pojawia się jednak odpowiadające temu poczucie zbiorowej sprawczości.

Jeszcze niedawno optymizm społeczny mógł być podtrzymywany przez politykę. Zwycięstwo jednego obozu politycznego oznaczało zazwyczaj przypływ entuzjazmu jego zwolenników, nawet jeżeli dla drugiej części społeczeństwa oznaczało głęboki pesymizm. Obecnie mechanizm ten działa słabiej. Rywalizacja polityczna nie tworzy przekonującej wizji domknięcia konfliktu. Żaden z głównych segmentów sceny politycznej nie może traktować obecnego układu jako trwałego, a zmienność poparcia, wielość ugrupowań i wysoki poziom wzajemnej nieufności powodują, że polityka staje się raczej źródłem permanentnej mobilizacji niż producentem optymizmu. Dla zwolenników obecnej koalicji źródłem niepewności nie jest przy tym samo poparcie dla Koalicji Obywatelskiej, która w najnowszych badaniach pozostaje największym ugrupowaniem, lecz coraz mniej oczywista zdolność całego obozu rządzącego do odtworzenia większości parlamentarnej. We wrześniowym badaniu United Surveys by IBRiS KO uzyskiwała 30,2 proc., ale PSL i Polska 2050 pozostawały poniżej progu, a symulacja mandatów dawała KO i Lewicy łącznie 214 miejsc – mniej niż wymagane 231. Nie oznacza to jednak poczucia politycznej pewności po prawej stronie, gdyż spadkowi poparcia dla PiS towarzyszy rozproszenie elektoratu między PiS, Konfederację, Konfederację Korony Polskiej i nowe środowiska powstałe po rozłamach, a więc układ, w którym potencjalna większość wymagałaby porozumienia kilku konkurujących ze sobą formacji. W badaniu CBOS z 7–9 września PiS uzyskiwało 15,0 proc., Konfederacja 14,8 proc., KKP 7,8 proc., a Rozwój Plus 3,7 proc. W efekcie obie strony mogą odczytywać te same sondaże przede wszystkim jako sygnał własnego ryzyka: wyborcy koalicji rządzącej – utraty większości, wyborcy szeroko rozumianej prawicy – trudności z przełożeniem rozproszonego poparcia na stabilny i politycznie spójny układ rządowy. Nie trzeba przesądzać przyszłych rozstrzygnięć wyborczych, aby dostrzec, że duża część społeczeństwa postrzega władzę jako przejściową, konflikt jako trwały, a kolejne wybory jako następną odsłonę tego samego sporu.

Problem jest głębszy niż polaryzacja partyjna. Badanie CBOS z 2026 roku pokazało, że trzy czwarte Polaków uważa, iż w relacjach z innymi ludźmi należy zachowywać daleko posuniętą ostrożność, a zaledwie 22 proc. skłania się ku przekonaniu, że większości ludzi można ufać. Badania jakościowe CBOS pokazują również zmęczenie „wojną polsko-polską”, negatywnymi emocjami w polityce i mediach oraz świadome unikanie wiadomości przez część odbiorców. W takiej sytuacji nawet rzeczywisty sukces gospodarczy jest trudny do przekształcenia w społeczny optymizm. Zaufanie jest bowiem jednym z podstawowych mechanizmów pozwalających przenosić indywidualne powodzenie na wiarę w przyszłość zbiorowości. Jeżeli człowiek ufa własnej rodzinie i własnym kompetencjom, ale nie ufa instytucjom, innym grupom społecznym albo trwałości reguł gry, może być jednocześnie zadowolony z obecnego życia i głęboko niepewny przyszłości.

Podobna rekonfiguracja zachodzi w Kościele. Nie chodzi jedynie o religijność mierzoną praktykami czy deklaracjami wiary. Znacznie istotniejsza z punktu widzenia tej analizy jest utrata zdolności do pełnienia funkcji instytucji integrującej ponad częścią istniejących podziałów społecznych. Kościół pozostaje dla milionów ludzi podstawowym źródłem sensu, wspólnoty i nadziei, ale jego społeczne znaczenie nie jest już tożsame z rolą, jaką pełnił w końcu XX wieku. Oceny jego działalności są silnie zróżnicowane również politycznie, co samo w sobie pokazuje zmianę jego miejsca w strukturze polskiego społeczeństwa. Powoduje to szczególny stan zawieszenia. Kościół, który z natury swojej misji posiada bardzo silne zasoby narracji o nadziei, ciągłości i wspólnocie, przechodzi równocześnie proces poszukiwania nowego języka społecznego oraz nowych form obecności. Religijna nadzieja pozostaje czymś zasadniczo innym od optymizmu społecznego. W wymiarze społecznym można więc obserwować jednocześnie wycofanie części środowisk, próby rekonfiguracji działalności oraz niepewność dotyczącą miejsca Kościoła w Polsce następnych dekad.

Jeszcze ciekawsza jest sytuacja młodzieży. Jest to pierwsze polskie pokolenie na taką skalę wychowane wewnątrz świata otwartego. Londyn, Barcelona, Tokio czy Nowy Jork nie są już abstrakcyjnymi punktami na mapie. Podróżowanie, międzynarodowe kontakty, studiowanie za granicą, praca zdalna, globalne platformy cyfrowe i natychmiastowy dostęp do wiedzy są częścią normalnego doświadczenia. Nigdy wcześniej młody Polak nie mógł tak łatwo eksplorować świata fizycznego i cyberprzestrzeni. Problem zaczyna się w momencie, kiedy z eksplorowania świata trzeba przejść do jego budowania. Dostęp do możliwości nie jest tym samym co możliwość stabilizacji. Praca, która daje doświadczenie, niekoniecznie daje poczucie bezpieczeństwa. Mobilność nie zastępuje mieszkania, globalna sieć kontaktów nie tworzy automatycznie lokalnego zakorzenienia, a możliwość spędzenia weekendu w dowolnym europejskim mieście nie kompensuje problemu z uzyskaniem kredytu albo z wejściem na rynek mieszkaniowy.

OECD wskazuje, że dostępność mieszkań stała się w Polsce jednym z centralnych problemów polityki społeczno-gospodarczej. Ponad jedna trzecia gospodarstw znajduje się w swoistej luce mieszkaniowej – z dochodami zbyt wysokimi, by kwalifikować się do części zasobu publicznego, ale niewystarczającymi do łatwego zakupu mieszkania lub wynajmu na warunkach rynkowych. Jednocześnie stopa bezrobocia BAEL w grupie 15–24 lata wynosiła w drugim kwartale 2026 roku 11 proc., przy 3,2 proc. dla całej populacji. Nie oznacza to katastrofalnej sytuacji młodzieży na rynku pracy, pokazuje jednak, że wejście do systemu gospodarczego jest wyraźnie trudniejsze niż jego późniejsze funkcjonowanie. Jeszcze bardziej charakterystyczny jest rozdźwięk między optymizmem indywidualnym i zbiorowym. W badaniu CBOS większość młodych Polaków – 59 proc. – oczekiwała poprawy własnej sytuacji życiowej, ale tylko 38 proc. z optymizmem patrzyło na przyszłość Polski, a 30 proc. na przyszłość świata. Takie wyniki można odczytać jako niezwykle charakterystyczną formułę współczesnej młodości: wierzę, że jakoś sobie poradzę, ale nie jestem przekonany, że świat, w którym będę żył, będzie lepszy. To fundamentalna zmiana w stosunku do doświadczenia młodych Polaków z pierwszych kilkunastu lat członkostwa w Unii Europejskiej. Wtedy indywidualna ambicja była wspierana przez wielką opowieść zbiorową: Polska dogania Zachód, granice znikają, infrastruktura powstaje, płace rosną, bezrobocie spada, przedsiębiorstwa się rozwijają, miasta modernizują. Dzisiaj indywidualna ambicja pozostaje, ale wielka opowieść stała się mniej oczywista.

Do tego dochodzi edukacja. Tutaj warto zachować większy dystans niż w publicystycznych diagnozach o jej „upadku”, ale oficjalne wyniki PISA 2025 są wystarczająco niepokojące. Polska nadal osiąga wyniki powyżej średniej OECD w matematyce, czytaniu i naukach przyrodniczych. Jednocześnie wyniki z 2025 roku pozostały na poziomie zbliżonym do słabego pomiaru z 2022 roku i były wyraźnie niższe niż w 2018 roku, a jeszcze bardziej niż w szczytowym 2012 roku. Udział uczniów osiągających wyniki poniżej podstawowego poziomu kompetencji wzrósł w porównaniu z 2015 rokiem o 8 punktów procentowych w matematyce, 9 w czytaniu i 4 w naukach przyrodniczych. Nie jest więc prawdą, że polska szkoła przestała być konkurencyjna międzynarodowo. Prawdą jest natomiast, że zatrzymała się trajektoria poprawy, która przez dwie dekady była jednym z najmocniejszych dowodów polskiego awansu. Szczególnie niepokojące jest to, że 38 proc. polskich piętnastolatków zgadza się ze stwierdzeniem, że szkoła jest stratą czasu, podczas gdy średnia OECD wynosi 24 proc. Jednocześnie deklarowane przez uczniów wsparcie ze strony nauczycieli jest wyraźnie niższe od średniej OECD i pogorszyło się w ostatniej dekadzie. To ważniejsze niż sam ranking PISA. Państwo aspirujące do przejścia od modelu imitacyjnego do modelu innowacyjnego potrzebuje ludzi zdolnych do uczenia się, rozwiązywania problemów, koncentracji, współpracy i aktualizacji kompetencji przez całe życie. Jeżeli właśnie w momencie, kiedy prostsze rezerwy konwergencji zaczynają się wyczerpywać, następuje stagnacja albo regres kompetencji, problem edukacji staje się bezpośrednim problemem modelu gospodarczego.

OECD ocenia, że konwergencja produktywności Polski z gospodarkami bardziej rozwiniętymi będzie trwała, ale będzie stopniowo zwalniała. MFW formułuje podobną diagnozę: część dotychczasowych korzyści wynikających z imitacji, transferu technologii i doganiania światowej granicy produktywności zostanie z czasem wyczerpana. Jednocześnie nasilają się ograniczenia demograficzne, niedobory kompetencji, problemy z innowacyjnością i inwestycjami. Można zatem powiedzieć, że Polska rzeczywiście zbliża się do pewnego szczytu – ale nie do szczytu możliwości rozwoju. Zbliża się do szczytu potencjału rozwojowego dostępnego bez zasadniczej zmiany sposobu funkcjonowania państwa, gospodarki i społeczeństwa.

Przez trzy dekady mogliśmy w ogromnym stopniu rozwijać się dzięki temu, że inni pokazali już drogę. Wiedzieliśmy, jak wygląda autostrada, nowoczesne lotnisko, park przemysłowy, centrum logistyczne, cyfrowa bankowość czy dobrze wyposażona fabryka. Można było importować technologię, kapitał, standardy zarządzania i regulacje. Dzisiejsze problemy mają inną strukturę. Jak zorganizować opiekę nad szybko starzejącym się społeczeństwem? Jak pogodzić bezpieczeństwo energetyczne, konkurencyjność przemysłu i transformację klimatyczną? Jak przygotować edukację do świata powszechnej AI? Jak utrzymać system emerytalny przy kurczącej się liczbie pracujących? Jak zwiększyć produktywność przedsiębiorstw, kiedy prosty arbitraż kosztów pracy przestaje wystarczać? Jak odbudować zdolność społeczeństwa do współdziałania mimo głębokich podziałów? Tu nie istnieje już model, który można po prostu skopiować. W tym znaczeniu Polska zaczyna przeżywać własną wersję kryzysu dojrzałych społeczeństw Zachodu. Nie dlatego, że osiągnęliśmy ich poziom zamożności we wszystkich wymiarach. Kryzys pojawia się wcześniej, ponieważ wraz z integracją gospodarczą, cyfrową i kulturową przejmujemy nie tylko technologie i wzorce konsumpcji, ale także aspiracje, lęki i kryteria oceny rzeczywistości.

W społeczeństwie doganiającym łatwo było identyfikować kierunek: „tam” jest lepiej, więc należy zmierzać „tam”. W świecie współczesnym owo „tam” przestaje być oczywiste. Zachodnia Europa zmaga się z własnym kryzysem demograficznym, konkurencyjnością, polityką migracyjną, transformacją energetyczną i polaryzacją polityczną. Stany Zjednoczone pozostają kluczowym partnerem bezpieczeństwa Polski, ale przestały być całkowicie bezwarunkowym i przewidywalnym punktem odniesienia dla europejskiej polityki. Badania Pew z 2026 roku pokazują silny spadek postrzegania USA jako wiarygodnego partnera w większości państw europejskich. Polska pozostaje przy tym jednym z dwóch badanych państw europejskich, gdzie większość nadal uznaje USA za wiarygodnego partnera. Jednocześnie pozytywne nastawienie Polaków do NATO pozostaje bardzo wysokie – w 2026 roku deklarowało je 78 proc. respondentów. Nie następuje więc odwrócenie od Zachodu. Znika natomiast komfort wynikający z przekonania, że istnieje stabilny świat zewnętrzny, do którego wystarczy się przyłączyć.

To doświadczenie jest jednym ze źródeł współczesnego pesymizmu. Klimat, sztuczna inteligencja, demografia, wojny, globalne migracje, bezpieczeństwo energetyczne, kryzysy handlowe – wszystkie te procesy mają jedną wspólną cechę: pojedynczy obywatel, samorząd, przedsiębiorstwo, a często również państwo średniej wielkości ma nad nimi ograniczoną kontrolę. Człowiek może dobrze wykonywać swoją pracę, oszczędzać, przestrzegać prawa i planować przyszłość, a mimo to decyzja podjęta kilka tysięcy kilometrów dalej może zmienić cenę energii, bezpieczeństwo jego miejsca pracy albo perspektywy całej branży. Świat staje się trudniejszy do odczytania. Nie dlatego, że wcześniej naprawdę był prosty, lecz dlatego, że istniały przekonujące modele interpretacyjne. Polska po 1989 roku miała wyjątkowo silną orientację kierunkową: demokracja, Zachód, NATO, Unia Europejska, gospodarka rynkowa, modernizacja, wzrost. Poszczególne elementy można było krytykować, ale wektor był czytelny. Dzisiaj nie ma już równie prostej mapy kolejnego etapu.

Interesującym, mniej oczywistym wymiarem tego stanu jest zmiana sposobu, w jaki Polacy przeżywają zbiorowy sukces. Przez kilkanaście ostatnich lat mieliśmy niezwykłe szczęście obserwować niemal równocześnie kariery trzech sportowców, którzy nie byli jedynie polskimi mistrzami, lecz znaleźli się na samym szczycie dyscyplin o rzeczywiście globalnym zasięgu. Robert Lewandowski stał się jednym z najlepszych piłkarzy swojego pokolenia, Robert Kubica jako pierwszy Polak wszedł do ścisłej elity Formuły 1, a Iga Świątek przez kilka sezonów dominowała w światowym tenisie. Każde z tych osiągnięć miało znaczenie wykraczające poza sport, pozwalało uczestniczyć w sukcesie rozpoznawalnym i bezdyskusyjnym w skali świata, a więc takim, którego nie trzeba było tłumaczyć ani relatywizować. Także tutaj następuje jednak zmiana epoki. Lewandowski zakończył w 2026 roku czteroletni okres gry w FC Barcelona, żegnany przez klub jako jedna z ważnych postaci jego najnowszej historii. Jego wielka europejska kariera weszła tym samym w naturalną fazę zamykania. Kubica już wcześniej przestał funkcjonować w centrum masowej uwagi związanej z Formułą 1, choć pozostaje zawodnikiem światowej klasy w wyścigach długodystansowych i nadal startuje w najwyższej kategorii WEC. W przypadku Świątek nie można mówić o schodzeniu ze sceny – ma dopiero 25 lat i pozostaje jedną z czołowych tenisistek świata – ale również tutaj skończył się przynajmniej na razie okres niemal oczywistej dominacji. Po kilku sezonach spędzonych na pierwszym lub drugim miejscu we wrześniu 2026 roku tenisistka zajmuje dziewiątą pozycję w rankingu WTA.

Nie chodzi przy tym o sentymentalne przekonanie, że „nie będzie już wielkich polskich sportowców”. Nowe talenty z pewnością będą się pojawiać. Istotne jest coś innego. Lewandowski, Kubica i Świątek byli fenomenami właśnie dlatego, że osiągnęli pozycję niezwykle trudną do systematycznego reprodukowania przez kraj o polskiej skali i zapleczu sportowym. Nie byli po prostu bardzo dobrzy. Przez pewien czas należeli do kilku najlepszych ludzi na świecie w dziedzinach, które obserwują setki milionów osób. Dlatego rozsądne jest przypuszczenie, że podobna kumulacja sukcesów – polski piłkarz walczący o miano najlepszego na świecie, kierowca Formuły 1 zdolny wygrywać Grand Prix oraz tenisistka długo zajmująca pierwsze miejsce w światowym rankingu – może się przez wiele lat nie powtórzyć. Ma to znaczenie dla zbiorowej psychologii większe, niż sugerowałaby pozorna błahość sportu. Społeczeństwa potrzebują materialnych dowodów własnej zdolności do przekraczania przeciętności. Sukces sportowca jest pod tym względem wyjątkowo silny, ponieważ jest prosty, widoczny i międzynarodowo weryfikowalny. Wynik meczu, ranking czy zwycięstwo w wyścigu nie wymagają skomplikowanej interpretacji. Można więc było przez lata patrzeć na Lewandowskiego, Kubicę czy Świątek i doświadczać w mikroskali tej samej opowieści, która organizowała polską transformację: ktoś stąd wszedł do świata, który wcześniej oglądaliśmy z zewnątrz, i nie tylko w nim uczestniczy, lecz potrafi być najlepszy. Jeżeli dziś ta generacja symbolicznych sukcesów zaczyna przechodzić do historii albo tracić wyjątkowość wynikającą z pierwszeństwa i dominacji, wzmacnia to trudne do uchwycenia poczucie końca pewnej epoki. Nie przesądza ono niczego o rzeczywistych możliwościach kraju, ale współtworzy atmosferę schyłku, moment, w którym coraz częściej orientujemy się, że doświadczenia uznawane jeszcze niedawno za część teraźniejszości stają się wspomnieniem wyjątkowego okresu. W tym sensie również sport dostarcza małego, lecz sugestywnego obrazu szerszego problemu Polski – pytania, czy to, co przez kilkanaście lat wydawało się początkiem trwałej normalności, nie okaże się z perspektywy czasu szczególną kumulacją sukcesów, której powtórzenie będzie znacznie trudniejsze.

Do tego dochodzi jeszcze jedno doświadczenie, którego znaczenie bywa niedoceniane. Przez większą część ostatnich trzech dekad polskie społeczeństwo przyzwyczajało się do poprawy jako stanu normalnego. Oczywiście występowały kryzysy, bezrobocie, nierówności, bankructwa, inflacja i dramatyczne różnice regionalne. Starsze pokolenia pamiętają również kryzys transformacji. Jednak dla ogromnej części ludzi aktywnych obecnie zawodowo podstawowym doświadczeniem dorosłości jest Polska znajdująca się na ścieżce konwergencji. Działa tu szczególny mechanizm psychologii społecznej. To, co dla jednego pokolenia było awansem, dla następnego staje się standardem minimalnym. Autostrada, lotnisko, wyjazd zagraniczny, samochód, smartfon, wyższe wykształcenie czy restauracja przestają być oznakami powodzenia. Zaczyna się oczekiwać dobrej jakości przestrzeni, dostępnego mieszkania, szybkiej diagnostyki medycznej, czystego środowiska, sprawnego transportu publicznego i dobrej szkoły. Baza oczekiwań przesunęła się radykalnie w górę. Nie jest to przejaw niewdzięczności ani społecznego rozkapryszenia. Jest naturalnym rezultatem rozwoju. Problem pojawia się wtedy, kiedy rosnące aspiracje napotykają coraz trudniejsze ograniczenia. Wybudowanie brakującej drogi można stosunkowo łatwo zaprogramować i sfinansować. Znacznie trudniej zwiększyć jakość edukacji, produktywność gospodarki, poziom zaufania czy zdolność instytucji do współpracy. Rozwój przesuwa się więc z domeny budowania rzeczy do domeny budowania zdolności.

Etap następny będzie znacznie mniej widowiskowy. Nie będzie można go mierzyć przede wszystkim kilometrami autostrad, liczbą hal przemysłowych czy wielkością transferów europejskich. Jego zasadniczymi zasobami staną się jakość administracji, zdolność społeczeństwa do współdziałania, kompetencje ludzi, sprawność organizacyjna przedsiębiorstw, kapitał prywatny, odporność infrastruktury, jakość badań naukowych i zdolność do przekładania wiedzy na innowacje. W tym ujęciu największym zagrożeniem byłoby pomylenie diagnozy z defetyzmem. Można uznać, że świat staje się mniej przewidywalny, społeczeństwo bardziej podzielone, demografia niekorzystna, a proste rezerwy wzrostu stopniowo się wyczerpują – i wyciągnąć z tego dwa zupełnie odmienne wnioski. Pierwszy mówiłby, że najlepszy okres Polska ma już za sobą. Drugi – że skończył się okres, w którym rozwój przychodził relatywnie łatwo, natomiast zaczyna się okres wymagający większej dojrzałości.

Druga interpretacja wydaje się bardziej uzasadniona. Polska nadal dysponuje bardzo dużymi rezerwami rozwoju. Produktywność pozostaje niższa niż w najbardziej rozwiniętych gospodarkach, udział przedsiębiorstw innowacyjnych jest stosunkowo niewielki, rynek kapitałowy może być głębszy, możliwości automatyzacji i cyfryzacji są dalekie od wyczerpania, a położenie geograficzne oraz zmiana architektury bezpieczeństwa Europy tworzą nowe funkcje dla polskiej gospodarki. Sam Bank Światowy, opisując nową strategię współpracy z Polską na lata 2026–2031, wskazuje właśnie mobilizację kapitału prywatnego, innowacyjność, bezpieczeństwo energetyczne i produktywność jako kolejne źródła wzrostu. Zmienią się jednak proporcje. Coraz mniej rozwoju będziemy mogli „kupić”, a coraz więcej będziemy musieli wytworzyć jako zdolność społeczną i instytucjonalną.

Jesteśmy społeczeństwem potrzebującym terapii, choć pod warunkiem właściwego jej zrozumienia. Nie chodzi o terapię społeczeństwa chorego ani o psychologizowanie polityki. Chodzi o terapię rozumianą jako świadome odzyskiwanie zdolności do funkcjonowania po okresie bardzo szybkich zmian. Nie może to być terapia polegająca na przekonaniu jednej połowy Polski, że druga połowa się myli. Jeżeli jej warunkiem byłoby zwycięstwo określonego obozu politycznego, przestałaby być projektem społecznym, a stałaby się następnym programem partyjnym. Nie może być również oparta wyłącznie na obietnicy kolejnej wielkiej transzy środków europejskich, cudzie technologicznym, sztucznej inteligencji, taniej energii ani na założeniu, że geopolityka ułoży się korzystnie. Wszystkie te czynniki mogą pomagać. Żaden nie znajduje się całkowicie pod naszą kontrolą. Ponadto każdy z nich dotyczy jedynie określonego aspektu rzeczywistości, który w opanowanej przez media zbiorowej wyobraźni urasta do rango fundamentu przyszłości, by z czasem stać się rzeczywistością i oczywistością.

Punktem wyjścia dla tej zbiorowej terapii nie powinno być ani moralizowanie, ani kolejna próba przekonania jednej części społeczeństwa, że musi przyjąć język, diagnozy i hierarchię wartości drugiej. Taka terapia musiałaby zacząć się znacznie niżej, od odbudowy doświadczenia sprawczości. Nie chodzi przy tym o wielkie narodowe deklaracje, przekonanie, że „Polska może wszystko”, ani o podtrzymywanie zbiorowego nastroju poprzez kolejne opowieści o historycznej wyjątkowości. Chodzi o coś bardziej konkretnego i zarazem trudniejszego – o doświadczenie, że istnieją sprawy, które potrafimy wspólnie rozwiązywać mimo różnic politycznych, światopoglądowych, pokoleniowych i ekonomicznych. Że można naprawić szkołę, zorganizować transport, stworzyć dobre miejsce opieki, uratować lokalną instytucję, przygotować teren pod inwestycję, uporządkować przestrzeń publiczną, zbudować system bezpieczeństwa albo przeprowadzić przedsięwzięcie, które przynosi wspólnocie widoczny efekt. Sprawczość musi mieć materialny, obserwowalny rezultat. Dopiero wtedy staje się doświadczeniem społecznym, a nie elementem retoryki.

To właśnie dlatego tak istotne stają się instytucje działające na poziomie, na którym rezultat może zostać dostrzeżony stosunkowo szybko: samorząd, szkoła, organizacja społeczna, uczelnia, przedsiębiorstwo, biblioteka, klub sportowy, lokalna instytucja kultury, wspólnota zawodowa czy sieć współpracy gospodarczej. Nie dlatego, że poziom lokalny jest z definicji lepszy, bardziej szlachetny czy mniej polityczny. Jest ważny dlatego, że zachowuje bezpośredni związek pomiędzy decyzją, działaniem i skutkiem. W świecie, w którym coraz większa część zmian przychodzi z zewnątrz i ma skalę znacznie większą od możliwości pojedynczego państwa czy społeczności – od technologii i demografii po klimat, przepływy kapitału i bezpieczeństwo – szczególnego znaczenia nabiera zdolność rozpoznania tego, co mimo wszystko pozostaje w zakresie realnego wpływu. Im większa jest bezradność wobec megatrendów, tym bardziej destrukcyjne staje się przekonanie, że niczego nie da się zmienić również tam, gdzie w rzeczywistości mamy możliwości działania.

Sprawczość ma jeszcze jeden wymiar. Nie polega wyłącznie na osiąganiu rezultatów, ale na uczeniu się, że współpraca nie wymaga pełnej wspólnoty poglądów. Społeczeństwa nie odzyskuje się przez usunięcie konfliktu. Konflikt jest naturalnym składnikiem demokracji i społeczeństwa zróżnicowanego. Problem zaczyna się wtedy, gdy konflikt przestaje dotyczyć konkretnych rozstrzygnięć, a staje się podstawową zasadą organizowania całej rzeczywistości społecznej. Gdy przynależność do jednej z politycznych stron zaczyna określać nie tylko stosunek do podatków, prawa czy polityki zagranicznej, ale również wybór mediów, interpretację historii, ocenę instytucji, stosunek do kultury, edukacji, autorytetów, ekspertów, a nawet podstawowych faktów. Wówczas podział polityczny przestaje być jednym z wielu podziałów społecznych. Zaczyna działać jak nadrzędny kod interpretacyjny. Można to określić mianem strukturalizacji konfliktu. Nie chodzi już o to, że społeczeństwo różni się w ocenie spraw publicznych. Chodzi o sytuację, w której każda kolejna sprawa zostaje wciągnięta w ten sam podział i zaczyna być interpretowana według logiki „nasze–ich”. W takim systemie nawet problem, który obiektywnie mógłby zostać rozwiązany technicznie albo lokalnie, staje się elementem wojny symbolicznej. Różnica stanowisk zostaje szybko przekształcona w różnicę moralną, a przeciwnik nie jest już kimś, kto proponuje inne rozwiązanie, lecz kimś, kto reprezentuje gorszy porządek wartości, działa w złej wierze albo wręcz nie posiada pełnego prawa do uczestnictwa we wspólnocie. W pewnym momencie społeczeństwo traci nie tyle zdolność do zgody, ile zdolność do prowadzenia sporu w granicach wspólnej rzeczywistości.

Drugim wymiarem tak rozumianej terapii musi być odbudowa minimalnej przestrzeni wspólnych faktów, procedur i instytucji arbitrażu. Nie chodzi o jednolitość opinii. Społeczeństwo może pozostawać bardzo głęboko podzielone ideowo, a mimo to funkcjonować sprawnie, jeżeli istnieje zgoda co do tego, gdzie przebiega granica pomiędzy faktem a interpretacją, jakie procedury rozstrzygają spór i jakie instytucje mają prawo dokonywać określonych ustaleń. Demokracja nie potrzebuje pełnej wspólnoty przekonań. Potrzebuje natomiast minimalnej wspólnoty rzeczywistości. Bez niej nawet najbardziej racjonalne instytucje zaczynają działać coraz gorzej, ponieważ każda ich decyzja zostaje natychmiast włączona do logiki konfliktu tożsamościowego. Problem polega na tym, że wspólna rzeczywistość nie może zostać zadekretowana. Nie wystarczy apelować o zgodę, kulturę debaty czy szacunek do instytucji. Zaufanie do procedur nie powstaje z deklaracji, lecz z doświadczenia ich względnej bezstronności i skuteczności. Dlatego odbudowa wspólnej rzeczywistości ponownie prowadzi do sprawczości. Jeżeli różne grupy społeczne są w stanie uczestniczyć w procesie, którego zasady są czytelne, a rezultat jest rozpoznawalny jako sensowny nawet przez tych, którzy nie otrzymali wszystkiego, czego oczekiwali, powstaje podstawowy kapitał instytucjonalny. Społeczeństwo uczy się wtedy, że przegrana w pojedynczym sporze nie oznacza wykluczenia ze wspólnoty, a kompromis nie jest zdradą własnej tożsamości.

Trzecim wymiarem musi być odzyskanie zdolności do myślenia w długim horyzoncie. Polska przez znaczną część ostatnich dekad funkcjonowała w warunkach, w których kierunek zmian był stosunkowo czytelny. Istniał zewnętrzny punkt odniesienia: modernizacja, integracja europejska, nadrabianie dystansu infrastrukturalnego, wzrost produktywności, poprawa poziomu życia. W takim środowisku horyzont przyszłości był w dużej mierze wpisany w sam proces doganiania. Wystarczyło robić rzeczy, które inni wykonali wcześniej, tylko szybciej, skuteczniej i na większą skalę. Dzisiaj ta logika w coraz większym stopniu się wyczerpuje. Najważniejsze problemy następnego etapu – demografia, energetyka, edukacja, mieszkalnictwo, zdrowie, bezpieczeństwo, produktywność, automatyzacja, zdolność państwa i samorządów – nie dają się rozwiązać przez prostą imitację. Wymagają wyborów obejmujących kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Tymczasem instytucjonalny rytm polityki jest znacznie krótszy. Cykl wyborczy trwa kilka lat, perspektywa budżetowa i programowa również ma swoją ograniczoną długość, projekty inwestycyjne są rozliczane według harmonogramów, a administracja naturalnie preferuje przedsięwzięcia, których rezultat można wykazać w przewidywalnym terminie. Powstaje napięcie między horyzontem problemu a horyzontem działania instytucji. Demografia może wymagać dwudziestu lat konsekwentnej polityki, ale decyzje są oceniane po czterech. Reforma edukacji potrzebuje dekady, aby ujawnić pełne skutki, lecz jej rezultat polityczny jest rozliczany niemal natychmiast. System energetyczny buduje się na kilka dekad, ale decyzje inwestycyjne mogą zależeć od bieżących cen, budżetów i sporów. W efekcie społeczeństwo coraz częściej widzi serię krótkich programów zamiast długiej trajektorii.

Brak długiego horyzontu nie musi prowadzić do stagnacji gospodarczej. To właśnie czyni problem mniej oczywistym. Kraj może nadal rosnąć, płace mogą się zwiększać, przedsiębiorstwa mogą inwestować, infrastruktura może być modernizowana, a poziom konsumpcji może pozostawać wysoki. Jednocześnie może jednak słabnąć poczucie, że istnieje wspólny projekt przyszłości. W takich warunkach coraz bardziej racjonalne stają się strategie indywidualne. Rodzina zabezpiecza mieszkanie, oszczędności i edukację dzieci. Pracownik inwestuje w kompetencje umożliwiające zmianę miejsca pracy. Przedsiębiorca dywersyfikuje ryzyka. Młody człowiek zachowuje możliwość migracji. Jednostkowo są to zachowania rozsądne. Problem pojawia się wtedy, gdy stają się podstawowym sposobem reagowania na niepewność, ponieważ osłabieniu ulega zdolność do inwestowania w dobra i instytucje wspólne. Można więc wyobrazić sobie paradoks społeczeństwa coraz bardziej racjonalnego na poziomie jednostek i coraz mniej sprawnego na poziomie zbiorowym. Każdy robi to, co z jego perspektywy jest rozsądne, a rezultatem może być system, w którym maleje gotowość do ponoszenia kosztów przedsięwzięć długoterminowych, których korzyści są rozproszone, odległe i wspólne. W tym miejscu problem zaufania łączy się z problemem horyzontu czasu. Długoterminowa polityka wymaga bowiem przekonania, że instytucje przetrwają zmianę większości, ustalenia nie zostaną za kilka lat całkowicie odwrócone, a koszt ponoszony dzisiaj nie okaże się bezsensowny wskutek kolejnego zwrotu politycznego.

Terapia sprawczości nie może być zatem wyłącznie terapią lokalności. Musi stopniowo prowadzić od małych doświadczeń współdziałania do odbudowy zdolności podejmowania zobowiązań długoterminowych. W pewnych obszarach oznaczałoby to świadome poszukiwanie minimalnych porozumień wykraczających poza jedną kadencję i jeden obóz polityczny. Nie chodzi o eliminowanie sporu o energetykę, edukację, bezpieczeństwo czy mieszkalnictwo. Chodzi o określenie tego poziomu podstawowych zobowiązań, którego każda kolejna większość nie zaczyna od nowa. Państwo dojrzałe nie jest państwem bez konfliktu. Jest państwem, w którym istnieją obszary wystarczającej ciągłości, aby możliwe było prowadzenie polityki wymagającej kilkunastu lat. W tym sensie samorząd może mieć znaczenie znacznie większe, niż zwykle przypisujemy mu w debacie o kondycji całego społeczeństwa. To właśnie na poziomie regionalnym i lokalnym najłatwiej zobaczyć, że współpraca nie musi zaczynać się od uzgodnienia wielkich sporów ideowych. Można mieć zupełnie inne poglądy na państwo, Europę, historię czy kwestie obyczajowe, a jednocześnie wspólnie uznać, że potrzebna jest lepsza szkoła, szybsza kolej, czystsza rzeka, dobrze przygotowana strefa inwestycyjna, dostępna opieka senioralna albo sprawny system reagowania kryzysowego. Nie dlatego, że te sprawy są pozbawione polityczności, lecz dlatego, że łatwiej w nich połączyć spór o środki z obserwowalnym rezultatem. Tak powstaje praktyczna szkoła współdziałania.

Nie należy jednak idealizować samej lokalności. Lokalna polityka również może podlegać klientelizmowi, polaryzacji czy stagnacji. Znaczenie lokalnego doświadczenia polega na czym innym: na krótszym dystansie pomiędzy współdziałaniem i rezultatem. Właśnie ten dystans jest potrzebny społeczeństwu, które coraz częściej otrzymuje komunikat, że o wszystkim decydują procesy globalne, wielkie koncerny, geopolityka, technologia, instytucje ponadnarodowe albo polityczne centra. Człowiek potrzebuje także doświadczenia odwrotnego: że część świata pozostaje wspólnie urządzalna. To ma znaczenie także dla stosunku do ryzyka. Społeczeństwo przekonane o własnej sprawczości jest bardziej skłonne inwestować, eksperymentować, podejmować projekty, których wynik nie jest pewny. Społeczeństwo przekonane, że reguły są niestabilne, inni działają w złej wierze, a wspólne przedsięwzięcia prawdopodobnie zostaną zakwestionowane przez kolejną zmianę polityczną, zaczyna zachowywać się defensywnie. Kapitał ekonomiczny może przy tym nadal rosnąć, ale coraz większa jego część służy zabezpieczaniu się przed ryzykiem, a nie podejmowaniu przedsięwzięć zbiorowych. Jest to różnica między społeczeństwem, które gromadzi zasoby, a społeczeństwem, które potrafi nimi wspólnie operować.

Materialny sukces nie jest automatycznie tym samym co poczucie sukcesu społecznego. Polska może nadal zwiększać PKB, płace, produktywność i wartość majątku. Może budować energetykę, terminale, linie kolejowe, drogi, porty i zakłady przemysłowe. Wszystkie te procesy mogą być realnym sukcesem. Jeżeli jednak nie towarzyszy im poczucie, że istnieje zbiorowy kierunek, instytucje potrafią utrzymywać ciągłość działania, a wspólnota jest zdolna podejmować zadania wykraczające poza bieżący konflikt, materialna poprawa może być coraz słabiej odczuwana jako wspólne osiągnięcie. Możliwe więc, że nie zbliżamy się do granicy polskiego potencjału gospodarczego. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że zbliżamy się do granicy pewnego modelu społecznego napędu rozwoju. Przez znaczną część ostatnich trzech dekad optymizm był w dużej mierze produktem samej poprawy. Kolejne lata przynosiły wyższe dochody, nową infrastrukturę, dostęp do nowych możliwości, zmianę jakości życia i zmniejszanie dystansu wobec krajów zachodnich. W takich warunkach sam rozwój wytwarzał energię społeczną. Nawet jeżeli nie wszystko działało dobrze, kolejne efekty były widoczne.

W następnej fazie zależność może zacząć działać także odwrotnie. Dalszy rozwój będzie coraz bardziej zależał od tego, czy istnieje dostateczna zdolność współpracy, stabilność instytucjonalna, gotowość do ponoszenia kosztów długoterminowych, akceptacja ryzyka, zdolność uczenia się i elementarne zaufanie do innych uczestników wspólnego działania. Gdy podstawowa infrastruktura została w dużej mierze zbudowana, a najprostsze źródła doganiania stopniowo się wyczerpują, coraz większe znaczenie zaczynają mieć czynniki trudniejsze do kupienia za pieniądze: jakość instytucji, kapitał społeczny, zdolność organizacyjna, innowacyjność, długotrwała współpraca i konsekwencja. To zasadnicza różnica pomiędzy etapem doganiania a etapem dojrzałości. Kraj doganiający ma przed sobą względnie czytelny punkt odniesienia. Może obserwować, które technologie, rozwiązania infrastrukturalne, instytucje czy modele organizacyjne działają gdzie indziej i stopniowo je adaptować. Kraj bardziej dojrzały coraz częściej napotyka problemy, dla których nie istnieje jedna gotowa odpowiedź. Musi sam wybierać kombinację energetyki, model usług publicznych, strukturę osadniczą, sposób reagowania na starzenie się ludności, zakres automatyzacji czy relację między bezpieczeństwem a efektywnością. Nie wystarczy już wiedzieć, jak dogonić. Trzeba wiedzieć, dokąd chce się zmierzać.

W tym kontekście powraca kwestia sprawczości. Jej odbudowa nie polega na wytwarzaniu kolejnej wielkiej opowieści o narodowym sukcesie. Powinna polegać na mnożeniu sytuacji, w których ludzie rzeczywiście widzą, że wspólne działanie przynosi rezultat, procedury nie są fikcją, instytucje potrafią rozwiązywać problemy, a różnica poglądów nie uniemożliwia współpracy w sprawach konkretnych. Z takich doświadczeń może powstawać coś znacznie trwalszego niż chwilowy optymizm – przekonanie o zdolności społeczeństwa do działania. Być może właśnie tego najbardziej potrzebujemy. Nie zapewnienia, że przyszłość będzie dobra, lecz poczucia, że jesteśmy zdolni na nią wpływać. Nie wizji społeczeństwa pozbawionego sporów, lecz społeczeństwa, które potrafi prowadzić spory, nie niszcząc wspólnej przestrzeni działania. Nie powrotu do prostego optymizmu epoki doganiania, lecz dojrzalszej formy pewności: świadomości, że część przyszłości pozostaje zależna od jakości naszych własnych instytucji, decyzji i zdolności współpracy.

Polska przez trzydzieści lat uczyła się nadrabiać dystans. Kolejne dwadzieścia lat mogą być testem czegoś trudniejszego: czy potrafimy funkcjonować jako społeczeństwo, które nie ma już przed sobą kompletnego wzorca do skopiowania i musi samodzielnie definiować swoją drogę. Granica między krajem doganiającym a krajem dojrzałym przebiega bowiem nie tylko przez poziom dochodu, produktywności czy technologii. Przebiega także przez zdolność do tworzenia wspólnej przyszłości bez konieczności wcześniejszego osiągnięcia pełnej zgody co do przeszłości i teraźniejszości.