Antoni Dudek
Za nami wybory samorządowe. Można i trzeba na nie patrzeć jako na ważne wydarzenie odzwierciedlające obecny układ sił politycznych. Takich analiz powstało już sporo. Znacznie mniejszą uwagę zwrócono jednak przy tej okazji na pogłębiający się kryzys polskiej samorządności. I nie chodzi tu wyłącznie o pełzającą centralizację państwa, jaką uprawiał przez minione osiem lat rząd PiS, krok po kroku nadając ubezwłasnowolnianym finansowo samorządom coraz bardziej fasadowy charakter. Erozja samorządności objawiła się też sytuacją, gdy o mandat radnego starała się tylko jedna osoba albo wręcz brakiem kandydatów do tej roli. Mało tego, w ponad 400 gminach, czyli jednej szóstej wszystkich, w ostatnich wyborach był tylko jeden kandydat na wójta, burmistrza lub prezydenta. Ta liczba w stosunku do 2018 r. wzrosła o niemal 80, co pokazuje, że proces ulega pogłębieniu.
Przyczyn takiego zjawiska jest kilka. Najistotniejszy wydaje się generalnie niski poziom aktywności obywatelskiej Polaków, wyrażający się słabym zaangażowaniem w działalność wszelkich stowarzyszeń i organizacji. Praźródła tkwią w przeszłości: i tej bliższej, z epoki PRL, gdy takie masowe członkostwo wymuszano, i tej odleglejszej, wynikającej z braku własnej państwowości w XIX w., gdy kształtowały się współczesne narody. To wtedy powstały ogromne pokłady społecznej nieufności, a w ślad za nią niechęć do wszelkiej aktywności publicznej. Wydaje się, że długofalowo ten stan rzeczy może zmienić tylko radykalna reforma polskiej szkoły, w której wciąż dominuje mechanizm indywidualnej rywalizacji. Samo odchudzenie programów nauczania – skądinąd nie tylko przeładowanych, ale i dramatycznie odbiegających od realiów współczesności – to tylko pierwszy, najprostszy krok na tej drodze. Znacznie trudniejsze będzie wypełnienie zaoszczędzonego w ten sposób czasu na rozpoczęcie nauczania młodych ludzi najróżniejszych form kooperacji i partycypacji. Będzie trudniejsze, bo wymaga zmiany mentalności większości nauczycieli.
Jednak niewiele to da, jeśli samorząd nie zostanie – i to szybko – wzmocniony przez zagwarantowanie mu w znacząco większej skali dochodów własnych. Można bowiem przekazać samorządom dowolną liczbę kompetencji, ale pozostaną one fikcją, jeśli nie poprzedzi tego reforma systemu podatkowego. Umowa podpisana w listopadzie ub.r. przez liderów koalicji rządowej zapowiada w punkcie 23. poparcie dla „decentralizacji państwa”, za czym ma iść wzmocnienie dochodów własnych samorządów m.in. „poprzez zwiększony udział w podatku PIT oraz ponowne przyznanie im decyzyjności w tych obszarach, w których w ostatnich latach ją utraciły”. Tyle deklaracje, teraz pora na konkretne działania, bowiem akurat w tej materii weto prezydenta Dudy wydaje się mało prawdopodobne.
Zwiększaniu kompetencji samorządu powinna też towarzyszyć jego większa transparentność. Nic w tym procesie nie zastąpi lokalnych mediów, które nie przetrwają – albo też w ogóle nie powstaną – bez wsparcia państwa. Wiele z tych istniejących redakcji jest zresztą całkowicie uzależnionych od samorządowych włodarzy, co z oczywistych względów wyklucza ich kontrolną rolę. Dlatego jestem zdania, że pozostały po rządach PiS Narodowy Instytut Wolności powinien zostać zasilony środkami z innych podobnych instytucji, które zostały postawione – albo zaraz będą – w stan likwidacji. A następnie, po wprowadzeniu procedur grantowych wzorowanych na Narodowym Centrum Nauki, Instytut powinien skoncentrować się właśnie na finansowym wspieraniu mediów lokalnych.
Tekst został opublikowany w portalu tygodnika „Polityka” 18/19.2024 (3462) z dnia 23.04.2024
