Tomasz Augustyn
Nawet największe pieniądze w sporcie nie gwarantują zwycięstwa, a w pewnym stopniu mogą być czynnikiem przynoszącym porażkę.
Pieniądze nie wygrywają w (prawie) żadnym sporcie, zwłaszcza w piłce nożnej. Przeliczanie budżetów nie daje pełnego obrazu potencjału poszczególnych drużyn. Są jednak ważnym aspektem rywalizacji, a w ostatnich latach w polskim futbolu rodzą coraz większe emocje. Bieżący sezon stoi już pod znakiem prawdziwego finansowego wyścigu zbrojeń i to nie pojedynczych, pojawiających się w rywalizacji krezusów, ale w gruncie rzeczy całej stawki. Czy wpłynęło to na dynamie rywalizacji?
Takie były przewidywania związane z pojawieniem się na placu gry przede wszystkim Roberta Dobrzyckiego w Widzewie Łódź. Tam zainwestowano naprawdę duże środki, zarówno latem, jak i w przerwie zimowej. Ambicji i nakładów nie można też odmówić obecnym w stawce od kilku lat Michałowi Świerczewskiemu, właścicielowi Rakowa Częstochowa, czy Zbigniewowi Jakubasowi inwestującemu w Motor Lublin. A są przecież jeszcze Dariusz Mioduski w Warszawie czy Krzysztof Witkowski w Niecieczy, dwa skrajnie odmienne modele i skale działania, ale też oparte na pompowaniu w drużynę istotnych nakładów. Poza tym – grono nowych właścicieli z ambicjami obiecujących inwestycje i sukcesy (w Cracovii, Kielcach czy w Gdyni), niepowtarzalny i niewątpliwie zaangażowany w wyciąganiu Pogoni Szczecin z finansowych tarapatów Alex Haditaghi, a przede wszystkim stateczny i powściągliwy w piłkarskich inwestycjach klan Rutkowskich kierujących obecnym mistrzem Polski – Lechem Poznań. W kilku przypadkach sytuacja właścicielska i zaangażowanie kapitałowe jest bardziej złożone, a na czele projektów stoją osoby przede wszystkim je firmujące, jak to jest w Radomiaku.
Czy na tym tle i w coraz bardziej zaciętej rywalizacji maja prawo liczyć się drużyny nie wspierane przez coraz aktywniejszy w nakładach prywatny kapitał? Pokaźne grono klubów pozostaje przecież na utrzymaniu – w dominującym stopniu – podmiotów publicznych. Są to przede wszystkim kluby miejskie w Gliwicach, Katowicach, Zabrzu i Płocku (w I Lidze m.in. we Wrocławiu) oraz Zagłębie Lubin pod kuratelą państwowego giganta miedziowego. Od lat trwa w polskiej piłce dyskusja, czy z jednej strony jest to fair (wsparcie miasta przeciwstawiane jest angażowaniu prywatnych środków właścicieli), a z drugiej – czy publiczny właściciel ma szansę wyegzekwować dążenie do sukcesu sportowego lepiej niż działający w klimacie rynkowym menadżer?
Jeśli szukać dowodów w historii, to ostatni raz udało się Piastowi Gliwice w sezonie 2018/2019, wcześniej Śląskowi Wrocław w sezonie 2011/2012, a w XXI wieku jeszcze tylko Zagłębiu Lubin w sezonie 2006/2007. Pozostałe 22 przypadki to tryumf pieniędzy Bogusława Cupiała, Dariusza Mioduskiego, Michała Świerczewskiego, właścicieli Amiki i im podobnych inwestorów, oczywiście przede wszystkim zaś samych piłkarzy. Obecny sezon przynosi jednak nowe ciekawe spostrzeżenia. Z jednej strony rosnące zainteresowanie ligowym futbolem i awans Ekstraklasy w hierarchii europejskich rozgrywek przyciąga wyraźnie coraz większe pieniądze. W ten trend wpisała się nieproporcjonalnie duża interwencja kapitałowa Roberta Dobrzyckiego, od kilkunastu miesięcy właściciela Widzewa Łódź. Według pewnych oczekiwań jego pieniądze miały wręcz zasypać konkurencję i po prostu kupić sukces. Z drugiej strony po 25 kolejkach (73,5% sezonu) sytuacja jest dość zaskakująca. Prowadzi Zagłębie Lubin, jedyny projekt oparty na finansowaniu potężnej państwowej spółki, co najmniej nieźle radzą sobie kluby miejskie, a trzy ostatnie miejsca zajmują odmienne w założeniach, ale na pewno najbardziej charakterystyczne dla modelu prywatnego zaangażowania kapitału kluby. Wiele daje do myślenia porównanie poniesionych w tym sezonie nakładów na transfery i osiągnięte poziomy wartości rynkowej poszczególnych drużyn z osiągnięciami sportowymi. Jak zauważyliśmy, pieniądze nie wygrywają, a ostatnie nabytki nie musza decydować o szybkim sukcesie (vide pozycja Lecha i Jagielloni), niemniej sytuacja Legii i Widzewa daje do myślenia.
Kluby o dominującej własności publicznej, ich aktywność transferowa (w mln euro) i wynik sportowy w sezonie 2025/26 na tle klubów Ekstraklasy

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Transfermarkt
Łączna wartość rynkowa szatni drużyny piłkarskiej jest wypadkową wielu elementów, niejednokrotnie długotrwałego procesu inwestycyjnego. Nie jest przypadkiem, że najwyższa jest w przypadku klubów najwyżej stojących w hierarchii polskiego futbolu, reprezentujących Polskę w europejskich pucharach i tam pokazujących wartość swoją i poszczególnych piłkarzy. Na razie na skróty wtargnął do tego towarzystwa Widzew Łódź. Kluby „publiczne? Lider jesieni Wisła Płock i obecnie liderujące Zagłębie Lubin łącznie razem z 6. w tabeli GKS Katowice są warte mniej niż sama tylko ławka Lecha Poznań.
Łączna wartość rynkowa klubów Ekstraklasy

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Transfermarkt
Ile zatem „płacą” poszczególne kluby za zdobyty rywalizacji ligowej punkt, jeśli za koszt uznać kwotę odpowiadającą wartości zgromadzonych zawodników? Wartość ta nie odpowiada w pełni nakładom transferowym, tworzą ja także wychowankowie i zawodnicy, których kluby do określonej wartości doprowadziły. W gruncie rzeczy można ją jednak uznać za odpowiednik poniesionych w ostatnich latach wydatków na budowanie składu. Wygląda na to, że każdy punkt zdobyty przez Widzew Łódź kosztował ten klub prawie 1,5 milion euro, podczas gdy w przypadku Pogoni Szczecin to zaledwie nieco ponad 600 tysięcy euro, co odpowiada ligowej średniej (630 tysięcy euro).
Wartość punktu zdobytego w rozgrywkach ligowych (w mln euro, w 25 kolejkach) w odniesieniu do nakładów transferowych w sezonie 2025/2026

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Transfermarkt
Analiza relacji pomiędzy bilansem transferowym a dorobkiem punktowym po 25. kolejce wskazuje, że bieżący sezon ligowy charakteryzuje się bardzo wysokim poziomem konkurencyjności. Różnice punktowe pomiędzy zespołami są relatywnie niewielkie, a duża część tabeli mieści się w przedziale kilku punktów. Oznacza to, że o pozycji sportowej w znacznie większym stopniu decydują czynniki organizacyjne, stabilność zespołu czy jakość pracy szkoleniowej niż sama skala wydatków transferowych. W takich warunkach szczególnie widoczne stają się różnice w efektywności wykorzystania środków przeznaczanych na transfery, czyli w relacji między bilansem transferowym a uzyskiwanym wynikiem sportowym.
Wskaźnik efektywności transferowej, rozumiany jako liczba zdobytych punktów odniesiona do skali aktywności transferowej klubu, pokazuje wyraźne zróżnicowanie strategii funkcjonowania zespołów. Wysokie wartości tego wskaźnika osiągają przede wszystkim drużyny, które przy bardzo ograniczonych wydatkach transferowych – a niekiedy wręcz przy dodatnim bilansie – potrafią utrzymywać wysoki poziom sportowy. Dobrym przykładem jest Lech Poznań, który przy zerowym bilansie transferowym zgromadził 41 punktów, co przekłada się na najwyższą efektywność w zestawieniu. Zbliżony model funkcjonowania widać również w przypadku Zagłębia Lubin, Korony Kielce czy Arki Gdynia, gdzie relatywnie niewielka aktywność transferowa nie przeszkadza w osiąganiu stabilnych wyników punktowych. W tej grupie znajdują się także kluby takie jak Motor Lublin czy Lechia Gdańsk, które przy minimalnym ujemnym bilansie transferowym potrafią generować dorobek punktowy porównywalny z zespołami o znacznie większych nakładach finansowych.
Wskaźnik efektywności transferowej – liczba zdobytych punktów odniesiona do skali aktywności transferowej klubu w sezonie 2025/2026

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Transfermarkt
Tego typu przypadki wskazują, że w obecnym sezonie szczególnego znaczenia nabiera efektywność zarządzania zasobami sportowymi – umiejętność budowy stabilnej kadry, trafnej selekcji zawodników czy maksymalizacji potencjału już posiadanych piłkarzy. W warunkach niewielkich różnic punktowych przewagę zyskują zespoły, które potrafią osiągać wyniki bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów transferowych. Można to interpretować jako przejaw większej produktywności kapitału sportowego, gdzie jakość organizacji gry i zarządzania zespołem rekompensuje ograniczone inwestycje na rynku transferowym. Lech Poznań przy bilansie tranferowym wynoszącym 0 osiągnął – jak na razie – najwyższy wynik punktowy. Na drugim biegunie znajdują się kluby, które mimo znacznie większej aktywności transferowej nie uzyskały proporcjonalnego efektu sportowego. Najbardziej wyraźnym przykładem jest Widzew Łódź, którego ujemny bilans transferowy na poziomie -15,8 mln przy dorobku 28 punktów przekłada się na zdecydowanie najniższą efektywność transferową w zestawieniu. Oznacza to, że wysoki poziom wydatków netto nie przełożył się na adekwatną poprawę wyników sportowych. Podobny, choć mniej skrajny mechanizm można dostrzec również w przypadku klubów o relatywnie wysokich dodatnich lub umiarkowanych bilansach transferowych, takich jak Jagiellonia Białystok czy Pogoń Szczecin, gdzie skala aktywności transferowej jest wyraźnie większa niż osiągnięty efekt punktowy. Innymi słowa, ani Jagiellonia ani Pogoń na razie nie wyzyskały przewagi, jaka mogły dać poczynione transfery i wysokie uzyskane wpływy, co oczywiście nie oznacza, ze długofalowo nie odniosą korzyści.
Z perspektywy analitycznej pokazuje to, że w obecnym sezonie zależność pomiędzy wielkością inwestycji transferowych a dorobkiem punktowym nie ma charakteru liniowego. Wydatki na rynku transferowym nie gwarantują automatycznie poprawy pozycji sportowej, szczególnie w lidze o wysokim stopniu wyrównania. W takich warunkach kluczowa staje się zdolność do efektywnego wykorzystania dostępnych zasobów, a nie sama skala nakładów finansowych. Różnice pomiędzy klubami, które potrafią generować wysoką liczbę punktów przy minimalnych kosztach transferowych, a tymi, które ponoszą znaczne wydatki bez adekwatnego zwrotu sportowego, stanowią jeden z najbardziej wyrazistych elementów struktury rywalizacji w obecnym sezonie. Zarazem póki co największym wygranym jest klub, który ma zdecydowanie najbogatszego właściciela, ale sportowo nie powinien się w tej rywalizacji liczyć. To kolejny paradoks tego przedziwnego sezonu Ekstraklasy.
