Sławomir Doburzyński

Wystarczamy sobie sami z kontem na LinkedIn i bankiem w internecie. Tak umiera państwo.

Współczesne narzędzia komunikacji, a w szczególności media społecznościowe, w sposób głęboki i strukturalny przekształcają sposób, w jaki jednostki postrzegają siebie, innych oraz porządek społeczny. Logika algorytmów, mechanizmy widzialności i ekonomia uwagi konsekwentnie wzmacniają indywidualistyczną perspektywę świata, w której podmiot staje się nie tylko punktem odniesienia, lecz wręcz miarą sensu rzeczywistości. Wartościowanie zdarzeń, idei i relacji odbywa się poprzez pryzmat osobistego doświadczenia, emocji i interesu. Nie jest to jednak droga klasycznego personalizmu, zwłaszcza w jego francuskim wydaniu, gdzie osoba ludzka była pojmowana jako byt relacyjny, zakorzeniony w wspólnocie, odpowiedzialny za innych i współtworzący dobro wspólne. Dzisiejszy indywidualizm nie zakłada relacyjności; przeciwnie – skłania do zamykania się w samowystarczalnych narracjach i do traktowania wspólnoty jako tła dla samorealizacji, a nie jako przestrzeni współodpowiedzialności.

Tę zmianę oddaje figura włoskich dożów budujących własne zamki na szczytach wzgórz, rozrzuconych w scenerii pięknego, zasobnego i kwitnącego krajobrazu dobrobytu i konsumpcji. Każdy z tych zamków oferuje szeroki widok, poczucie kontroli i bezpieczeństwa, ale zarazem jest radykalnie odseparowany od innych. Horyzont jest rozległy, lecz nieprzekraczalnie prywatny; góra, na której stoi jednostka, staje się jej własnym środkiem świata, oparciem dla samozadowolenia i samostanowienia. To szczególny efekt globalizacji, w którym narzędzia uniwersalizmu – wspólne technologie, globalny język komunikacji, swobodny przepływ informacji, horyzonty – zostają użyte w służbie egoizmu i narcyzmu. Zamiast budować realne sieci solidarności, wzmacniają one atomizację i iluzję samowystarczalności, w której relacje z innymi są opcjonalne i instrumentalne.

Współczesna konsumpcja w coraz większym stopniu osadziła się w formacie bankowości internetowej i platform cyfrowych, w których aktywność ekonomiczna została całkowicie oderwana od fizycznego doświadczenia świata. Nie tylko nie wymaga ona osobistego wyjścia na rynek, lecz także skutecznie uwalnia od konieczności kontaktu z innymi ludźmi – ich obecnością, emocjami, przypadkowością i odmiennością. Daje komfort oglądania rzeczywistości w kształtach, kolorach i „zapachach”, które sami sobie dobieramy, filtrując świat przez interfejsy i algorytmy. Jest to jednak jedynie karykatura świata, a w konsekwencji także karykatura społeczeństwa. Możemy ustawić stałą płatność na rzecz organizacji opiekującej się pandami i mieć poczucie uczestnictwa w dobru wspólnym, ale gest ten nie zastępuje realnego kontaktu z materią świata, z drugim człowiekiem i z nieusuwalnym napięciem życia społecznego. Historycznie rynek, ratusz i katedra tworzyły spójną strukturę przestrzeni publicznej, w której wspólnie uczestniczono w dramacie istnienia – w doświadczeniu pracy, awansu, upadku, bogactwa i nędzy, aż po kres życia. Nędzarz mógł być pogardzany w realiach ekonomii, lecz pozostawał widzialną figurą w obrazie świata nawet dla największego bogacza, współtworząc wspólną narrację sensu. Dzisiejsza perspektywa jest pod tym względem nieskończenie uboższa: bank w telefonie czyni z nas nie tylko ekonomicznych analfabetów, oderwanych od realnych mechanizmów wartości i wymiany, lecz także kulturowych karłów w porównaniu z trzynastowiecznymi mieszczanami, którzy – mimo materialnych ograniczeń – funkcjonowali w znacznie pełniejszym, wspólnotowym uniwersum społecznym.

Samo w sobie zjawisko to ma charakter degradujący, ponieważ osłabia zdolność do myślenia w kategoriach dobra wspólnego i długofalowych zobowiązań. W jednostkowej percepcji świata wystarczamy sobie sami jako użytkownicy telefonu komórkowego dopieszczani przez dawki dopaminy. Jeszcze poważniejsze konsekwencje pojawiają się jednak w momencie, gdy ten sam sposób konstruowania doświadczenia zostaje przeniesiony na domenę publiczną. Polityka, podobnie jak sfera prywatna, zaczyna być przeżywana jako przestrzeń ekspresji jednostek, a nie jako obszar instytucjonalnie zorganizowanego działania. Powszechne stało się przekonanie o kluczowym znaczeniu „pierwiastka ludzkiego” w analizie politologicznej, co prowadzi do fetyszyzacji przywództwa i osobowości kosztem struktur, procedur i norm. W tej narracji wodzowski styl uprawiania polityki jawi się jako jedyny skuteczny i atrakcyjny, podczas gdy polityka instytucjonalna postrzegana jest jako anachroniczna, nudna i nieskuteczna.

Równocześnie oswoiliśmy się i niemal pogodziliśmy z przekonaniem, że wielki biznes najlepiej funkcjonuje w warunkach dyktatury lub skrajnie rozumianego porządku, w którym decyzje zapadają szybko, a reguły gry są podporządkowane sile. Jeśli dopamina może dopływać do mózgu ten ład może być tolerowany. Z tego założenia wyprowadzana jest teza, iż zarówno system ekonomiczny, jak i polityczny w sposób naturalny zmierzają w stronę koncentracji władzy i ograniczania pluralizmu. Indywidualizm staje się tu jednocześnie diagnozą i przeznaczeniem – narracją, która racjonalizuje przyszłość jako ciąg nieuchronnych procesów prowadzących do autorytaryzmu. W ten sposób zapowiedziana zostaje katastrofa, która przestaje być ostrzeżeniem, a zaczyna funkcjonować jako samospełniająca się przepowiednia.

Nie można jednak abstrahować od faktu, że jako społeczeństwo aktywnie współtworzymy ten kryzys. Model naszego udziału w demokracji, filtrowany przez media i wzmacniany wygodą życia w „zamkach egoizmu” na narcystycznych wzgórzach, promuje wizję polityki skoncentrowanej na bohaterach i personifikacji idei. Zamiast debatować nad rozwiązaniami, programami i instytucjami, skupiamy się na postaciach, ich stylu, emocjach i sporach personalnych. Polityka przestaje być procesem współtworzenia, a staje się widowiskiem. Jako obywatele coraz częściej przyjmujemy rolę widzów obserwujących zmagania gladiatorów, zamiast uczestników kształtujących sens i kierunek działań publicznych. Ta logika widowiska przypomina rzeczywistość Koloseum, które dominuje nad miastem i przyciąga uwagę tłumów, jednocześnie ignorując katakumby – cichą, niewidoczną przestrzeń, w której rodził się humanizm, myśl wspólnotowa i etos odpowiedzialności. Jest to perwersja polityczności, w której spektakl przysłania fundamenty, a emocja zastępuje refleksję. W takiej rzeczywistości idee nie są rozwijane, lecz konsumowane, a wspólnota nie jest budowana, lecz inscenizowana.

Jednym z najbardziej dotkliwych i zarazem najmniej dostrzeganych skutków opisywanego stanu rzeczy jest systematyczne przesłanianie instytucji przez polityków, którzy coraz częściej występują nie jako ich reprezentanci czy depozytariusze odpowiedzialności, lecz jako ich faktyczni właściciele. Instytucje publiczne – zamiast być rozumiane jako trwałe dobra wspólne, powierzone w opiekę kolejnym generacjom decydentów – ulegają personalizacji i instrumentalizacji. Stają się scenografią dla indywidualnej widzialności, narzędziem budowania wizerunku, zapleczem dla doraźnych interesów politycznych lub ekonomicznych. W takiej logice ich sens nie wynika już z pełnionej funkcji, lecz z tego, kto w danym momencie sprawuje nad nimi kontrolę i jak potrafi je wykorzystać w bieżącej grze.

W amerykańskim systemie prawno-instytucjonalnym ten sam proces erozji, o którym mowa wcześniej, szczególnie wyraźnie dotyka sądów i prokuratury. Konstrukcja ustrojowa, w której wielu sędziów i prokuratorów jest wybieranych w wyborach powszechnych lub zależnych od cykli politycznych, sprzyja personalizacji urzędów i podporządkowaniu ich logice widzialności medialnej. Osoby piastujące te stanowiska – formalnie strażnicy prawa, a nie aktorzy polityczni – zmuszone są zabiegać o rozpoznawalność, poparcie opinii publicznej i przychylność elektoratu. W efekcie pojawia się pokusa budowania własnej marki poprzez spektakularne decyzje, ostentacyjną surowość, agresywną retorykę „twardej ręki” czy demonstracyjne wystąpienia przed kamerami. Prawo przestaje być wówczas przestrzenią bezosobowej normy, a staje się narzędziem autoprezentacji, zaś instytucja – zamiast osłaniać jednostkę – zostaje przez nią wykorzystana jako scena.

W polskich realiach mechanizm ten przyjmuje inną, łagodniejszą formę. Owszem, pozowanie na „szeryfa” bywa wykorzystywane jako element budowania kariery – zwłaszcza w obszarach szczególnie podatnych na medialne uproszczenia, takich jak bezpieczeństwo, ściganie przestępczości czy walka z „patologiami”. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w przeważającej większości przypadków dominuje raczej profesjonalna praktyka skrywania się urzędników za instytucjami państwa: za procedurą, kompetencją, hierarchią i językiem formalnym. Ta bezosobowość, często krytykowana jako chłodna lub mało komunikatywna, pełni w istocie funkcję ochronną – nie tyle dla urzędników, co dla samej instytucji, która dzięki temu zachowuje ciągłość i względną odporność na kaprysy jednostek. Podobny etos można odnaleźć w armii, gdzie prymat struktury nad osobą, stopnia nad nazwiskiem, a służby nad autopromocją pozostaje – przynajmniej deklaratywnie – jednym z fundamentów. Na tym tle tym bardziej rzuca się w oczy powszechna praktyka uszlachetniania poprzez awans w administracji, który niekiedy przybiera formę symbolicznej nobilitacji, oderwanej od realnej zmiany kompetencji czy odpowiedzialności. W okresie PRL zwykły naczelnik, dyrektor czy sekretarz partii stawał się w ten sposób figurą „nadczłowieka”, kimś formalnie wywyższonym, a zarazem pozostającym fizycznie sąsiadem – rozpoznawalnym, obserwowanym, obdarzonym quasi-sakralnym autorytetem w mikroskali lokalnej. Pytanie, czy w nowych realiach zmieniło się więcej niż dekoracje i język. Być może dziś mechanizm działa subtelniej, lecz jego istota pozostaje podobna: obecność w mediach, widzialność w przestrzeni publicznej i symboliczny prestiż urzędu karmią ego, często kosztem etosu służby. W tysiącach przypadków – od sołtysa, przez wójta, dyrektora instytucji, aż po ogólnokrajowego przywódcę (każdy może tu podstawić postać odpowiadającą temu schematowi) – ekspozycja medialna przestaje być narzędziem komunikacji, a staje się źródłem autodefinicji. Urząd zaczyna służyć potwierdzaniu własnej wyjątkowości, a nie realizacji powierzonych zadań. W ten sposób instytucja traci swoją neutralność i powagę, a etos – rozumiany jako gotowość do bycia „mniej widzialnym” w imię dobra wspólnego – ulega stopniowej dewastacji. To nie spektakularne nadużycia, lecz codzienna, drobna personalizacja władzy okazuje się tu najbardziej destrukcyjna.

Tymczasem to właśnie instytucje powinny stanowić właściwy punkt ciężkości narracji politycznej. Ich znaczenie nie polega na spektakularności ani medialnej atrakcyjności, lecz na ciągłości działania, kompetencjach gromadzonych przez lata, doświadczeniu organizacyjnym i zakorzenieniu w systemie prawa oraz uznanych wartościach. Instytucje są nośnikiem pamięci państwa i wspólnoty – przechowują wiedzę, standardy i procedury, które pozwalają na racjonalne działanie niezależnie od zmieniających się koniunktur politycznych i nastrojów społecznych. To dzięki nim możliwe jest przekładanie deklarowanych wartości na trwałe praktyki, a celów politycznych na rzeczywiste procesy społeczne i gospodarcze. Gdy instytucje zostają zredukowane do roli narzędzi w rękach jednostek, polityka traci swój długofalowy wymiar i ulega fragmentaryzacji. Decyzje podejmowane są w logice chwili, pod presją emocji lub kalendarza wyborczego, a nie w oparciu o analizę, procedury i odpowiedzialność systemową. W efekcie polityka coraz częściej przybiera formę improwizacji, w której sukces mierzony jest krótkotrwałym efektem medialnym, a nie trwałą zmianą jakości życia publicznego. Odpowiedzialność ulega wówczas rozmyciu: trudno wskazać, kto odpowiada za skutki decyzji, skoro instytucje nie mają autonomii, a osoby sprawujące władzę łatwo mogą przerzucać winę na „system”, który same wcześniej osłabiły.

W dłuższej perspektywie taki model prowadzi do erozji zaufania społecznego. Obywatele przestają postrzegać instytucje jako stabilne punkty odniesienia i gwarantów ciągłości, a zaczynają widzieć w nich jedynie kolejne emanacje bieżącej władzy. To zaś wzmacnia cynizm, obojętność i przekonanie, że sfera publiczna jest jedynie polem walki interesów, a nie przestrzenią realizacji dobra wspólnego. Odzyskanie instytucji jako podmiotów pierwszego planu – silnych, autonomicznych i szanowanych – jest więc nie tylko kwestią sprawności państwa, lecz także warunkiem odbudowy sensu polityki jako działania wspólnotowego, opartego na odpowiedzialności, a nie na chwilowej dominacji jednostek.

Odzyskanie instytucji – zarówno w warstwie narracyjnej i wizerunkowej, jak i w sensie realnego dobra publicznego – jest niezbędne dla uporządkowania polityczności w jej najszerszym wymiarze. Szczególnego znaczenia nabiera to na poziomie regionalnym i lokalnym, gdzie instytucje są jednocześnie najbardziej narażone na personalizację władzy i najbardziej istotne dla codziennego funkcjonowania wspólnot. To właśnie tam polityczność społeczeństwa materializuje się w najczystszej postaci: w zdolności do współpracy, rozwiązywania konfliktów i wspólnego definiowania celów rozwojowych. Zaniedbanie tej sfery prowadzi do erozji zaufania i stopniowego wygaszania życia publicznego.

Dlatego tak pilna staje się potrzeba głębokiej instytucjonalizacji polityki i sfery publicznej. Oznacza ona przywrócenie instytucjom należnego znaczenia, odbudowę świadomości ich roli oraz praktyczne zrozumienie tego, czym się zajmują i jakie mają kompetencje. Instytucjonalizacja musi iść w parze z deindywidualizacją polityki – nie jako negacją podmiotowości jednostki, lecz jako jej osadzeniem w relacjach, procedurach i odpowiedzialności zbiorowej. Bez tego pozostaniemy społeczeństwem zamków na wzgórzach: bogatym w widoki, ubogim we wspólnotę i coraz mniej zdolnym do wspólnego działania.