Sławomir Doburzyński
Pozwolić na powrót Rosji do świata sportu? To kwestia ważniejsza niż emocje, to pytanie o sens debaty i działania publicznego.
Coraz częściej pojawiają się sygnały, że w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim oraz części światowych federacji sportowych dojrzewa przekonanie o konieczności przywrócenia Rosji do pełnoprawnej rywalizacji międzynarodowej, być może już od najbliższych igrzysk olimpijskich. Część federacji nie ukrywa, że oczekuje takiej decyzji i jest gotowa szybko wdrożyć ją w życie. Jeżeli wojna rosyjsko-ukraińska zostanie choćby częściowo zamrożona w wyniku rozejmu, zawieszenia broni lub innej formy ograniczenia działań zbrojnych – nawet jeśli nie będzie to trwały pokój ani rozwiązanie akceptowane przez Ukrainę – presja na „powrót do normalności” będzie narastać. W dyskursie międzynarodowym coraz częściej pojawi się argument, że sport powinien ponownie stać się przestrzenią dialogu, a nie sankcji. Nie będzie miało przy tym większego znaczenia, czy argumenty te będą przekonujące z punktu widzenia prawa międzynarodowego, etyki czy odpowiedzialności za agresję. Wystarczy, że okażą się politycznie wygodne dla części państw, federacji, sponsorów i organizatorów wielkich imprez.
W takiej sytuacji przed społeczeństwami państw jednoznacznie wspierających Ukrainę pojawi się wyjątkowe wyzwanie. W odróżnieniu od wielu decyzji z zakresu polityki zagranicznej, które zapadają za zamkniętymi drzwiami gabinetów dyplomatycznych i pozostawiają obywatelom jedynie możliwość późniejszego komentowania ich skutków, kwestia sportu posiada zupełnie inną dynamikę. Sport jest jednocześnie wydarzeniem medialnym, społecznym i ekonomicznym. Funkcjonuje dzięki zainteresowaniu kibiców, oglądalności, frekwencji, sprzedaży praw telewizyjnych, aktywności sponsorów oraz społecznej legitymizacji. To oznacza, że opinia publiczna dysponuje znacznie większym potencjałem oddziaływania niż w większości innych obszarów stosunków międzynarodowych. W tym przypadku społeczeństwo nie jest wyłącznie biernym obserwatorem. Może stać się uczestnikiem procesu wywierania presji.
Pojawią się pytania, których nie będzie można łatwo uniknąć. Czy polscy sportowcy powinni rywalizować z reprezentantami Rosji? Czy kibice powinni bojkotować wydarzenia, w których Rosjanie zostaną dopuszczeni do startu? Czy federacje krajowe powinny wycofywać zawodników z takich zawodów? Czy sprzeciw jednego państwa ma jakikolwiek sens wobec decyzji podejmowanych przez światowe organizacje sportowe? A może każda próba protestu będzie jedynie gestem symbolicznym, który nie wpłynie na rzeczywistość?
Paradoksalnie właśnie sport pokazuje, że działania symboliczne bardzo często wywołują konsekwencje materialne. Historia zna liczne przykłady, kiedy bojkoty olimpijskie, wykluczenia państw, sankcje sportowe czy naciski sponsorów prowadziły do realnych zmian decyzji organizatorów. Sport jest niezwykle wrażliwy na kwestie wizerunkowe. Międzynarodowy Komitet Olimpijski, federacje oraz organizatorzy największych imprez funkcjonują w przestrzeni zaufania społecznego. Ich autorytet opiera się nie tylko na regulaminach, lecz również na przekonaniu, że reprezentują wartości, o których sami mówią: pokój, szacunek, równość i solidarność. Jeżeli znaczna część opinii publicznej uzna, że dopuszczenie Rosji oznacza odejście od tych wartości, koszt reputacyjny może okazać się bardzo wysoki.
Warunkiem skuteczności nie może być jednak spontaniczne oburzenie pojawiające się dopiero po podjęciu decyzji przez MKOL. Jeżeli ktoś uważa, że powrót Rosji byłby błędem, powinien działać z odpowiednim wyprzedzeniem. Właśnie teraz jest moment na rozpoczęcie debaty, zanim decyzje zostaną formalnie podjęte. Po ich ogłoszeniu pole manewru znacząco się zmniejszy. Światowe federacje muszą wiedzieć, że ewentualna zgoda na powrót Rosji nie zakończy dyskusji, lecz dopiero ją rozpocznie. Muszą mieć świadomość potencjalnych kosztów społecznych, medialnych i finansowych swoich decyzji. Jednocześnie protest, jeśli miałby mieć znaczenie, nie może ograniczać się do pojedynczych deklaracji polityków czy emocjonalnych wpisów w mediach społecznościowych. Musiałby przybrać formę szerokiego, długofalowego i dobrze zorganizowanego ruchu obywatelskiego. Byłby to raczej ruch kibiców niż klasyczna kampania polityczna. Taki ruch musiałby posiadać jasno określony cel, spójny przekaz oraz przewidywalne formy działania. Powinien od początku komunikować, jakie decyzje światowych federacji uważa za nieakceptowalne oraz jakie konsekwencje społeczne będą się z nimi wiązały. Równie ważna byłaby stopniowalność działań – od kampanii informacyjnych, poprzez manifestacje i akcje medialne, aż po bojkot wybranych wydarzeń, jeśli wcześniejsze środki okazałyby się nieskuteczne. Protest pozbawiony strategii szybko wygasa. Protest posiadający plan staje się partnerem, z którym instytucje muszą się liczyć.
Równie istotnym kierunkiem oddziaływania powinni być sponsorzy światowego sportu. Współczesny sport wyczynowy funkcjonuje przede wszystkim dzięki finansowaniu komercyjnemu. Globalne marki inwestują miliardy dolarów w igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata i największe imprezy właśnie dlatego, że wydarzenia te budują pozytywne emocje i wzmacniają wizerunek firm. Jeżeli konsumenci zaczną kojarzyć sponsorów z decyzjami uznawanymi za moralnie kontrowersyjne, przedsiębiorstwa mogą wywierać presję na organizatorów znacznie skuteczniej niż politycy. Historia pokazuje, że korporacje bardzo uważnie obserwują nastroje społeczne i starają się unikać sytuacji, które mogłyby prowadzić do kryzysów reputacyjnych. Dlatego potencjalny ruch społeczny powinien od początku uwzględniać nie tylko federacje sportowe, ale również partnerów komercyjnych, nadawców telewizyjnych oraz właścicieli praw marketingowych.
Kluczowe znaczenie ma również konsekwencja aksjologiczna. Jeżeli świat sportu uznał po 24 lutego 2022 r., że agresja Rosji stanowi wystarczający powód do wykluczenia jej reprezentacji z międzynarodowej rywalizacji, trudno byłoby przyjąć, że sam fakt ograniczenia działań wojennych automatycznie oznacza powrót do normalności. Rozejm nie jest pokojem. Zawieszenie broni nie oznacza rozwiązania konfliktu. Zamrożenie wojny nie usuwa odpowiedzialności za jej rozpoczęcie ani za popełnione zbrodnie. Trudno więc byłoby uzasadnić, dlaczego państwo uznane wcześniej za naruszające fundamentalne zasady wspólnoty międzynarodowej miałoby odzyskać pełnię praw tylko dlatego, że działania militarne stały się mniej intensywne. Jeżeli sankcje sportowe miały charakter moralny, to również ich zniesienie powinno opierać się na kryteriach moralnych, a nie wyłącznie politycznej wygodzie czy zmęczeniu konfliktem.
Nie oznacza to jednak, że każda forma protestu automatycznie będzie skuteczna. Właśnie dlatego potrzebna jest poważna debata dotycząca jego celów, skali i metod. Pierwszym pytaniem nie powinno być: „jak protestować?”, lecz „czy protestować?”. Dopiero po udzieleniu odpowiedzi wynikającej z przyjętego systemu wartości można przejść do pytania o efektywność. Następnie należy zastanowić się nad narzędziami. Zbyt często ruchy społeczne zaczynają od organizowania wydarzeń, nie definiując wcześniej mierzalnego celu. Tymczasem sukces powinien być możliwy do jednoznacznej oceny. Czy celem jest całkowite niedopuszczenie Rosji do igrzysk? Czy ograniczenie jej obecności wyłącznie do startów neutralnych? Czy wypracowanie określonych warunków powrotu uzależnionych od stanowiska Ukrainy? Dopóki nie zostanie jasno określone, jaki rezultat uznawany jest za sukces, trudno będzie ocenić skuteczność jakiejkolwiek kampanii.
Nie należy również zakładać, że wynik jest przesądzony. Świat sportu wielokrotnie zmieniał swoje decyzje pod wpływem presji społecznej, politycznej i ekonomicznej. Wiele zależy od tego, czy dyskusja zostanie odpowiednio wcześnie rozpoczęta oraz czy będzie prowadzona w sposób konsekwentny, racjonalny i oparty na wartościach, a nie wyłącznie na emocjach. To właśnie teraz istnieje przestrzeń do budowania argumentacji, tworzenia międzynarodowych koalicji kibiców, organizacji społecznych i środowisk eksperckich oraz do wpływania na opinię publiczną w innych państwach. W szerszej perspektywie problem ten wykracza daleko poza sam sport. Dotyczy pytania o miejsce społeczeństwa obywatelskiego w podejmowaniu decyzji o charakterze międzynarodowym. Sport jest jedną z niewielu dziedzin, w których zwykli obywatele dysponują realnymi instrumentami oddziaływania. Mogą wybierać, czy kupują bilety, oglądają transmisje, uczestniczą w wydarzeniach, wspierają sponsorów lub angażują się w działania organizacyjne. Mogą wpływać na klimat społeczny wokół wielkich imprez. Mogą tworzyć koszt polityczny i ekonomiczny decyzji podejmowanych przez elity sportowe. W tym sensie społeczeństwo rzeczywiście gra na własnym boisku.
Być może właśnie to jest najważniejszy wymiar całej dyskusji. Nie chodzi wyłącznie o pytanie, czy rosyjscy sportowcy powinni wrócić do olimpijskiej rywalizacji. Chodzi o sprawdzenie, czy współczesne społeczeństwa demokratyczne są jeszcze zdolne do organizowania się wokół wartości, formułowania wspólnego stanowiska i wywierania pokojowej, obywatelskiej presji na instytucje międzynarodowe. Nawet jeśli efekt końcowy nie byłby w pełni zgodny z oczekiwaniami protestujących, sam proces budowania podmiotowości obywatelskiej, prowadzenia otwartej debaty oraz świadomego wpływania na decyzje elit miałby ogromną wartość. W świecie, w którym wiele kluczowych rozstrzygnięć zapada poza zasięgiem społecznej kontroli, sport pozostaje jedną z nielicznych przestrzeni, gdzie głos obywateli może nadal realnie wybrzmieć.
Warto już dziś postawić w Polsce poważne pytanie: jak zamierzamy odnieść się do ewentualnego powrotu Rosji do światowego sportu? Nie chodzi o emocjonalną reakcję wywołaną pojedynczą decyzją MKOL czy konkretnej federacji, lecz o świadome określenie stanowiska społecznego wobec problemu, który ma zarówno wymiar moralny, jak i polityczny. Zbyt często debata publiczna rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy decyzje zostały już podjęte, a możliwości wpływu na ich kształt są niewielkie. Tymczasem właśnie obecny moment daje szansę na wypracowanie stanowiska z wyprzedzeniem, zanim proces decyzyjny wejdzie w fazę nieodwracalną. Jeżeli okazałoby się, że społeczne przekonanie jest masowe, trwałe i jednoznaczne, mogłaby pojawić się możliwość stworzenia czegoś znacznie ciekawszego niż kolejnej akcji protestacyjnej. Moglibyśmy spróbować zaproponować pewną innowację w funkcjonowaniu społeczeństwa obywatelskiego – model zorganizowanego, długofalowego wpływu opinii publicznej na globalne elity sportowe, biznesowe i polityczne. W istocie byłaby to próba odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób społeczeństwa demokratyczne mogą odzyskiwać podmiotowość wobec instytucji, które formalnie działają ponad granicami państw, ale swoją legitymizację czerpią właśnie z akceptacji społecznej.
Taki model nie powinien opierać się wyłącznie na spontanicznym oburzeniu ani na jednorazowych bojkotach. Potrzebna byłaby refleksja nad tym, jak budować trwałą skuteczność. Jak formułować komunikaty, aby były zrozumiałe dla odbiorców w różnych krajach. Jak unikać radykalizacji, która często prowadzi do utraty wiarygodności. Jak zabezpieczać ruch społeczny przed próbami jego instrumentalizacji przez partie polityczne, grupy interesu czy podmioty prowadzące operacje dezinformacyjne. Współczesne konflikty informacyjne pokazują, że każda większa mobilizacja społeczna staje się natychmiast przedmiotem prób przejęcia, podziału lub skompromitowania. Dlatego równie ważne jak wartości stają się procedury, transparentność i odporność organizacyjna. Potrzebna jest również dyskusja o efektywności. Jakie narzędzia rzeczywiście działają wobec międzynarodowych federacji? Czy większy wpływ mają bojkoty, nacisk na sponsorów, kampanie medialne, działania w mediach społecznościowych, współpraca z organizacjami kibicowskimi, czy może budowanie międzynarodowych koalicji organizacji obywatelskich? Intuicja podpowiada, że najskuteczniejsze będą rozwiązania łączące wszystkie te elementy, ale ich właściwe zaprojektowanie wymaga analizy, a nie wyłącznie mobilizacji emocji.
Równie ważne byłoby umiędzynarodowienie takiej inicjatywy. Polska, ze względu na swoje doświadczenia historyczne, skalę pomocy udzielonej Ukrainie oraz jednoznaczność społecznych postaw wobec rosyjskiej agresji, mogłaby stać się miejscem rozpoczęcia tej debaty. Jej celem nie byłoby jednak narzucanie innym własnego stanowiska, lecz stworzenie przestrzeni do budowania szerokiej międzynarodowej koalicji obywateli, którzy uznają, że świat sportu nie powinien odrywać się od fundamentalnych zasad odpowiedzialności za działania państw. Być może właśnie tutaj kryje się najciekawszy aspekt całego problemu. Nie tylko w odpowiedzi na pytanie o Rosję, lecz w próbie wypracowania nowego modelu uczestnictwa obywateli w globalnym zarządzaniu. Świat przyzwyczaił się do tego, że decyzje podejmują politycy, prezesi korporacji, szefowie federacji i organizacji międzynarodowych. Tymczasem społeczeństwa dysponują dziś narzędziami komunikacji, organizacji i wywierania presji, których nie miały jeszcze kilkanaście lat temu. Pozostaje pytanie, czy potrafią wykorzystać je w sposób odpowiedzialny, długofalowy i skuteczny.
Dlatego zanim zaczniemy rozmawiać o metodach protestu, warto rozpocząć znacznie poważniejszą rozmowę – o tym, jak budować nowoczesną podmiotowość społeczeństwa obywatelskiego wobec globalnych elit. Jeżeli uda się znaleźć odpowiedź na to pytanie, sprawa powrotu Rosji do światowego sportu może okazać się nie tylko przedmiotem sporu, ale również impulsem do stworzenia nowego standardu społecznego wpływu na decyzje podejmowane w instytucjach międzynarodowych. To byłaby zmiana znacznie ważniejsza niż rozstrzygnięcie jednego konkretnego konfliktu.
