Tekst pochodzi z portalu Klubu Jagiellońskiego: https://klubjagiellonski.pl/2025/12/29/samolubne-polskie-metropolie-kto-traci-na-postepowej-miejskiej-polityce/ Pierwotnie  został opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu „Plus Minus”.

Marek Grąbczewski na łamach magazynu „Plus Minus” omawia wyzwania polityki miejskiej dla mieszkańców i przyjezdnych

Rozwiązania promowane przez ruchy miejskie bywają optymalne dla mieszkańców metropolii, lecz dla przyjezdnych z prowincji często oznaczają utrudnienia lub upokorzenia. Jeśli chcemy, by nasze miasta były lepsze dla wszystkich Polaków, planowanie kolejnych miejskich przemian musi uwzględniać interesy zarówno miast, jak i wsi.

Po wielu latach mozolnej pracy u podstaw, pod koniec 2025 r. wydaje się, że ruchy miejskie odniosły sukces na poziomie społecznej wyobraźni. Poza pojedynczymi najntisowymi dinozaurami nikt nie promuje już wizji miasta, w której samochód jest królem, galeria handlowa – świątynią, a dom z garażem na przedmieściu – zamkiem zatomizowanej rodziny. Czy tak powinno być? Czy to rzeczywiście dobra droga dla miast i ich mieszkańców? Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale…

Zmiany w myśleniu o mieście, o których mówimy, funkcjonują pod zbiorczą nazwą Nowego Urbanizmu, i rzeczywiście wydają się być dobrą odpowiedzią na problemy, które trapią mieszkańców dużych miast. Życie na patodeweloperskich betonowych pustyniach, spędzanie długich godzin w korkach – nikt o tym nie marzy, kiedy planuje swoje życie w wielkim mieście. Statusowi ekonomicznemu, wykształceniu i rozwojowym perspektywom powinna przecież towarzyszyć także piękna i przyjazna przestrzeń.

Co więcej, tzw. miejskie życie – wypoczynek we wspólnych przestrzeniach, „bywanie” na kulturalnych wydarzeniach, stołowanie się w kawiarniach i restauracjach, zaangażowanie w różne społeczne akcje – również zyskuje coraz szersze uznanie.

Zamknięcie się po pracy w czterech ścianach traci swój powab, zwłaszcza gdy bogacimy się i na coraz więcej tych miejskich przyjemności możemy sobie pozwolić. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy dużych miast coraz częściej rozpoznają swój interes w premiowaniu takich rozwiązań, które do ekonomicznej bazy życia w mieście dodają lifestyle’ową nadbudowę. Stanowią oni jednak tylko nieco ponad jedną czwartą mieszkańców Polski (a i to tylko wtedy, jeśli za duże uznamy miasta powyżej 100 tys. mieszkańców, czyli np. Płock, Tarnów lub Rybnik). Pozostali mieszkają w mniejszych ośrodkach miejskich, a przede wszystkim – aż 40 proc. – na wsi. Z ich perspektywy idee miejskie i nowe rozwiązania spod znaku „miasta dla mieszkańców” nie przedstawiają się już tak kolorowo.

Dla osób z prowincji miasto to przestrzeń codziennych, obowiązkowych aktywności. Przede wszystkim pracy. 37,7 proc. spośród wszystkich pracowników dojeżdża codziennie do innej miejscowości – przeważnie najbliższego miasta. W samej Warszawie jest to 400 tys. osób dziennie. Wynika to z dysproporcji lokalizacji miejsc pracy, zwłaszcza tych dobrze płatnych. Marginalizacja rolnictwa, upadek lokalnego przemysłu po 1989 r., ale też tzw. korzyści aglomeracji, na które mogą liczyć firmy lokujące się w większych ośrodkach – przyczyn tej dysproporcji jest wiele. Według GUS, w 2024 r. różnica w dochodzie rozporządzalnym na osobę pomiędzy wsią a miastem wynosiła 25 proc. Wyjazdy do pracy w mieście pozwalają zmniejszyć te nierówności.

Sama praca to nie wszystko. Do tego dochodzą obowiązkowe dojazdy związane z obecnością instytucji publicznych – szkół i uczelni, szpitali i urzędów, a także niezbędne zakupy. Nie może być mowy o wiejskiej autarkii. Ludzie z prowincji też żyją w mieście, mimo że nie są jego mieszkańcami. W optyce osób z prowincji to właśnie te funkcje miasta – praca, handel, usługi, sprawy urzędowe, dostęp do ochrony zdrowia – są najważniejsze. Kwestie związane z zielenią, ruchem pieszym czy dostępnymi cenowo mieszkaniami na wynajem są abstrakcyjne dla większości z nich.

Życie mieszkańców prowincji zbyt rzadko jest przedmiotem poważnej analizy ze strony środowisk miejskich. Rozwiązania, które projektują, są być może optymalne z punktu widzenia mieszkańców metropolii, ale dla prowincji stanowią w najlepszym wypadku katalog pobożnych życzeń, a w najgorszym – zestaw utrudnień, a czasem i upokorzeń. Takimi są np. strefy czystego transportu, których wprowadzanie wiąże się dla przyjezdnych z przykrą alternatywą: kosztowną wymianą samochodu albo długimi godzinami spędzonymi w niedofinansowanej i trudno dostępnej komunikacji zbiorowej.

Podobnie działają różnego rodzaju karty mieszkańca, których wprowadzanie wiąże się z podnoszeniem opłat za parkowanie dla osób spoza miasta, choć w przeciwieństwie do mieszkańców nie mają one często realnej alternatywy dla samochodu. Dzieje się tak pomimo tego, że współzależność między miastem a wsią działa w obie strony. Jako odpowiedź na problemy komunikacyjne charakterystyczne dla rozproszonej polskiej sieci osadniczej postuluje się czasem zwiększenie koncentracji ludności, szczególnie w wielkich miastach. Brakuje natomiast refleksji o kosztach związanych z takim podejściem.

Jeśli na jedno z głównych wyzwań ostatnich lat wyrósł kryzys mieszkaniowy, to trzeba jasno powiedzieć, że wspieranie migracji wewnętrznych, zwłaszcza do dużych ośrodków miejskich, tylko pogłębi ten kryzys. Nie potrafimy jako społeczeństwo w sposób sensowny poradzić sobie nawet z aktualną skalą migracji do aglomeracji dużych miast. Osoby, którym zależy na powstrzymaniu patodeweloperki, uspokojeniu ruchu na ulicach czy też zazielenianiu miast, powinny z całych sił trzymać kciuki za prowincję, żeby jak najmniej osób było zmuszonych opuszczać ją na stałe w poszukiwaniu nowego mieszkania. W 2019 r. na łamach portalu Kongresu Ruchów Miejskich w gorzki sposób podsumowała to Kinga Wiśniewska, społeczniczka z Ostródy: „15 milionów Polek i Polaków żyjących w małych i średnich miastach nie budziło dotychczas zainteresowania większości ruchów miejskich. Ruchy miejskie mają wielkomiejski rodowód i wielkomiejską perspektywę. I za grosz solidarności. A Tezy Miejskie często nijak się mają do rzeczywistych potrzeb ludzi z mniejszych ośrodków”.

Jeżeli polityka miejska miałaby być korzystna nie tylko dla wielkomiejskiej mniejszości, ale dla całego społeczeństwa, musi dostrzec mieszkańców wsi i miasteczek. Takiemu myśleniu nie sprzyja, niestety, konstrukcja samorządu, w którym włodarze, aby uzyskać poparcie, muszą dbać przede wszystkim o zameldowanych mieszkańców miast, czyli swoich wyborców. Teoretycznie to premiowanie metropolii powinny równoważyć władze wyższego rzędu – wojewódzkiego i ogólnopolskiego, jednak tam, w ogniu politycznej walki, często brakuje miejsca na myślenie o lokalnych problemach. Nie znaczy to oczywiście, że mieszczanie powinni zrezygnować ze wszystkich pomysłów na poprawę życia. Wiele z nich, nawet bardzo progresywnych, nie musi wcale wchodzić w konflikt z potrzebami przyjezdnych albo da się je z nimi pogodzić. W tym miejscu najłatwiej będzie mi po raz kolejny odwołać się do własnego projektowego doświadczenia.

Projekt TBS-u w Katowicach przy ul. Mariackiej, który w tym roku został oddany do użytku, łączy w sobie chyba wszystkie postępowe idee ruchów miejskich – udział miasta w budowie zasobu mieszkaniowego, rewitalizację zdegradowanego fragmentu miasta, zachowanie istniejącej historycznej tkanki bądź ponowne wykorzystanie jej elementów, projektowanie bez barier, przestrzeń społecznej integracji w postaci klubu seniora, a także zieleń i przestrzenie rekreacji, fragment aktywnego parteru, a nawet brak miejsc parkingowych i dostęp z deptaka. Takie podejście wymaga, by do konkretnych miejsc i przypadków podchodzić w sposób otwarty i kreatywny, a nie doktrynalny.  Tomasz Konior, uznany współczesny architekt, podczas dyskusji na temat obecności parkingów w przestrzeni miejskiej zorganizowanej przez katowicki oddział Klubu Jagiellońskiego ujął to w ramy zgrabnego aforyzmu: „architekt jest od rozwiązywania problemów, a nie od tworzenia nowych”.

Architekci nie cieszą się obecnie wysoką pozycją, jeśli chodzi o udział w kształtowaniu miast. Wpłynął na to szereg czynników prawnych i ekonomicznych, takich jak wzrost znaczenia firm wykonawczych czy coraz bardziej menedżerski, nastawiony na optymalizację konkretnych wskaźników, sposób zarządzania samorządami.

Jeśli chcemy, by nasze miasta były lepsze, i to nie tylko dla ich mieszkańców, ale też dla wszystkich Polaków, powinniśmy działać na rzecz tego, by takie szersze spojrzenie w procesie planowania kolejnych miejskich przemian miało zawsze swojego reprezentanta. Kogoś, kto będzie starał się pogodzić interesy miast i wsi, a także sprawnie poruszać się w gąszczu miejskich idei i propozycji rozwiązań.