Tomasz Augustyn

Dawid kontra unijny Goliat. Samorządy wypowiadają wojnę europejskiej centralizacji

Na brukselskich korytarzach rzadko słyszy się tak jednoznaczny i donośny sprzeciw. Europejski Komitet Regionów, zrzeszający samorządowców z 27 państw członkowskich, przestał prosić – zaczął żądać. Stawką w tej grze jest kształt potężnego budżetu Unii Europejskiej na lata 2028-2034 oraz to, kto tak naprawdę będzie decydował o wydawaniu miliardów euro w naszych małych ojczyznach.

Samorządy z 27 krajów Unii Europejskiej podczas ostatniej sesji plenarnej Europejskiego Komitetu Regionów (KR) zawarły bezprecedensowe porozumienie – samorządowcy jednogłośnie przyjęli twarde warunki, stanowiące absolutne minimum, bez którego nie udzielą poparcia dla nowego, wieloletniego budżetu unijnego na lata 2028–2034. To już nie są kuluarowe negocjacje, lecz otwarty bunt oparty na wyznaczeniu trzech nieprzekraczalnych granic, w obronie których lokalni włodarze są gotowi na ostry konflikt polityczny i zablokowanie unijnych planów.

Pierwszym i najważniejszym postulatem jest kategoryczne żądanie przyznania samorządom prawa do blokowania szkodliwych z ich perspektywy decyzji. Komitet Regionów domaga się wpisania do unijnego prawa obowiązkowej klauzuli pomocniczości. W praktyce oznacza to twarde weto, które pozwoliłoby regionom zatrzymać, a nawet całkowicie odrzucić Krajowe i Regionalne Plany Partnerstwa (NRPP), jeśli okaże się, że rządy krajowe i unijni urzędnicy zarezerwowali dla siebie zbyt dużą władzę kosztem społeczności lokalnych. Samorządowcy jasno dają do zrozumienia, że to nie jest uprzejma prośba, lecz bezwzględne żądanie weta wobec planów, w których narzuca się im rolę biernych wykonawców pozbawionych realnego wpływu na własne terytoria.

Drugą czerwoną linią jest zagwarantowanie konkretnych środków na zrównoważony rozwój. Samorządy domagają się, aby co najmniej 20 procent funduszy z alokacji na politykę spójności, rozwój obszarów wiejskich oraz rybołówstwo było obligatoryjnie przeznaczane na zintegrowane strategie rozwoju terytorialnego. Zamiast rozproszonych, często oderwanych od lokalnej rzeczywistości projektów dyktowanych bezpośrednio przez Brukselę, regiony chcą pieniędzy na inicjatywy, które realnie i harmonijnie połączą interesy miast i wsi. Nierozerwalnie wiąże się z tym trzeci warunek, polegający na uznaniu spójności terytorialnej za nadrzędną zasadę całej unijnej polityki. Włodarze żądają żelaznej gwarancji, że żadne inne działania administracji centralnej i europejskiej nie będą w tę spójność uderzać. Zdaniem przedstawicieli samorządów Unia Europejska rezygnująca z inwestowania w spójność, tak naprawdę nie buduje swojej przyszłości, lecz z pełną premedytacją przygotowuje grunt pod głębokie wewnętrzne podziały.

Poza walką o kompetencje i ustrój, Europejski Komitet Regionów toczy również zażartą batalię o same finanse oraz architekturę systemu ich rozliczania. Choć samorządowcy w pełni popierają zwiększenie ogólnych budżetów dla Krajowych i Regionalnych Planów Partnerstwa, to kategorycznie sprzeciwiają się wizji tworzenia tzw. megafunduszy. Żądają utrzymania wyraźnie oddzielnych linii finansowych dla polityki spójności i rolnictwa, aby uniknąć sytuacji, w której różne grupy społeczne muszą konkurować o te same pieniądze. Równie ogromny opór budzi forsowana przez Komisję Europejską radykalna zmiana modelu biurokratycznego. Bruksela planuje bowiem odejść od tradycyjnego, sprawdzonego systemu refundacji faktycznie poniesionych wydatków na rzecz mechanizmu opartego na rozliczaniu tzw. „kamieni milowych”. Dla regionów jest to jednoznaczny sygnał alarmowy – ostrzegają, że ten krok to wcale nie krok ku nowoczesności, lecz drastyczne zacieśnienie nadzoru biurokratycznego, które ostatecznie utopi kluczowe inwestycje w absurdalnej papierologii. Wobec tego bezwzględnie domagają się odpowiednio długiego okresu przejściowego, kompleksowych szkoleń i potężnego wsparcia technicznego, argumentując, że w przeciwnym razie nowy, opresyjny system po prostu zgniecie małe urzędy, na barkach których spoczywa ciężar wprowadzania europejskiej polityki w życie.

Majowa sesja w Brukseli pokazała jedno: czas, w którym samorządy pokornie akceptowały dyktat centrali, właśnie dobiegł końca. Bunt stał się faktem. Grozi on głębokim paraliżem instytucjonalnym oraz drastycznym opóźnieniem w negocjacjach i ostatecznym przyjęciu wieloletnich ram finansowych na lata 2028–2034. Brak konsensusu na linii unijna centrala – władze regionalne oznacza w praktyce widmo zamrożenia miliardów euro, co dla lokalnych gospodarek stanowiłoby katastrofalny cios prowadzący do wstrzymania tysięcy kluczowych inwestycji infrastrukturalnych, procesów transformacji klimatycznej czy programów społecznych, a w efekcie do potężnego spowolnienia wzrostu gospodarczego na całym kontynencie. Zignorowanie głosów płynących z regionów i siłowe narzucenie przez Komisję Europejską mechanizmu „kamieni milowych” zrodzi ponadto chaos administracyjny o niespotykanej dotąd skali, gdyż małe urzędy gminne i miejskie, pozbawione odpowiedniego wsparcia technicznego i kadrowego, po prostu załamią się pod ciężarem nowych, rygorystycznych wymogów sprawozdawczości. Doprowadzi to do drastycznego spadku absorpcji środków europejskich, ponieważ lokalni włodarze, w obawie przed błędami, wieloletnimi audytami i drakońskimi karami finansowymi, zaczną masowo rezygnować z ubiegania się o dotacje. Taka zapaść inwestycyjna nieuchronnie wywoła efekt domina w wymiarze społecznym i politycznym, potęgując frustrację obywateli, którzy na własnej skórze odczują zatrzymanie rozwoju swoich małych ojczyzn. Wymuszone łączenie różnych polityk w scentralizowane megafundusze sprowokuje z kolei wyniszczającą, bratobójczą rywalizację między odmiennymi grupami interesów – na przykład rolnikami zabiegającymi o wsparcie produkcji a burmistrzami miast walczącymi o środki na transport publiczny – co doprowadzi do głębokich pęknięć w tkance społecznej i zaostrzenia konfliktu na linii wieś-miasto. Co więcej, marginalizacja samorządów dostarczy potężnego paliwa dla ruchów eurosceptycznych i skrajnie populistycznych, które zyskają doskonały argument, by przedstawiać Unię Europejską jako autokratycznego, odklejonego od rzeczywistości biurokratycznego lewiatana, celowo dławiącego lokalną demokrację. W ostatecznym rozrachunku, odrzucenie przez Brukselę i rządy krajowe unijnej zasady pomocniczości może trwale zniszczyć zaufanie obywateli do europejskiego projektu, zamieniając fundamentalną ideę spójności terytorialnej w pusty slogan i popychając zjednoczoną Europę w stronę niebezpiecznych, wewnętrznych podziałów, z których kontynent może się już nie podnieść.