Tomasz Augustyn
Nowe warunki środowiskowe wpływają na możliwość przeżycia całych gatunków. Człowiek nie pomaga naturze, wręcz przeciwnie.
Nowe warunki środowiskowe coraz częściej nie są jedynie „trudniejszym tłem” dla funkcjonowania ekosystemów, lecz realną granicą biologicznej tolerancji, od której zależy przeżycie całych gatunków i stabilność łańcuchów pokarmowych. W praktyce oznacza to, że zmiany temperatury, natlenienia, zasolenia, kwasowości wód czy rytmu sezonowego mogą decydować o tym, czy organizmy mają gdzie żerować, rozmnażać się i dorastać, a także czy ich młode trafiają na czas dostępności pożywienia. Gdy warunki przekraczają progi krytyczne, gatunki nie „adaptują się” automatycznie w skali jednego–dwóch sezonów: populacje tracą siedliska, spada ich kondycja, rośnie śmiertelność wrażliwych stadiów rozwojowych, a w konsekwencji kurczy się liczebność i różnorodność biologiczna. Człowiek w tym procesie nie tylko nie pomaga naturze, ale często działa jak akcelerator problemu: przyspiesza ocieplenie klimatu poprzez emisje gazów cieplarnianych, pogłębia eutrofizację przez nadmiar biogenów spływających z rolnictwa i miast, niszczy naturalne „bufory” w postaci mokradeł i terenów zalewowych, a także fragmentuje i upraszcza siedliska, czyniąc je mniej odpornymi na wahania. W efekcie presja narasta jednocześnie na wielu frontach: zmienia się chemia i fizyka środowiska, zaburzane są relacje drapieżnik–ofiara i dostępność pokarmu, a gatunki mają coraz mniej przestrzeni do migracji i „ucieczki” przed niekorzystnymi warunkami. To właśnie dlatego problem nie dotyczy wyłącznie jednego symbolicznego gatunku, lecz całych zespołów organizmów – od ryb i bezkręgowców po ptaki morskie – oraz usług ekosystemowych, z których korzystają ludzie, takich jak produkcja żywności, oczyszczanie wody czy naturalna regulacja obiegu materii w przyrodzie.
W zachodniej części Morza Bałtyckiego zasoby dorsza praktycznie zanikły, a ocena naukowa wskazuje, że ich szybka odbudowa jest mało realna. Z punktu widzenia zarządzania rybołówstwem oznacza to wejście w fazę kryzysową, w której klasyczne narzędzia ochronne – takie jak ograniczanie presji połowowej – pozostają konieczne, ale nie są już wystarczające do odwrócenia trendu. Skala problemu najlepiej widoczna jest w decyzjach regulacyjnych. W ostatnich latach wprowadzano coraz bardziej restrykcyjne kwoty, a obecnie połowy dorsza są w ogóle zakazane. To bardzo silny sygnał, że mówimy nie o przejściowym spadku, lecz o załamaniu się podstaw produkcyjnych ekosystemu dla tego gatunku w tej części Bałtyku. Kluczowe jest jednak precyzyjne rozpoznanie przyczyn, bo od niego zależy, czy i jakie działania mogą przynieść efekt. W debacie publicznej często pojawiają się intuicyjne wyjaśnienia: „rybacy wyłowili wszystko”, „winne są foki i kormorany”. Badania naukowe wskazują inną hierarchię czynników. Zasoby dorsza nie załamały się wyłącznie z powodu nadmiernych połowów, a drapieżniki takie jak kormorany i foki nie są oceniane jako główna przyczyna obecnego stanu. Innymi słowy: ograniczenie połowów, choć konieczne, nie usuwa rdzenia problemu. Dorsz w coraz większym stopniu przegrywa z pogarszającymi się warunkami środowiskowymi, a więc z parametrami, które definiują, czy w danym miejscu w ogóle istnieje „przestrzeń życiowa” umożliwiająca przeżycie, żerowanie i reprodukcję. Wśród najczęściej wskazywanych mechanizmów wymienia się trzy grupy: deficyt tlenu, zmiany zasolenia oraz presję ze strony kormoranów i fok – przy czym nacisk analityczny przenosi się przede wszystkim na pierwsze dwa, ściśle powiązane ze stanem środowiska i zmianami klimatu.
Empiryczną podstawę dla tej diagnozy dostarcza praca badawcza Instytutu Rybołówstwa Morza Bałtyckiego im. Thünena w Rostocku, federalnej instytucji badawczej zajmującej się m.in. oceną zasobów i ich uwarunkowań. Od 2021 roku zespół badawczy prowadzi systematyczny monitoring warunków w Zatoce Meklemburskiej u wybrzeży Boltenhagen. Na dużym obszarze zakotwiczono specjalne urządzenia pomiarowe, a temperatura wody oraz poziom tlenu były regularnie rejestrowane. Projekt realizowano wspólnie z Instytutem Leibniza ds. Badań Morza Bałtyckiego, co podkreśla jego charakter jako zintegrowanej oceny procesów oceanograficznych i ich skutków biologicznych. Wyniki są jednoznaczne: warunki życia ryb pogorszyły się, a w okresie letnim tworzy się konfiguracja środowiskowa, która dla dorsza staje się de facto pułapką. W miesiącach letnich warstwa powierzchniowa jest wyraźnie zbyt ciepła, natomiast w głębszych partiach – w tym samym czasie – pojawia się zbyt niska zawartość tlenu. Co istotne, uboga w tlen woda nie pozostaje odizolowana: przenika również do wyższych warstw. Obserwacje od maja do czerwca pokazują, jak deficyt tlenu z głębszego basenu „rozprzestrzenia się w górę zbocza”. W efekcie ciepła woda powierzchniowa spotyka się z ubogą w tlen wodą przydenną, a przestrzeń pomiędzy nimi – ta, która mogłaby pełnić rolę bezpiecznego „korytarza” bytowego – przestaje istnieć. Z innych badań wynika, że temperatury wody w Bałtyku rosną – w tempie 0,4 st. C na dekadę. To wbrew pozorom nie jest małą wartością. W rezultacie populacja dorsza jest w bardzo złym stanie. I nie dotyczy to tylko samego Bałtyku. Ociepla się także północny Atlantyk, co szkodzi tamtejszej faunie, w tym dorszom atlantyckim. Dla dorsza oznacza to brak miejsca, w którym mógłby funkcjonować bez skrajnego stresu środowiskowego. Naukowcy opisują ten mechanizm jako „letni ruch kleszczowy”: gatunek jest ściskany pomiędzy temperaturą, która przekracza jego tolerancję, a strefą niedotlenienia, która ogranicza oddychanie i aktywność. Konsekwencje są nie tylko przestrzenne (utrata siedlisk), ale i fizjologiczne: ryby są bardziej zestresowane i – jak wynika z obserwacji – ogólnie chudną, co osłabia kondycję osobniczą i potencjał rozrodczy populacji.
Dodatkowym problemem jest specyfika Bałtyku jako akwenu niemal śródlądowego. W przeciwieństwie do Morza Północnego nie ma tu łatwo dostępnych alternatywnych siedlisk, do których populacje mogłyby „uciec” wraz z przesuwaniem się stref odpowiednich warunków. Ograniczenie przestrzenne od północy oznacza, że wzrost temperatury nie prowadzi do prostego przesunięcia zasięgu, lecz do kurczenia się obszarów nadających się do życia. Ten sam kierunek zmian dotyka inne kluczowe gatunki, w tym śledzia. Od lat populacja śledzia wydaje mniej potomstwa, a mechanizm jest typowy dla ekosystemów ocieplających się: w cieplejszej wodzie larwy wykluwają się wcześniej, lecz w tym momencie brakuje jeszcze odpowiedniej ilości pokarmu. Powstaje rozjazd czasowy między „terminem” pojawienia się młodych a „terminem” dostępności bazy pokarmowej. W rezultacie larwy giną, co osłabia całą populację. To ważne, bo w ekosystemie morskim pogorszenie stanu jednego elementu (np. gatunku paszowego) może pośrednio pogłębiać trudności innych gatunków. W świetle badań Morze Bałtyckie nagrzewa się szybciej niż Północne i procesy zmian ulegają tu intensyfikacji.
Średnia roczna temperatura morza

Źródło: NDR
Tło klimatyczne tych procesów nie jest abstrakcyjne ani odległe. Według Niemieckiej Służby Meteorologicznej rok 2024 był najgorętszym rokiem w historii pomiarów, a aktualne dane pokazują lokalne skutki zmian klimatu. Ocieplenie warstwy wód powierzchniowych staje się głównym czynnikiem ograniczającym rozwój populacji dorsza – i jest to czynnik bezpośrednio powiązany ze zmianą klimatu. Jednocześnie deficyt tlenu na dnie morskim ma inne, choć sprzężone źródło: nadmiar składników odżywczych. Morze Bałtyckie jest „przenawożone” – eksperci określają to jako eutrofizację. Składniki odżywcze spływają rzekami, m.in. w konsekwencji praktyk rolniczych. Zwiększona podaż biogenów napędza procesy, które finalnie pogarszają natlenienie wód głębszych, a to – w połączeniu z letnim ociepleniem – wzmacnia „ruch kleszczowy” ograniczający przestrzeń życiową dorsza. W takim układzie prognozy dla dorsza pozostają niekorzystne. Nawet jeśli pojedyncza zima okaże się relatywnie mroźna, o losach populacji decydują przede wszystkim letnie temperatury wody, bo to wtedy tworzy się krytyczna konfiguracja – za ciepło u góry i za mało tlenu na dole. Nie widać oznak ochłodzenia Bałtyku w nadchodzących latach – przeciwnie, oczekiwany jest dalszy wzrost temperatur. W perspektywie średnioterminowej (około pięciu do dziesięciu, a nawet piętnastu lat) zakłada się, że populacja dorsza nie odbuduje się. To sformułowanie ma poważne implikacje praktyczne. Rybołówstwo nie może opierać strategii przetrwania na „przeczekaniu” kilku słabszych sezonów, lecz musi przygotować się na długotrwałą zmianę warunków funkcjonowania.
Z tego powodu ciężar rekomendowanych działań przesuwa się z morza na ląd. Poprawa sytuacji ryb w Bałtyku wymaga przede wszystkim ograniczenia dopływu biogenów i redukcji presji klimatycznej, czyli działań, których rybołówstwo nie jest w stanie wykonać samo. Wśród kluczowych kierunków wymienia się: szybkie przejście do „ery poeksploatacyjnej” (rozumiane jako odejście od modelu gospodarki intensywnie eksploatującej zasoby), obniżenie ładunków składników odżywczych dzięki bardziej ukierunkowanemu nawożeniu w rolnictwie oraz odbudowę naturalnych systemów rzecznych wraz z terenami zalewowymi, które mogą przechwytywać i filtrować część dopływających zanieczyszczeń. To podejście wskazuje, że odbudowa zasobów rybnych nie jest wyłącznie kwestią zakazów połowowych, lecz wynika z kondycji całej zlewni i sposobu użytkowania terenów.
Równolegle toczy się dyskusja o tym, jak utrzymać rybołówstwo przybrzeżne – zarówno na Bałtyku, jak i na Morzu Północnym – w warunkach kurczących się zasobów i rosnących wymogów środowiskowych. Wiosną Instytut Thünena powołał w Hamburgu nowe centrum informacyjne, którego celem jest wspieranie sektora w drodze do długoterminowej rentowności oraz ekologicznej zrównoważoności. W praktyce oznacza to poszukiwanie nowych modeli biznesowych, zmian w praktykach połowowych i dywersyfikacji źródeł przychodu. Wielu rybaków prawdopodobnie będzie musiało zarabiać nie tylko na samych połowach, lecz także oferować turystom rejsy morskie albo uczestniczyć w zbieraniu danych na potrzeby nauki. Jest to adaptacja sektora do sytuacji, w której tradycyjny „kręgosłup” ekonomiczny – dorsz – przestał pełnić swoją rolę.
Skutki społeczne widać w skali lokalnej. Jak relacjonuje NDR, w Warnemünde pozostało zaledwie trzech zawodowych rybaków, podczas gdy kiedyś było ich dwunastu. Część osób zakończyła pracę z powodu wieku, ale istotny jest też czynnik ekonomiczny – inni rezygnują, ponieważ połowy przestały się opłacać. Przez dziesięciolecia dorsz był filarem dochodów rybaków bałtyckich, aż do załamania zasobów kilka lat temu, około 2020 roku. Kryzys dorsza jest równocześnie kryzysem przybrzeżnych wspólnot rybackich, a jego rozwiązanie wymaga połączenia polityki klimatycznej, polityki rolnej (biogeny), działań renaturyzacyjnych w zlewniach oraz mądrego wsparcia transformacji gospodarczej samego rybołówstwa.
