Tomasz Augustyn
Państwo jest ważne, ale nie wszechsprawcze. Potrzeba nowego podziału odpowiedzialności za rozwój
Mamy dziś fundamentalny problem z określeniem rzeczywistej sprawczości państwa. W ostatnich latach odrodziło się przekonanie, że państwo ponownie staje się najważniejszym podmiotem organizującym życie zbiorowe, zdolnym do ochrony społeczeństwa, stabilizowania gospodarki i wyznaczania kierunku rozwoju. Pandemia COVID-19, pogorszenie poczucia bezpieczeństwa związane z agresywną polityką Rosji, wojna w Ukrainie, kryzys energetyczny oraz rosnąca niepewność geopolityczna przypomniały, że istnieją zagrożenia, wobec których jednostka, przedsiębiorstwo, organizacja społeczna czy pojedynczy samorząd pozostają zasadniczo bezradne. Wcześniej podobną lekcję przyniósł globalny kryzys finansowy 2008 roku. Polska została nim dotknięta słabiej niż wiele innych państw, ale dla świata był on bolesnym dowodem konsekwencji liberalizacji gospodarczej pozbawionej skutecznych zabezpieczeń, nadzoru i odpowiedzialności systemowej. Kryzys pokazał, że rynek finansowy nie jest mechanizmem samoregulującym się w sposób gwarantujący stabilność społeczną, a skutki prywatnych decyzji mogą być ostatecznie przenoszone na całe społeczeństwa i budżety publiczne. Wszystkie te doświadczenia rzeczywiście przywracają znaczenie państwa. Nie prowadzą jednak automatycznie do wniosku, że państwo może i powinno być głównym animatorem wszystkich procesów społecznych i gospodarczych.
Chłodniejsza analiza wymaga rozróżnienia kilku zupełnie odmiennych rodzajów sprawczości. Państwo jest niezastępowalne tam, gdzie chodzi o bezpieczeństwo, ochronę granic, politykę zagraniczną, stabilność systemu finansowego, bezpieczeństwo energetyczne, przeciwdziałanie epidemiom, tworzenie powszechnych standardów oraz organizowanie odpowiedzi na ryzyka, których nie można podzielić między indywidualnych uczestników rynku. Pandemia była problemem publicznym w ścisłym sensie tego pojęcia. Wirus nie respektował granic własności, dochodów, kompetencji ani administracyjnych podziałów między jednostkami. Odpowiedź wymagała koordynacji informacji, rezerw strategicznych, regulacji przemieszczania się, organizacji systemu ochrony zdrowia, polityki zakupowej i finansowania działań na skalę całego kraju. Podobnie bezpieczeństwo militarne nie może zostać zdecentralizowane ani pozostawione mechanizmom rynkowym. Obrona powietrzna, system dowodzenia, zdolności wywiadowcze, strategiczna infrastruktura, produkcja uzbrojenia i odporność państwa muszą być organizowane w skali krajowej i w ramach sojuszy międzynarodowych. Także regulacja sektora finansowego, rynku kryptowalut, nowych instrumentów inwestycyjnych, monopoli cyfrowych czy obrotu danymi pozostaje domeną publiczną. Rynek nie wyznaczy sam sobie granic ryzyka, jeżeli krótkoterminowy zysk jest osiągany kosztem bezpieczeństwa całego systemu. Potrzebny jest podmiot zdolny narzucić reguły, kontrolować ich przestrzeganie, wymuszać przejrzystość i reagować na zachowania, których konsekwencje przekraczają relację między sprzedawcą a nabywcą. W tych dziedzinach słabe państwo nie oznacza większej wolności, lecz przewagę najsilniejszych podmiotów gospodarczych, większą asymetrię informacji oraz prywatyzację korzyści przy uspołecznieniu strat.
Nie należy jednak przenosić tej logiki bezpośrednio na wszystkie dziedziny rozwoju. To, że państwo jest niezbędne w sytuacji pandemii, wojny albo kryzysu finansowego, nie oznacza, że równie skutecznie potrafi tworzyć przedsiębiorstwa, rozwijać nowe sektory gospodarki, budować innowacyjne modele biznesowe, zarządzać mieszkaniami, kształtować lokalne rynki pracy czy dostosowywać ofertę edukacyjną do szybko zmieniających się potrzeb. Sprawczość suwerenna, regulacyjna i kryzysowa nie jest tym samym co sprawczość rozwojowa. Państwo może być bardzo silne w mobilizacji zasobów wobec zagrożenia, a zarazem słabe w animowaniu długotrwałych, rozproszonych procesów gospodarczych. Może skutecznie wprowadzić zakaz, standard lub obowiązek, ale znacznie trudniej jest mu zainicjować tysiące powiązanych decyzji inwestycyjnych, przedsiębiorczych, technologicznych i społecznych, z których powstaje trwały rozwój.
Problem polega na tym, że polska debata publiczna często nie rozróżnia tych porządków. Powrót znaczenia państwa w dziedzinie bezpieczeństwa bywa interpretowany jako potwierdzenie ogólnej tezy o potrzebie rozbudowy jego bezpośredniej obecności we wszystkich sektorach. Kryzys neoliberalnego przekonania o samoregulacji rynku prowadzi niekiedy do równie uproszczonej wiary w skuteczność administracyjnego sterowania gospodarką. Tymczasem oba skrajne stanowiska są błędne. Rynek bez regulacji może wytwarzać nierówności, kryzysy i monopole, ale państwo pozbawione realistycznej oceny własnych zdolności może generować bezwład, polityzację, złe inwestycje, nadmierne koszty oraz iluzję działania. Kluczowym zadaniem nie jest zatem wybór między państwem a rynkiem, lecz precyzyjne określenie, w których obszarach państwo powinno dominować, gdzie ma regulować, gdzie współdziałać, a gdzie powinno świadomie pozostawić przestrzeń samorządom, przedsiębiorstwom i społeczeństwu.
Pomiędzy domeną bezwzględnej odpowiedzialności państwa a sferą aktywności rynkowej znajduje się rozległa przestrzeń usług publicznych i rozwoju społecznego. Ochrona zdrowia jest jednym z najlepszych przykładów. Państwo musi zapewniać powszechność systemu, określać standardy, regulować zawody medyczne, organizować finansowanie oraz chronić obywateli przed wykluczeniem z dostępu do leczenia. Nie jest jednak w stanie centralnie zaprojektować wszystkich lokalnych i regionalnych sieci usług zdrowotnych w sposób odpowiadający zróżnicowaniu demograficznemu, osadniczemu i epidemiologicznemu kraju. Szpital powiatowy, specjalistyczny ośrodek regionalny, podstawowa opieka zdrowotna, ratownictwo, opieka długoterminowa i rynek usług prywatnych tworzą jeden system, ale działają według różnych logik. Jest to obszar pośredni, w którym odpowiedzialność państwa musi łączyć się z rolą samorządu regionalnego i powiatowego, kompetencjami podmiotów medycznych, aktywnością społeczną oraz określoną dozą mechanizmów rynkowych. Państwo nie załatwi tu wszystkiego nie tylko dlatego, że dysponuje ograniczonymi środkami. Nie zrobi tego także dlatego, że nie posiada wystarczająco szczegółowej wiedzy o lokalnych potrzebach i nie jest w stanie zarządzać z centrum złożonością tysięcy instytucji, zawodów, procedur i indywidualnych przypadków. Musi więc wejść w realny dialog ze społeczeństwem, samorządem i rynkiem. Nie może to być jednak dialog pozorny, w którym państwo zachowuje pełnię kontroli regulacyjnej i finansowej, a odpowiedzialność za skutki przenosi na niższe szczeble. Prawdziwe współzarządzanie wymaga przypisania kompetencji, stabilnych źródeł finansowania i możliwości podejmowania decyzji adekwatnych do skali problemu.
Jeszcze wyraźniej ograniczenia sprawczości państwa ujawniają się w obszarze procesów rozwojowych. W tej dziedzinie maski opadają najszybciej. Polska debata od lat podtrzymuje mit wielkich reform, które rzekomo mogłyby zostać podjęte, gdyby pojawiła się wystarczająca determinacja polityczna, odpowiednia większość parlamentarna lub właściwy lider. W rzeczywistości wiele reform w klasycznym rozumieniu nie jest już możliwych do przeprowadzenia jednym aktem woli. Gospodarka stała się zbyt złożona, rozproszona, umiędzynarodowiona i zależna od technologii, kapitału, sieci dostaw oraz regulacji europejskich, aby mogła zostać trwale przestawiona decyzją centralną. Państwo może zmieniać warunki działania, ale nie może zadekretować innowacyjności, ekspansji eksportowej, przedsiębiorczości ani wysokiej produktywności.
Współczesne państwo dysponuje mniejszą liczbą bezpośrednich instrumentów prorozwojowych, niż sugeruje retoryka polityczna. Może inwestować w infrastrukturę, energetykę, bezpieczeństwo, badania podstawowe, edukację i określone technologie strategiczne. Może również tworzyć zachęty podatkowe, gwarancje, instrumenty kapitałowe i regulacje ułatwiające inwestowanie. Nie posiada jednak zdolności bezpośredniego wywoływania trwałego wzrostu w tysiącach przedsiębiorstw, branż i lokalnych systemów gospodarczych. Nie może zastąpić przedsiębiorców w rozpoznawaniu rynków, budowaniu relacji handlowych, ponoszeniu ryzyka, reorganizacji produkcji i zdobywaniu zagranicznych klientów. Próba uczynienia z administracji głównego animatora tych procesów zwykle prowadzi do formalizmu, ostrożności i selekcji projektów według zdolności spełniania wymogów proceduralnych, a nie według ich rzeczywistego potencjału rynkowego. Być może dla rozwoju gospodarczego lepsze jest państwo skuteczne jako regulator, gwarant i organizator infrastruktury niż państwo aspirujące do roli powszechnego przedsiębiorcy. Nie oznacza to wycofania państwa, lecz zmianę rodzaju jego obecności. Powinno ono tworzyć stabilne i przewidywalne warunki inwestowania, zapewniać bezpieczeństwo prawne, pilnować konkurencji, ograniczać monopole, rozwijać sieci energetyczne i transportowe, wspierać internacjonalizację przedsiębiorstw oraz reagować tam, gdzie skala ryzyka przekracza zdolności sektora prywatnego. Nie powinno natomiast udawać, że decyzja administracyjna zastąpi rynkową wiedzę, przedsiębiorczą energię i zdolność tworzenia nowych produktów. Jako gospodarka i społeczeństwo nie możemy pozostawać zawieszeni na oczekiwaniu, że państwo uruchomi kolejną wielką falę modernizacji. Takie oczekiwanie osłabia samodzielność innych uczestników życia publicznego. Przedsiębiorstwa czekają na program wsparcia, samorządy na kolejne rozdanie funduszy, uczelnie na centralne wytyczne, a organizacje społeczne na granty. Cały system uczy się reagowania na impulsy finansowe płynące z góry zamiast samodzielnego identyfikowania potrzeb, budowania partnerstw i uruchamiania własnych zasobów. W efekcie rozwój zaczyna być utożsamiany z dystrybucją środków publicznych, a nie z trwałą zdolnością społeczeństwa i gospodarki do tworzenia wartości.
Polska gospodarka posiada ogromną, nadal niewykorzystaną przestrzeń ekspansji międzynarodowej. Wiele przedsiębiorstw pozostaje skoncentrowanych na rynku krajowym albo działa jako podwykonawcy zagranicznych grup, bez własnej marki, sieci sprzedaży i zdolności zdobywania bardziej odległych rynków. Ekspansja dokonuje się zbyt wolno w stosunku do potencjału gospodarczego kraju. Państwo może ją wspierać poprzez dyplomację gospodarczą, instrumenty finansowania eksportu, gwarancje, ubezpieczenia, promocję i porozumienia międzynarodowe. Nie może jednak zdobywać klientów w imieniu przedsiębiorstw ani zastąpić ich w budowaniu trwałej obecności za granicą. Ostatecznie to firmy muszą posiadać ambicję, kompetencje, kapitał i gotowość do podjęcia ryzyka. Także gospodarka morska stanowi szczególnie wymowny przykład konieczności uczciwego rozdzielenia ról. Państwo powinno być gwarantem kluczowych inwestycji, operatorem lub właścicielem strategicznej infrastruktury, organizatorem bezpieczeństwa żeglugi, administracji morskiej oraz dostępu do portów. Powinno rozwijać tory wodne, falochrony, połączenia kolejowe, energetyczne i drogowe, a także zapewniać przewidywalność regulacyjną. Nie oznacza to jednak, że w obecnym stanie mentalności i organizacji administracja państwowa będzie skutecznym animatorem produkcji statków, rozwoju żeglugi, usług portowych, technologii offshore czy międzynarodowej ekspansji armatorów. Produkcja i żegluga wymagają elastyczności, specjalistycznej wiedzy rynkowej, zdolności szybkiego podejmowania decyzji, budowania relacji z kontrahentami oraz zarządzania ryzykiem finansowym i technologicznym. Instytucje publiczne działają w innej logice. Są nastawione na zgodność proceduralną, kontrolę, minimalizowanie ryzyka formalnego i odpowiedzialność za środki publiczne. Nie należy oczekiwać, że będą zachowywać się jak przedsiębiorcy. Państwo może uruchomić gwarancje, współfinansować projekty o strategicznym znaczeniu, tworzyć ramy dla działalności armatorskiej i chronić infrastrukturę. Nie powinno jednak zastępować rynku w wyborze statków, kierunków żeglugi, klientów i modeli biznesowych. Gospodarka morska potrzebuje partnerstwa, ale partnerstwa opartego na wyraźnym podziale kompetencji, a nie na przekonaniu, że sektor publiczny potrafi samodzielnie stworzyć rentowny biznes.
Podobna dyskusja powinna zostać przeprowadzona w gospodarce mieszkaniowej. Państwo ma ważną rolę regulacyjną, finansową i społeczną. Powinno określać minimalne standardy, chronić najemców przed nadużyciami, wspierać osoby wykluczone z rynku, tworzyć instrumenty finansowania oraz przeciwdziałać spekulacji i monopolizacji. Nie należy jednak zakładać, że państwo stanie się podstawowym inwestorem zdolnym zaspokoić ogromne i zróżnicowane potrzeby mieszkaniowe kraju. Doświadczenia kolejnych programów pokazują, że centralnie projektowane interwencje często wpływają bardziej na popyt i ceny niż na trwały wzrost podaży mieszkań. Znacznie większą rolę powinien pełnić samorząd, ale niekoniecznie jako masowy deweloper. Jego podstawowym zadaniem jest organizowanie przestrzeni, przygotowywanie terenów, zapewnianie infrastruktury, pilnowanie ładu przestrzennego, prowadzenie polityki gruntowej oraz określanie, gdzie i na jakich warunkach może rozwijać się zabudowa. Samorząd powinien być uczestnikiem rynku tam, gdzie konieczne jest tworzenie mieszkań komunalnych, społecznych i dostępnych dla grup pomijanych przez sektor komercyjny. Jeszcze ważniejsza jest jednak jego rola jako strażnika planów inwestycyjnych i interesu wspólnoty. Rynek mieszkaniowy pozostawiony sam sobie maksymalizuje wartość pojedynczej inwestycji, nie zaś jakość całego miasta. Państwo nie zaprojektuje każdej dzielnicy, ale może stworzyć ramy, w których samorząd otrzyma realne narzędzia do prowadzenia odpowiedzialnej polityki przestrzennej.
Podobne przewartościowanie jest potrzebne w szkolnictwie wyższym. Obecny system podtrzymuje fikcję, że niemal wszystkie uczelnie powinny jednocześnie prowadzić badania naukowe, kształcić na wysokim poziomie, uczestniczyć w międzynarodowej konkurencji i odpowiadać na potrzeby otoczenia gospodarczego. W praktyce potencjał badawczy jest silnie skoncentrowany, a część instytucji prowadzi działalność naukową przede wszystkim dlatego, że wymaga tego system ewaluacji, finansowania i formalnego prestiżu. Utrzymywanie pozoru powszechnej równorzędności prowadzi do rozpraszania środków, nadprodukcji publikacji o ograniczonym znaczeniu i podporządkowania aktywności akademickiej wskaźnikom. Rozważenia wymaga wyraźniejsze oddzielenie grupy uczelni i instytutów prowadzących badania na poziomie międzynarodowym od szkół wyższych koncentrujących się przede wszystkim na wysokiej jakości kształceniu, rozwoju kompetencji zawodowych i obsłudze regionalnych rynków pracy. Nie musi to oznaczać degradacji tych drugich. Przeciwnie, może przywrócić im rzeczywistą funkcję i pozwolić na większą elastyczność programową, współpracę z biznesem oraz szybsze reagowanie na potrzeby regionów. Uczelnia regionalna nie powinna być oceniana wyłącznie według tego, czy imituje duży uniwersytet badawczy, lecz również według zdolności zatrzymywania młodzieży, podnoszenia kwalifikacji, wspierania lokalnych sektorów i tworzenia kompetencji potrzebnych gospodarce. W takim modelu większą rolę mógłby odgrywać samorząd terytorialny. Nie jako podmiot ingerujący w autonomię nauki, lecz jako partner definiujący regionalne potrzeby, współfinansujący strategiczne kierunki kształcenia, rozwijający laboratoria i centra kompetencji oraz łączący uczelnie z przedsiębiorstwami. Państwo powinno koncentrować się na finansowaniu badań podstawowych, infrastruktury naukowej, jakości, mobilności i międzynarodowej konkurencyjności najważniejszych ośrodków. Pozostała część systemu wymaga większego urynkowienia, uelastycznienia i powiązania z regionalnymi systemami gospodarczymi. Utrzymywanie fikcji prowadzenia badań przez wszystkich jest kosztowne i utrudnia koncentrację zasobów tam, gdzie mogą przynieść rzeczywisty rezultat.
W szerszym ujęciu społeczeństwo, gospodarka i państwo muszą na nowo ułożyć wzajemne relacje. Nie ma sensu oczekiwać sprawczości tam, gdzie jej realnie nie ma. Państwo może tworzyć ustawy, programy, agencje i fundusze, ale jego zdolność do bezpośredniego kierowania rozwojem jest ograniczona. Znaczna część przepisów wynika z regulacji europejskich, a możliwości budżetowe ograniczają wydatki już podjęte, rosnące koszty obsługi długu, bezpieczeństwa, świadczeń społecznych, transformacji energetycznej i utrzymania usług publicznych. Coraz większa część aktywności państwa polega nie na uruchamianiu nowych procesów, lecz na finansowaniu konsekwencji wcześniejszych zobowiązań. Nie możemy zatem budować modelu gospodarczego opartego na nieustannym oczekiwaniu na kolejne rozdanie środków europejskich. Fundusze unijne odegrały ogromną rolę w modernizacji infrastruktury, poprawie jakości środowiska, rozwoju przedsiębiorstw i wzmacnianiu samorządów. Zarazem utrwaliły w części instytucji specyficzną kulturę działania, w której projekt rozpoczyna się od konkursu, a nie od strategii. Samorządy, uczelnie, organizacje społeczne i przedsiębiorstwa nauczyły się dopasowywać aktywność do dostępnych osi finansowania. Po zakończeniu jednego programu oczekują na kolejny. Taki model może podtrzymywać inwestycje, ale nie tworzy automatycznie samodzielnej zdolności rozwojowej.
Potrzebne jest także nadanie realnego sensu i dynamiki deregulacji. Deregulacja nie powinna oznaczać rezygnacji z ochrony pracowników, środowiska, konsumentów czy konkurencji. Nie może być również prostym skreślaniem przepisów bez oceny ich funkcji. Powinna polegać na usuwaniu regulacji zbędnych, dublujących się, nieproporcjonalnych albo niedostosowanych do współczesnych technologii i modeli działalności. Jej celem musi być obniżenie kosztu legalnego działania, skrócenie procesów inwestycyjnych, zwiększenie przewidywalności decyzji oraz ograniczenie uznaniowości administracji. Skuteczna deregulacja wymaga państwa kompetentnego, ponieważ tylko silny regulator może odróżnić przepis chroniący interes publiczny od przepisu podtrzymującego administracyjny rytuał. Najważniejszą zmianą powinno być jednak przeniesienie punktu ciężkości części polityki rozwojowej na poziom regionów i aktywizacja regionalnych systemów gospodarczych. Nie oznacza to naruszania spójności państwa ani budowania quasi-federalnych struktur politycznych. Chodzi o uznanie, że rozwój zachodzi w konkretnych układach terytorialnych, w których współdziałają przedsiębiorstwa, miasta, uczelnie, instytucje finansowe, porty, operatorzy infrastruktury, organizacje społeczne i rynek pracy. Zachodniopomorski system gospodarki morskiej, śląski system przemysłowo-energetyczny, dolnośląski system produkcyjno-technologiczny czy podkarpacki sektor lotniczy nie mogą być skutecznie animowane wyłącznie przez administrację centralną. Wymagają instytucji zdolnych rozumieć regionalne powiązania, budować strategie sektorowe, koordynować inwestycje i prowadzić trwały dialog z przedsiębiorstwami.
Regionalizacja polityki rozwojowej nie może jednak polegać na mechanicznym przekazaniu kolejnych zadań samorządom bez środków i instrumentów. Musi oznaczać realne kompetencje w zakresie programowania, finansowania, kształcenia, infrastruktury, promocji gospodarczej i wsparcia innowacji. Region powinien mieć możliwość zawierania wieloletnich kontraktów z państwem, przedsiębiorstwami i uczelniami, określających wspólne inwestycje, odpowiedzialność oraz mierzalne rezultaty. Państwo powinno utrzymywać ramy ogólnokrajowe, dbać o spójność terytorialną, redystrybucję i bezpieczeństwo strategiczne, ale nie musi szczegółowo projektować każdego regionalnego programu. Takie podejście wiąże się oczywiście z ryzykiem pogłębienia różnic między regionami. Silniejsze systemy gospodarcze mogą skuteczniej wykorzystywać nowe kompetencje, podczas gdy słabsze pozostaną zależne od transferów i decyzji centralnych. Dlatego decentralizacja rozwoju musi zostać połączona z mechanizmem solidarności, wsparciem zdolności instytucjonalnej i krajowymi standardami usług. Nie chodzi o pozostawienie każdego regionu samemu sobie, lecz o umożliwienie mu działania adekwatnego do własnych potencjałów i problemów. Spójność państwa nie wymaga jednakowości wszystkich polityk. Wymaga zagwarantowania podstawowych praw i standardów przy jednoczesnym dopuszczeniu różnych dróg rozwoju.
Gospodarka nie może zaczynać się i kończyć na państwie. Tak samo aktywność społeczna, edukacja i ochrona zdrowia nie mogą być wyłącznie rezultatem działań administracji centralnej. Państwo jest obecnie zbyt obciążone, zbyt proceduralne i zbyt słabo wyposażone w wiedzę o lokalnych procesach, aby samodzielnie pełnić rolę powszechnego organizatora rozwoju. Model ekonomiczny oparty na oczekiwaniu, że centrum sfinansuje infrastrukturę, ustali kierunki inwestowania, zapewni mieszkania, zmodernizuje uczelnie, rozwinie przemysł i rozwiąże problemy demograficzne, będzie coraz bardziej niewydolny. Potrzebny jest uczciwy podział ról. Państwo powinno budować i chronić infrastrukturę strategiczną, rozwijać energetykę, zapewniać bezpieczeństwo, tworzyć stabilne prawo i ograniczać obciążenia wynikające z sektorów schyłkowych, takich jak górnictwo. Musi prowadzić transformację tam, gdzie jej skala przekracza możliwości regionów i przedsiębiorstw. W ochronie zdrowia, szkolnictwie wyższym, mieszkalnictwie i polityce społecznej powinno wchodzić w rzeczywisty dialog z samorządem, rynkiem i społeczeństwem, zamiast pozornie zachowywać pełną odpowiedzialność przy rozproszeniu kosztów i skutków. W tych obszarach, w których przedsiębiorstwa i wspólnoty mogą działać samodzielnie, powinno natomiast pozostawić im szerszą przestrzeń, zapewniając przejrzyste reguły, konkurencję i ochronę interesu publicznego.
Nowa relacja z państwem nie może oznaczać jego osłabienia. Przeciwnie, wymaga koncentracji jego zdolności na zadaniach, których nikt inny nie wykona. Państwo wszechobecne, ale nieskuteczne, jest słabsze niż państwo selektywnie aktywne, posiadające jasne priorytety i zdolność ich realizacji. Sprawczość nie polega na liczbie ustaw, programów i instytucji, lecz na zdolności osiągania zamierzonych rezultatów. W wielu dziedzinach państwo powinno więc działać mniej bezpośrednio, ale skuteczniej: tworzyć warunki, ograniczać ryzyka, koordynować wielkie inwestycje i chronić reguły gry. Najważniejszym zadaniem jest odejście od podwójnej iluzji. Pierwszą jest wiara, że rynek sam rozwiąże problemy społeczne, zapewni bezpieczeństwo i zagwarantuje stabilność systemową. Drugą – przekonanie, że państwo może zastąpić przedsiębiorczość, aktywność społeczną, samorządność i regionalną zdolność do rozwoju. Dojrzały model musi opierać się na współzależności. Państwo powinno być silne tam, gdzie wymagana jest wspólna ochrona, redystrybucja, strategiczna infrastruktura i regulacja. Samorząd powinien odpowiadać za organizację przestrzeni, usług i lokalnych systemów rozwoju. Regiony powinny integrować gospodarkę, naukę i inwestycje. Biznes musi przejąć większą odpowiedzialność za innowacje i ekspansję. Społeczeństwo obywatelskie powinno współtworzyć usługi, kontrolować władzę i budować zaufanie.
Nie możemy oczekiwać od państwa sprawczości, której obiektywnie nie posiada, a następnie rozczarowywać się brakiem rezultatów. Musimy precyzyjniej określić, czego państwo ma pilnować, co powinno budować, gdzie ma regulować, a z czego powinno się wycofać. Dopiero taki podział pozwoli ograniczyć zbiorową bierność wynikającą z nieustannego oczekiwania na decyzję centrum. Państwo pozostanie kluczowym gwarantem bezpieczeństwa i ładu, ale rozwój musi powstawać także poza nim: w regionach, miastach, przedsiębiorstwach, uczelniach, organizacjach społecznych i wspólnotach zdolnych do samodzielnego działania. Największą reformą może się więc okazać nie kolejny wielki program państwowy, lecz realistyczne uznanie granic państwowej sprawczości i świadome uruchomienie potencjału tych podmiotów, które dotychczas zbyt często czekały, aż rozwój zostanie im dostarczony z góry.
