Tomasz Augustyn
Nie potrafimy uczciwie opisać własnej sytuacji. Między polityczną narracją, autocenzurą a silosowością instytucji gubimy zdolność do poważnej rozmowy o bezpieczeństwie, gospodarce i przyszłości państwa.
Mamy dziś fundamentalny problem z adekwatnym opisem stanu, w jakim znajduje się państwo. Dyskurs publiczny jest w znacznym stopniu determinowany przez bieżącą narrację polityczną, a ta – z natury rzeczy – operuje uproszczeniem, kalkulacją wizerunkową i językiem, który ma mobilizować elektorat, a nie porządkować rzeczywistość. W efekcie podlegamy swoistej autocenzurze i ograniczeniom wynikającym z poprawności politycznej rozumianej nie jako standard debaty, lecz jako mechanizm unikania tematów trudnych, niepopularnych i strukturalnie skomplikowanych. To uwarunkowanie generuje zakłamania, zanieczyszcza komunikację publiczną i utrudnia zmierzenie się ze skalą wyzwań.
Pierwszy przykład ma znaczenie fundamentalne: pytanie, czy jesteśmy już w stanie wojny? Uczciwa odpowiedź, pozbawiona zastrzeżeń osłabiających jej sens, brzmi: w pewnym sensie TAK. Współcześnie wojny rzadko są formalnie wypowiadane; prowadzi się je wielopoziomowo i wielodomenowo – w sferze militarnej, cybernetycznej, informacyjnej, energetycznej i gospodarczej. Agresja ze strony Rosji wobec Polski i szerzej rozumianego Zachodu przekroczyła w wielu obszarach próg klasycznej wrogości, zbliżając się do sabotażu i działań o charakterze terrorystycznym. Można odnieść wrażenie, że jedynym elementem, który nie został jeszcze spełniony wprost, jest masowa ofiara w ludziach na terytorium państw NATO. Taka diagnoza jest trudna do pogodzenia z utrzymaniem stabilności społecznej i politycznej, ale bez niej nie sposób projektować adekwatnych polityk publicznych – od infrastruktury krytycznej po system zarządzania kryzysowego i obronę cywilną.
Drugim, równie istotnym problemem, jest słabość debaty ekspercko-instytucjonalnej. Treści generowane przez zaplecze analityczne i środowiska naukowe z trudem przebijają się do klasy politycznej, jeszcze słabiej w niej rezonują, a sporadycznie znajdują odzwierciedlenie w dominującym dyskursie publicznym. Państwo traci wiarygodność, ponieważ w niewystarczającym stopniu traktuje obywateli jak partnerów zdolnych do zrozumienia złożoności procesów demograficznych, ekonomicznych, klimatycznych czy geopolitycznych. Z drugiej strony politycy – w percepcji ekspertów – często sami podważają powagę swojej roli, redukując debatę do komunikatów o charakterze doraźnym i emocjonalnym, dostosowanych do logiki mediów społecznościowych. To nie tylko deformuje przekaz, lecz także zubaża jego treść i utrwala powierzchowność decyzji.
Na to nakłada się silosowość państwa. Brakuje realnej koordynacji między sektorami, resortami i poziomami administracji. W warunkach rywalizacji o ograniczone zasoby dominują logiki partykularne, a nie integralność działań. W efekcie trudno mówić o stabilnej, ustrukturyzowanej polityce państwa. Nie jesteśmy w stanie zapewnić społeczeństwu wiarygodnej oferty szpitali powiatowych, ponieważ nie dysponujemy wspólnie uzgodnioną, obiektywizowaną wiedzą o finansowaniu ochrony zdrowia, prognozach demograficznych i realnych potrzebach zdrowotnych. Każda placówka staje się polem gry interesów: władzom lokalnym zależy na jej utrzymaniu, resorty konkurują o środki, rynek sygnalizuje deficyty kadrowe, a demografia podważa sens utrzymywania określonych struktur. Analogiczne napięcia dotyczą szkół, rynku pracy czy infrastruktury transportowej. Ostatecznie mieszkaniec – zainteresowany po prostu dostępem do usług publicznych – staje się ofiarą braku spójności systemu. Szczególnie wyraźnie widać to w obszarach strategicznych, takich jak gospodarka morska. Bez poważnej, opartej na danych rozmowy o jej znaczeniu dla bezpieczeństwa i rozwoju nie jesteśmy w stanie prowadzić odpowiedzialnej debaty o wojnie i odporności państwa. Przy poziomie ambicji i skali zagrożeń, z jakimi się mierzymy, nie wystarczą deklaracje ani okazjonalne formuły polityczne. Dominacja uproszczonego przekazu i deficyt elementarnej wiedzy ekonomicznej w społeczeństwie dodatkowo pogłębiają rozdźwięk między realnymi wyzwaniami a ich publiczną reprezentacją.
Być może poważna rozmowa o wojnie – rozumianej szeroko jako stan permanentnej presji i konfrontacji – jest warunkiem odbudowy debaty publicznej, a w konsekwencji także sprawczości państwa. Z perspektywy regionalnej potrzeba takiej rozmowy jest szczególnie silna, ponieważ to peryferia najczęściej ponoszą koszty niedoboru zasobów i niespójności polityk. Nie chodzi o naiwny program reform, lecz o elementarne zrozumienie mechanizmów: dlaczego określony szpital funkcjonuje albo upada, dlaczego szkoła jest likwidowana, a inwestycja infrastrukturalna odkładana. Bez odbudowy kultury publicznej opartej na rzetelności, przejrzystości i poważnym traktowaniu obywateli trudno oczekiwać trwałej zmiany systemowej.
Nie możemy pozwolić sobie na funkcjonowanie „we mgle” – ani w dużym mieście portowym, ani w gminie położonej w centrum województwa. W świecie rosnącej złożoności coraz więcej ludzi musi rozumieć mechanizmy, które kształtują ich bezpieczeństwo i dobrobyt. Przełamywanie barier informacyjnych i przeciwdziałanie dezinformacji nie jest dodatkiem do polityki państwa; staje się jej rdzeniem. Bez tego pozostaniemy w półcieniu – między wojną, której nie nazywamy, a państwem, którego nie potrafimy opisać.
