Tomasz Augustyn

AfD posiada większy potencjał wyborczy niż koalicyjny. Może być największą partią, ale nadal pozostawać poza rządem.

Sondaż NDR z początku września 2026 roku pokazuje, że wybory do landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego przestały być prostym plebiscytem nad utrzymującą się przewagą AfD i weszły w fazę rzeczywistego pojedynku o pierwsze miejsce. Według badania Infratest dimap AfD może liczyć na 35 proc. poparcia, SPD na 32 proc., Die Linke na 11 proc., CDU na 8 proc., Zieloni na 5 proc., a BSW na 4 proc. W porównaniu z lipcem SPD zyskała trzy punkty procentowe, AfD straciła jeden, a CDU i Die Linke po jednym. Oznacza to, że dystans między AfD i SPD zmniejszył się do trzech punktów, choć inne badania nadal pokazują większą przewagę AfD – sondaż Forsa z 2 września dawał jej 37 proc. wobec 28 proc. dla SPD. Sama różnica między badaniami jest ważna: nie pozwala mówić o pewnym remisie, ale zdecydowanie potwierdza trend polegający na odbudowie pozycji SPD w końcowej fazie kampanii.

Najważniejszą zmianą nie jest jednak sam przepływ kilku punktów procentowych, lecz struktura politycznej konkurencji. Meklemburgia-Pomorze Przednie wchodzi w wybory 20 września jako system faktycznie dwubiegunowy: AfD przeciw SPD, podczas gdy partie, które jeszcze kilka lat temu współtworzyły tradycyjne centrum polityczne landu, znalazły się na dalszym planie. To sytuacja szczególnie dotkliwa dla CDU i jej lidera Daniela Petersa. W sondażu NDR ugrupowanie uzyskuje 8 proc., co oznaczałoby historycznie najgorszy wynik w landzie. Jeszcze dwa lata temu CDU znajdowała się w badaniach w okolicach 20 proc. Obecnie jej strategia pozycjonowania się jako centrowej alternatywy zarówno wobec SPD, jak i AfD nie przynosi widocznego efektu. NDR zwraca uwagę, że kampania Daniela Petersa jako „środka” pomiędzy tymi dwoma biegunami nie znajduje dotąd przełożenia na poparcie. Jest to politycznie ważniejsze niż sama wysoka pozycja AfD. W Meklemburgii-Pomorzu Przednim dokonuje się bowiem erozja klasycznego trójkąta SPD–CDU–Lewica, który przez wiele lat organizował system partyjny landu. SPD pozostaje zdolna mobilizować wyborców dzięki silnej pozycji Manueli Schwesig, AfD zagospodarowuje bardzo dużą część elektoratu protestu i zmiany, Die Linke zachowuje około jednej dziesiątej wyborców, natomiast CDU traci zdolność występowania jako naturalna prawicowo-centrowa alternatywa rządowa. W rezultacie coraz większa część elektoratu niezadowolonego z obecnego układu nie przechodzi do CDU, lecz bezpośrednio do AfD.

To odróżnia sytuację Meklemburgii-Pomorza Przedniego od tradycyjnego mechanizmu zmiany władzy w niemieckich landach. W klasycznym modelu niezadowolenie z SPD wzmacniałoby CDU i odwrotnie. Obecnie mechanizm alternacji został częściowo przerwany. AfD stała się głównym beneficjentem niezadowolenia, a CDU coraz bardziej walczy nie o zwycięstwo, lecz o zachowanie funkcji niezbędnego partnera koalicyjnego. Daniel Peters odpowiada na sondaże właśnie poprzez próbę przedstawienia CDU jako jedynej siły zdolnej zatrzymać zarówno rząd SPD–Lewica–Zieloni, jak i przejęcie władzy przez AfD.

Jednocześnie wzrost SPD w ostatnich tygodniach pokazuje, że Manuela Schwesig skutecznie spersonalizowała wybory. Jej kampania coraz mniej przypomina klasyczną rywalizację programów partyjnych, a coraz bardziej plebiscyt: Schwesig albo AfD. Sama premier konsekwentnie przedstawia wybory jako bezpośrednią decyzję dotyczącą tego, kto będzie kierował landem. Politycznie jest to racjonalne, ponieważ jej osobista pozycja pozostaje znacznie silniejsza niż ogólna ocena koalicji. W badaniu NDR 57 proc. respondentów deklarowało zadowolenie z pracy Schwesig, podczas gdy z działalności całego rządu SPD–Die Linke zadowolonych było 49 proc. Wyborca może więc krytycznie oceniać funkcjonowanie władz landu, a jednocześnie nadal preferować dotychczasową premier. To klasyczny przypadek premii urzędującego szefa rządu, ale w obecnej sytuacji ma on większe znaczenie. Schwesig próbuje oddzielić siebie od zmęczenia polityką własnego obozu. SPD uzyskała w wyborach 2021 roku 39,6 proc. Obecne 32 proc. nadal oznaczałoby więc wyraźny spadek. Jeżeli jednak partia rzeczywiście zbliży się do AfD, politycznie zostanie to przedstawione jako sukces, ponieważ jeszcze kilka miesięcy temu perspektywa zdecydowanego zwycięstwa AfD wyglądała znacznie bardziej prawdopodobnie. W maju NDR oceniał szanse AfD na 36 proc. i SPD na 27 proc.; w lipcu było to odpowiednio 36 i 29 proc.; obecnie 35 i 32 proc. Trend w badaniach tego samego instytutu jest więc czytelny.

Nie oznacza to jednak osłabienia AfD jako zjawiska strukturalnego. Nawet wynik 35 proc. oznaczałby ponad dwukrotne zwiększenie udziału głosów w stosunku do wyborów 2021 roku, kiedy AfD otrzymała 16,7 proc. To zasadniczy punkt tej sytuacji. Możliwe zwycięstwo SPD nie oznaczałoby powrotu do dawnej normalności politycznej. Oznaczałoby jedynie, że przy bardzo dużym wzroście AfD tradycyjny obóz rządzący zdołałby zbudować wystarczająco szeroką koalicję defensywną, by utrzymać władzę. AfD natomiast ma powody, aby reagować spokojnie. Leif-Erik Holm wskazuje na różnice pomiędzy sondażami i utrzymuje, że partia jest na dobrej drodze do zwycięstwa. Jest to strategia racjonalna również dlatego, że AfD nie musi już przekonywać opinii publicznej, że jest realnym graczem. Ten etap ma za sobą. Jej problemem jest raczej przełożenie pozycji pierwszej partii na zdolność sprawowania władzy. Tutaj sondaż ujawnia zasadniczą asymetrię: 35 proc. wyborców deklaruje poparcie dla AfD, ale tylko 31 proc. chciałoby rządu kierowanego przez tę partię. Jednocześnie 56 proc. respondentów preferuje kontynuowanie rządów kierowanych przez SPD.

To oznacza, że AfD posiada większy potencjał wyborczy niż koalicyjny. Może być największą partią, ale nadal pozostawać poza rządem. Z punktu widzenia logiki systemu politycznego jest to jednak sytuacja coraz trudniejsza do utrzymywania w długim okresie. Jeżeli ugrupowanie zdobywa jedną trzecią głosów i systematycznie zostaje wyłączone z możliwości tworzenia rządu, wszystkie pozostałe partie muszą organizować koalicje przede wszystkim po to, aby je izolować. Wtedy AfD zaczyna wpływać na strukturę rządzenia nawet bez uczestnictwa w rządzie. Właśnie dlatego sondaże i prognozę dla nadchodzących wyborów należy analizować nie tylko poprzez pytanie, kto zostanie premierem, ale także poprzez koszt koalicyjny izolowania AfD. Według sondażu NDR obecna koalicja SPD–Die Linke straciłaby większość, ale możliwe byłoby utworzenie koalicji SPD–Die Linke–Zieloni. Nie jest to przy tym układ szczególnie komfortowy. Zieloni balansują dokładnie na progu wyborczym 5 proc. BSW może liczyć na poparcie w wysokości 4 proc. i może zarówno wejść do landtagu, jak i pozostać poza nim. Zmiana jednego lub dwóch punktów procentowych może więc radykalnie zmienić arytmetykę mandatową. To sprawia, że próg pięcioprocentowy jest niemal równie ważny jak rywalizacja SPD–AfD. Jeżeli Zieloni wejdą do landtagu, a BSW nie, szanse na większość SPD–Die Linke–Zieloni wyraźnie rosną. Jeżeli Zieloni wypadną albo BSW przekroczy próg, układ mandatów może się zmienić na tyle, że CDU stanie się niezbędnym partnerem. Jeden z sondaży w ostatnich dniach pokazywał właśnie taki scenariusz: przy AfD 37 proc., SPD 28, Die Linke 11 i Zielonych na granicy 5 proc. większość czerwono-czerwono-zielona nie była zapewniona, a CDU mogła znaleźć się w pozycji języczka u wagi.

W tym kontekście reakcje mniejszych partii po badaniu NDR należy traktować jako element walki o narrację koalicyjną. Simone Oldenburg z Die Linke podkreśla, że nie ma znaczenia, kto zajmie pierwsze miejsce, lecz kto będzie posiadał większość parlamentarną. Claudia Müller z Zielonych idzie jeszcze dalej, przedstawiając układ SPD–Die Linke–Zieloni jako możliwą demokratyczną większość. Obie partie próbują więc przesunąć kampanię z pytania „SPD czy AfD?” na pytanie „jaka większość może powstać po wyborach?”. Jest to szczególnie istotne dla Zielonych, ponieważ personalizacja wyborów wokół Schwesig i AfD może prowadzić do strategicznego odpływu wyborców z mniejszych ugrupowań w stronę SPD. Dla CDU jest to sytuacja paradoksalna. Z punktu widzenia arytmetyki powyborczej partia może okazać się bardzo potrzebna, ale z punktu widzenia wyborczego grozi jej marginalizacja. Im skuteczniej Schwesig przekonuje, że jedynym sposobem powstrzymania AfD jest głos na SPD, tym trudniej CDU odzyskać wyborców centroprawicowych. Z kolei próba przesunięcia się w kierunku bardziej zdecydowanie konserwatywnym zwiększa ryzyko rywalizacji z AfD na jej własnym polu. Jest to problem nie tylko landowej CDU, lecz szerzej niemieckiej chadecji na wschodzie kraju.

Bardzo ważna jest przy tym struktura problemów wskazywanych przez wyborców. Najważniejszym problemem Meklemburgii-Pomorza Przedniego nie jest według najnowszego MV-Trend migracja, lecz edukacja i szkoły. Kolejne miejsca zajmują gospodarka i migracja, a rośnie znaczenie pracy i bezrobocia. NDR zwraca uwagę, że w ostatnim roku szkolnym około 350 tys. godzin lekcyjnych w landzie wypadło bez zastępstwa, a 13,5 proc. zajęć nie odbyło się zgodnie z planem, m.in. z powodu niedoboru nauczycieli i absencji chorobowej. To istotnie komplikuje popularną interpretację wzrostu AfD jako wyłącznie efektu migracji albo ogólnoniemieckiej wojny kulturowej. Meklemburgia-Pomorze Przednie jest regionem, w którym polityczny bunt nakłada się na problemy funkcjonalności państwa i usług publicznych. Szkoła, dostępność pracy, infrastruktura, zdrowie, komunikacja publiczna i zdolność administracji do utrzymywania standardu życia w słabo zaludnionej przestrzeni stają się elementami oceny systemu politycznego. AfD potrafi kapitalizować poczucie, że istniejący system nie działa tak, jak powinien, nawet jeśli konkretne źródło niezadowolenia nie ma bezpośredniego związku z jej głównymi tematami programowymi. Właśnie tutaj należy szukać głębszego znaczenia wyborów. Meklemburgia-Pomorze Przednie nie jest wyłącznie „wschodnim landem głosującym na AfD”. Jest regionem o specyficznej geografii społecznej: stosunkowo słabo zaludnionym, z licznymi małymi miejscowościami, ograniczoną liczbą dużych centrów miejskich i wieloma obszarami oddalonymi od silnych rynków pracy. W takim układzie jakość państwa jest odczuwana nie poprzez abstrakcyjne wskaźniki PKB, lecz poprzez fizyczną dostępność instytucji i usług. Zamknięta szkoła, odległy lekarz, brak połączenia autobusowego albo konieczność dojazdu kilkudziesięciu kilometrów do określonej usługi są jednocześnie doświadczeniem przestrzennym i politycznym.

Stąd uzasadnione jest sformułowanie ogólniejszej tezy: populizm w regionach peryferyjnych może być w znacznej mierze politycznym skutkiem utraty gęstości instytucjonalnej. Nie chodzi wyłącznie o dochód. Region może nie znajdować się w gospodarczym załamaniu, a mimo to jego mieszkańcy mogą doświadczać stopniowego wycofywania się usług, infrastruktury i możliwości. Jeśli do tego dochodzi demograficzne starzenie się, odpływ młodszych mieszkańców i poczucie słabszego uczestnictwa w głównych procesach rozwojowych kraju, powstaje podatne środowisko dla partii oferujących nie tyle konkretną politykę sektorową, ile radykalną zmianę całego układu.

Meklemburgia-Pomorze Przednie ma jednak również nową gospodarkę: energetykę odnawialną, porty, gospodarkę morską, turystykę, rolnictwo, logistykę i nowe inwestycje przemysłowe. NDR wymienia właśnie turystykę, przemysł rolno-spożywczy, odnawialne źródła energii, logistykę i gospodarkę morską jako kluczowe pola debaty gospodarczej przed wyborami. Problem polega na tym, że transformacja struktury gospodarczej nie musi automatycznie prowadzić do poczucia uczestnictwa w rozwoju. Wiatrak może znajdować się w gminie, port może przeładowywać więcej, a infrastruktura energetyczna rosnąć, lecz mieszkaniec będzie oceniał zmianę przez pryzmat własnego zatrudnienia, dochodu, ceny energii i dostępności usług. To czyni land szczególnie interesującym także z perspektywy Pomorza Zachodniego. Po obu stronach granicy występują podobne procesy przestrzenne: silniejsze ośrodki miejskie i turystyczne, rozległe obszary o niższej gęstości zaludnienia, starzenie się ludności, sezonowość części gospodarki, rosnąca rola energetyki odnawialnej i gospodarki morskiej oraz problemy z utrzymaniem sieci usług publicznych poza największymi centrami. Polityczne odpowiedzi są oczywiście odmienne, ale mechanizm terytorialny jest wart obserwacji również z polskiej perspektywy. Wysoki poziom inwestycji infrastrukturalnych nie gwarantuje trwałego poczucia rozwoju, jeżeli nie jest połączony z dostępnością pracy, usług i przekonaniem, że mieszkańcy posiadają udział w korzyściach transformacji.

Najbliższe dwa tygodnie mogą więc przynieść trzy odmienne rozstrzygnięcia. Pierwsze to zwycięstwo AfD przy jednoczesnym pozostawieniu jej poza rządem i utworzeniu koalicji SPD–Die Linke–Zieloni albo innego układu bez AfD. Drugie – odzyskanie przez SPD pierwszego miejsca i zachowanie premierostwa przez Schwesig, co zostałoby przedstawione jako udane zatrzymanie fali AfD. Trzecie, mniej spektakularne, ale politycznie bardzo ważne, to układ, w którym wynik Zielonych, BSW i CDU uniemożliwi prostą większość czerwono-czerwono-zieloną i wymusi bardziej złożoną koalicję. Obecne różnice między sondażami nie pozwalają rozstrzygnąć, który wariant jest najbardziej prawdopodobny. Najważniejszy wniosek jest jednak niezależny od tego, kto ostatecznie zajmie pierwsze miejsce. System polityczny Meklemburgii-Pomorza Przedniego został już głęboko przebudowany. AfD przestała być dużą partią protestu i stała się jednym z dwóch dominujących biegunów systemu. SPD utrzymuje zdolność do przeciwstawienia jej silnego lidera regionalnego. CDU została wypchnięta z tradycyjnej roli alternatywnej partii rządowej, a Die Linke i Zieloni coraz bardziej pełnią rolę składników koalicyjnej większości organizowanej wokół SPD. Możliwe utrzymanie władzy przez Manuelę Schwesig nie powinno zatem zostać odczytane jako przywrócenie stabilności sprzed kilku lat. Byłaby to raczej stabilizacja na zupełnie nowych warunkach: z AfD posiadającą około jednej trzeciej wyborców, CDU na historycznie niskim poziomie i rządem tworzonym dzięki koncentracji pozostałych partii wokół jednej dominującej siły. Jeżeli taki model utrwali się również w innych landach wschodnich, zasadniczym problemem niemieckiej polityki nie będzie już samo pytanie, dlaczego AfD rośnie. Będzie nim pytanie, jak długo można budować stabilne rządy w systemie, w którym jedna trzecia wyborców popiera partię pozostającą praktycznie poza zdolnością koalicyjną.

Wybory 20 września mogą być ważniejsze niż kolejny regionalny test nastrojów. Mogą pokazać, czy polityka wschodnich Niemiec stabilizuje się w modelu dwóch nierównych bloków – silnej AfD i szerokiego obozu anty-AfD organizowanego wokół najsilniejszej lokalnie partii, czy też tradycyjne centrum, przede wszystkim CDU, zachowa zdolność odbudowania własnej przestrzeni politycznej. Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej niż obsada urzędu premiera w Schwerinie.