Tomasz Augustyn
Nie tylko możemy, ale wręcz musimy – jako społeczeństwo i milcząca większość – odzyskać wpływ nie tyle na politykę, co na pojęcia i koncepcje, wokół których jest definiowana.
Partie polityczne nie są bytami statycznymi. Podlegają ewolucji sprzężonej ze zmianami gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi, których doświadcza dane społeczeństwo. Zmieniają się struktury zatrudnienia, wzory życia rodzinnego, hierarchie prestiżu, modele komunikacji, a wraz z nimi przekształcają się także polityczne tożsamości. Historia współczesnych demokracji pokazuje, że ugrupowania polityczne bardzo rzadko pozostają wierne swoim dawnym bazom społecznym. Częściej dostosowują się do nowych grup wyborców, nowych konfliktów i nowych języków opisu rzeczywistości.
Klasycznym przykładem są Stany Zjednoczone. Jeszcze do połowy XX wieku Partia Demokratyczna była pierwszym wyborem wyborców amerykańskiego Południa. W dużej mierze odpowiadała za interesy konserwatywnego społeczeństwa południowych stanów, a jej lokalne struktury stanowiły fundament tamtejszego życia politycznego. Sytuację zmieniły jednak głębokie przemiany lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Poparcie demokratów dla ruchu praw obywatelskich oraz wzrost politycznej reprezentacji Afroamerykanów doprowadziły do trwałego przekształcenia układu politycznego. W efekcie znaczna część białych wyborców Południa stopniowo przeniosła swoje poparcie na Partię Republikańską. Proces ten nie był jedynie zmianą preferencji wyborczych. Oznaczał przebudowę całego społecznego zaplecza obu partii. Podobna transformacja dotyczyła relacji demokratów z amerykańską klasą pracującą. Przez dziesięciolecia byli oni naturalnym reprezentantem robotników zatrudnionych w przemyśle ciężkim, produkcji i sektorach wytwórczych. Jednak wraz z deindustrializacją, przenoszeniem produkcji za granicę oraz postępującą finansyzacją gospodarki coraz większe znaczenie zaczęły odgrywać środowiska wielkomiejskie, wysoko wykształcone i związane z gospodarką opartą na wiedzy. Demokratyczna wizja świata stawała się coraz bliższa mieszkańcom wybrzeży, metropolii, uniwersytetów i sektorów kreatywnych. Jednocześnie część dawnego elektoratu robotniczego zaczęła postrzegać tę partię jako coraz bardziej odległą od własnych doświadczeń. Zwrot populistyczny związany z fenomenem Donald Trump jedynie przyspieszył ten proces. Republikanie przejęli znaczną część wyborców definiujących swoją pozycję przez pracę, lokalną wspólnotę i tradycyjne normy społeczne, podczas gdy demokraci zaczęli być utożsamiani przede wszystkim z liberalnymi elitami wielkich miast.
Analogiczne procesy można zaobserwować w Europie Zachodniej. W Wielkiej Brytanii Labour Party przez dekady stanowiła polityczną reprezentację przemysłowej klasy robotniczej. Transformacja gospodarki, upadek tradycyjnych okręgów przemysłowych i wzrost znaczenia sektora usług doprowadziły jednak do przesunięcia punktu ciężkości partii. Szczególnie widoczne stało się to w okresie tzw. „Nowej Partii Pracy” pod przywództwem Tony’ego Blaira. Ugrupowanie zaczęło silniej odwoływać się do aspiracji klasy średniej, mieszkańców metropolii i środowisk kosmopolitycznych. Efektem był narastający dystans między partią a częścią tradycyjnych wyborców z północnej Anglii, Walii czy regionów poprzemysłowych, czego jednym z przejawów stały się wyniki referendum brexitowego. W Niemczech SPD również przechodziła stopniową przemianę. Reformy rynku pracy z początku XXI wieku, związane z agendą kanclerza Gerharda Schrödera, przyczyniły się do modernizacji gospodarki, ale jednocześnie osłabiły identyfikację części robotniczego elektoratu z socjaldemokracją. W kolejnych latach znaczenia nabrały kwestie klimatyczne, migracyjne i kulturowe, co otworzyło przestrzeń zarówno dla wzrostu znaczenia Zielonych, jak i dla partii odwołujących się do poczucia marginalizacji regionów poza głównymi ośrodkami rozwoju. We Francji tradycyjny podział na lewicę i prawicę został w dużej mierze zastąpiony konfliktem między metropoliami a peryferiami. Spektakularny sukces Emmanuela Macrona opierał się na mobilizacji wyborców wielkomiejskich, dobrze wykształconych i korzystających z procesów globalizacji. Jednocześnie w mniejszych miastach, na obszarach wiejskich i w regionach oddalonych od głównych centrów wzrostu narastało poczucie wykluczenia. Protesty ruchu Gilets jaunes były wyrazem nie tylko sprzeciwu wobec konkretnych decyzji fiskalnych, ale także symbolicznym buntem przeciwko polityce postrzeganej jako projekt tworzony przez elity dla elit.
Polska posiada krótszą historię stabilnego systemu partyjnego, lecz podlega podobnym mechanizmom. Szczególnie interesująca jest ewolucja polskiej lewicy. Ugrupowania wywodzące się z tradycji socjalnej i pracowniczej stopniowo przesuwały punkt ciężkości z kwestii ekonomicznych na zagadnienia światopoglądowe, tożsamościowe i kulturowe. Tymczasem znaczna część ich historycznego elektoratu pozostawała społecznie konserwatywna. Powstała w ten sposób luka polityczna została wykorzystana przez ugrupowania prawicowe, które przejęły język polityki społecznej, redystrybucji i ochrony słabszych grup społecznych. Co istotne, był to proces paradoksalny. Polska prawica przez znaczną część lat dziewięćdziesiątych identyfikowała się z programem liberalizacji gospodarczej i wolnego rynku. W kolejnych dekadach dokonała jednak głębokiej korekty kursu, przejmując znaczną część postulatów socjalnych, które wcześniej stanowiły domenę lewicy. Oznaczało to nie tylko zmianę programową, ale również redefinicję społecznego zaplecza. W efekcie konserwatyzm kulturowy zaczął łączyć się z oczekiwaniem aktywnej roli państwa w polityce społecznej i rozwojowej.
Zjawiska te pokazują, że decyzje polityczne nie są wyłącznie rezultatem chłodnych analiz potencjałów gospodarczych czy kalkulacji efektywności. Są one zakorzenione w określonych wizjach ładu społecznego, porządku kulturowego i poczucia przynależności. Ludzie głosują nie tylko na programy gospodarcze, lecz również na opowieści o tym, kim są i jaką wspólnotę chcą tworzyć. W tym kontekście szczególnie istotny staje się problem peryferyjności. W debacie publicznej często zakłada się, że głównym podmiotem zmian są metropolie. To tam koncentrują się kapitał, media, uczelnie, instytucje kultury i centra decyzyjne. Jednak społeczeństwo nie składa się wyłącznie z mieszkańców wielkich miast. Istnieje także ogromna, często niedostrzegana grupa obywateli żyjących poza głównymi osiami rozwoju. To mieszkańcy małych i średnich miast, obszarów wiejskich, regionów oddalonych od centrów politycznych i gospodarczych. Właśnie oni tworzą to, co można nazwać współczesną „milczącą większością”. Peryferyjność nie oznacza wyłącznie położenia geograficznego. Może mieć charakter ekonomiczny, instytucjonalny, komunikacyjny, a nawet kulturowy. Pojawia się wtedy, gdy mieszkańcy danego obszaru odnoszą wrażenie, że najważniejsze decyzje dotyczące ich życia zapadają gdzie indziej i bez ich udziału. Rodzi się poczucie wyobcowania wobec elit politycznych, ekspertów czy liderów opinii. Nie oznacza to jednak całkowitej bezradności. Historia współczesnych demokracji pokazuje, że grupy uznawane za marginalne wielokrotnie potrafiły odzyskać polityczną podmiotowość i zmieniać kierunki rozwoju całych państw.
Polska znajduje się dziś w szczególnym momencie transformacyjnym, w którym nakładają się na siebie trzy równoległe procesy: dojrzewanie systemu demokratycznego, pogłębianie się nierówności terytorialnych oraz restrukturyzacja społecznych baz głównych nurtów politycznych. W tym kontekście coraz wyraźniej widoczna staje się zmiana semantyki dwóch kluczowych pojęć życia publicznego: liberalizmu i konserwatyzmu. Nie są one już wyłącznie kategoriami ideologicznymi w klasycznym sensie, lecz coraz częściej stają się skrótami opisującymi odmienne doświadczenia przestrzenne i odmienne trajektorie modernizacyjne.
Liberalizm w warunkach polskich coraz silniej wiąże się z logiką metropolizacji. Oznacza to nie tylko koncentrację kapitału finansowego, instytucji edukacyjnych i kulturowych w największych ośrodkach miejskich, lecz także uprzywilejowanie tych form życia społecznego, które są kompatybilne z gospodarką globalną. W praktyce oznacza to rosnące znaczenie sektorów wysokich kompetencji, usług zaawansowanych, ekonomii wiedzy oraz mobilności zawodowej i geograficznej. W tym sensie liberalizm zaczyna być utożsamiany z „infrastrukturą sukcesu” nowoczesnych metropolii: Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy Poznania, ale także z globalnymi sieciami przepływu kapitału, informacji i ludzi. W konsekwencji jego język coraz częściej opisuje świat „wygrywających transformację”, dla których zmiana jest zasobem, a nie zagrożeniem. Konserwatyzm natomiast ulega istotnej redefinicji, która nie sprowadza się do prostego odwrócenia ról ideologicznych. Jego współczesna forma w coraz większym stopniu splata się z oczekiwaniami dotyczącymi ochrony społecznej, stabilności instytucjonalnej oraz redystrybucji. Oznacza to przesunięcie akcentów z czysto obyczajowego i kulturowego wymiaru konserwatyzmu w stronę jego funkcji socjalnej i wspólnotowej. W praktyce konserwatyzm staje się językiem obrony lokalnych społeczności, średnich i małych miast, a także grup, które nie uczestniczą w pełni w korzyściach wynikających z globalizacji i koncentracji wzrostu w metropoliach. W ten sposób tradycyjna oś lewica–prawica zostaje częściowo zastąpiona przez oś centrum–peryferia, gdzie kluczową kategorią nie jest już wyłącznie stosunek do państwa, lecz pozycja wobec przestrzennej struktury rozwoju.
Ten układ nie jest jednak stabilny ani normatywnie domknięty. Przeciwnie, zawiera w sobie istotne napięcia i sprzeczności. Liberalizm, który wiąże się z metropolizacją, generuje jednocześnie zjawisko marginalizacji obszarów poza głównymi ośrodkami wzrostu. Konserwatyzm, który przejmuje funkcję ochrony społecznej, często nie dysponuje narzędziami instytucjonalnymi ani kapitałem kompetencyjnym, aby skutecznie zarządzać złożonymi procesami modernizacji. W efekcie żaden z tych modeli nie stanowi pełnej odpowiedzi na wyzwania współczesności, ponieważ każdy z nich obejmuje tylko fragment rzeczywistości społecznej, jednocześnie pomijając jej inne istotne wymiary. Z tego powodu Polska nie jest skazana ani na utrwalenie antagonizmu między metropoliami a prowincją, ani na cykliczne powroty populizmu, który kanalizuje napięcia wynikające z poczucia wykluczenia, ani też na technokratyczne modele zarządzania, w których decyzje publiczne są podejmowane w dużej mierze poza przestrzenią rzeczywistej deliberacji społecznej. Każdy z tych scenariuszy jest w istocie odpowiedzią cząstkową, która redukuje złożoność rzeczywistości do jednego wymiaru: ekonomicznego, kulturowego lub administracyjnego.
Warunkiem przezwyciężenia tych ograniczeń jest pojawienie się nowych konfiguracji ideowych, zdolnych do integracji dwóch pozornie sprzecznych logik: logiki efektywności gospodarczej oraz logiki podmiotowości społecznej i terytorialnej. Oznacza to konieczność wypracowania modeli politycznych, które nie traktują rozwoju wyłącznie jako procesu koncentracji zasobów, lecz jako zrównoważoną dystrybucję możliwości w przestrzeni społecznej i geograficznej. W takim ujęciu rozwój nie jest jedynie funkcją wzrostu PKB czy konkurencyjności międzynarodowej, lecz także zdolnością do utrzymania spójności społecznej i integracji terytorialnej. Kluczową rolę w tym procesie odgrywa fakt, że najważniejsze przemiany polityczne rzadko są wyłącznie rezultatem reform instytucjonalnych. Znacznie częściej zaczynają się od subtelnych, lecz głębokich przekształceń w strukturze wyobrażeń społecznych: tego, jak definiuje się sprawiedliwość, rozwój, uczestnictwo czy reprezentację. To właśnie redefinicja społecznych koalicji – czyli tego, które grupy społeczne są uznawane za naturalnych sojuszników danych projektów politycznych – ma często większe znaczenie niż zmiany legislacyjne.
Równolegle dochodzi do przeformułowania języka polityki. Kategorie takie jak „modernizacja”, „efektywność”, „solidarność” czy „równość szans” przestają być neutralnymi pojęciami technicznymi, a stają się elementami rywalizujących narracji o tym, kto ma prawo definiować kierunek rozwoju państwa. W tym sensie polityka nie jest jedynie zarządzaniem instytucjami, lecz także walką o strukturę znaczeń, w których te instytucje funkcjonują. Istotnym elementem tego procesu jest również przebudowa profili ideowych istniejących partii politycznych. Współczesne ugrupowania rzadko pozostają wierne swoim pierwotnym programom. Częściej adaptują się do zmian społecznych, przejmując nowe segmenty elektoratu i redefiniując własną tożsamość. Te „operacje na bazach społecznych” – czyli przesunięcia w kierunku nowych grup wyborców oraz zmiany w hierarchii tematów programowych – stają się jednym z najważniejszych narzędzi realnej zmiany politycznej. To one decydują o tym, które doświadczenia społeczne zostaną uznane za reprezentowane, a które pozostaną poza głównym nurtem debaty publicznej.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera sytuacja mieszkańców szeroko rozumianej prowincji. Nie jest to grupa jednorodna, lecz obejmuje zarówno mieszkańców małych i średnich miast, jak i obszarów wiejskich oraz regionów o niższej dynamice rozwoju gospodarczego. Łączy ich jednak doświadczenie relatywnej peryferyjności wobec głównych centrów decyzyjnych i narracyjnych. Oznacza to nie tylko mniejszy dostęp do instytucji i zasobów, lecz także ograniczony wpływ na definiowanie tego, co uznaje się za „główny nurt” polityki i kultury. Dla tej części społeczeństwa kluczowe znaczenie ma możliwość realnej reprezentacji, rozumianej nie jako symboliczne uwzględnienie w dyskursie publicznym, lecz jako zdolność wpływania na kierunki decyzji dotyczących ich codziennego życia. Oczekują oni polityki, która nie redukuje ich do roli odbiorców transferów lub biernych beneficjentów decyzji podejmowanych w metropoliach, lecz traktuje ich jako współtwórców procesów rozwojowych. Zasadniczym wyzwaniem dla polskiej demokracji nie jest zatem wyłącznie kwestia tempa wzrostu gospodarczego czy efektywności instytucji, lecz zdolność do integracji różnych przestrzennych i społecznych doświadczeń modernizacji. Bez tego ryzyko dalszej fragmentaryzacji społecznej – zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i symbolicznym – będzie się utrzymywać, generując kolejne napięcia polityczne i wzmacniając podatność systemu na impulsy populistyczne lub technokratyczne uproszczenia. Ostatecznie chodzi więc nie o wybór między liberalizmem a konserwatyzmem w ich obecnych formach, lecz o stworzenie nowej architektury politycznej, która potrafi przekroczyć ograniczenia obu tych perspektyw, integrując je w bardziej złożony i wielowymiarowy model rozwoju społecznego.
Najważniejszy wniosek płynący z doświadczeń ostatnich dekad jest bowiem następujący: konflikt polityczny coraz rzadziej przebiega między klasami społecznymi w klasycznym rozumieniu, a coraz częściej między centrum i peryferiami, między grupami korzystającymi z dominujących procesów modernizacyjnych a tymi, które pozostają poza głównym nurtem przemian. To właśnie peryferia – a nie medialnie widoczne elity – stają się reprezentantem milczącej większości. Jeżeli ich głos nie zostanie uwzględniony, będzie powracał w formie kolejnych politycznych buntów. Jeżeli natomiast zostanie włączony do głównego nurtu debaty, może stać się fundamentem bardziej zrównoważonego modelu rozwoju i bardziej dojrzałej demokracji. Szczególnie użyteczna dla zrozumienia tego rodzaju napięć politycznych jest koncepcja brytyjskiego publicysty i pisarza David Goodhart, przedstawiona między innymi w książce The Road to Somewhere. Autor proponuje odejście od tradycyjnego postrzegania konfliktów politycznych wyłącznie przez pryzmat klas społecznych czy poziomu dochodów. Jego zdaniem coraz większe znaczenie ma podział pomiędzy grupami określanymi jako „Somewheres” („ludzie skądś”) i „Anywheres” („ludzie zewsząd”). „Somewheres” to osoby, których tożsamość silnie związana jest z miejscem zamieszkania, lokalną wspólnotą, rodziną i zakorzenieniem kulturowym. Zazwyczaj żyją poza głównymi metropoliami, rzadziej zmieniają miejsce zamieszkania i większą wagę przywiązują do ciągłości społecznej niż do indywidualnej mobilności. Nie oznacza to niechęci do zmian jako takich, lecz przekonanie, że powinny one następować w sposób uwzględniający istniejące wspólnoty, lokalne interesy oraz kulturowe dziedzictwo. „Anywheres” reprezentują natomiast środowiska wysoko wykształcone, mobilne i dobrze odnajdujące się w warunkach globalizacji. Ich pozycja społeczna wynika przede wszystkim z kompetencji, wykształcenia i zdolności funkcjonowania w ponadlokalnych sieciach gospodarczych, akademickich czy kulturowych. Tożsamość budują mniej wokół miejsca pochodzenia, a bardziej wokół indywidualnych doświadczeń, osiągnięć oraz uczestnictwa w globalnym obiegu idei. Naturalnym środowiskiem tej grupy są duże ośrodki metropolitalne, w których koncentracja kapitału, wiedzy i możliwości zawodowych tworzy warunki do dalszej mobilności.
Istotą tej koncepcji nie jest przeciwstawienie prowincji miastu ani konserwatyzmu liberalizmowi. Goodhart zwraca uwagę, że współczesne społeczeństwa coraz częściej organizują się wokół dwóch odmiennych sposobów rozumienia świata. Dla jednych podstawową wartością jest autonomia jednostki, otwartość i zdolność adaptacji do zmian. Dla drugich równie ważne pozostają zakorzenienie, wspólnota, przewidywalność i poczucie ciągłości. Problem pojawia się wtedy, gdy jeden z tych punktów widzenia uzyskuje dominującą pozycję w instytucjach publicznych, mediach, kulturze czy polityce, marginalizując drugi jako anachroniczny lub nieistotny. Z perspektywy politycznej szczególnie ważne jest to, że grupy określane przez Goodharta mianem „Somewheres” stanowią liczebnie większość społeczeństw zachodnich, choć ich wpływ na produkcję dominujących narracji kulturowych bywa ograniczony. To właśnie tutaj spotykają się dwie kategorie obecne w niniejszej analizie: peryferia i milcząca większość. Peryferyjność nie jest bowiem wyłącznie kategorią geograficzną. Coraz częściej oznacza także oddalenie od miejsc, w których definiowane są normy społeczne, język debaty publicznej czy wizje przyszłości. Mieszkaniec średniego miasta lub obszaru wiejskiego może doświadczać podobnego poczucia marginalizacji jak pracownik przemysłowy w dawnym okręgu produkcyjnym czy przedstawiciel klasy średniej obserwujący gwałtowne zmiany kulturowe, na które nie ma wpływu. W tym sensie wiele zjawisk politycznych ostatnich lat – Brexit, sukces Donalda Trumpa, wzrost znaczenia partii protestu w Europie czy narastające napięcia wokół polityki migracyjnej – można interpretować jako reakcję grup społecznych, które uznały, że ich doświadczenia i interesy przestały znajdować odzwierciedlenie w dominującym modelu rozwoju. Nie musi to oznaczać odrzucenia nowoczesności czy globalizacji. Często jest raczej żądaniem uznania, że modernizacja nie może być definiowana wyłącznie z perspektywy metropolii, a rozwój społeczny wymaga uwzględnienia potrzeb wspólnot lokalnych, mniejszych ośrodków i ludzi silnie związanych z miejscem, w którym żyją.
Polska wpisuje się w ten proces w sposób szczególny. Podział na metropolie i prowincję, zwycięzców i przegranych transformacji czy beneficjentów i obserwatorów globalizacji nie pokrywa się w pełni z tradycyjnymi podziałami ideologicznymi. W coraz większym stopniu staje się natomiast sporem o reprezentację doświadczeń społecznych. Pytanie nie brzmi już wyłącznie, jaki model gospodarczy wybrać, ale także kto ma prawo definiować kierunek rozwoju kraju i czy głos wspólnot lokalnych będzie traktowany jako równorzędny wobec oczekiwań środowisk skupionych w największych centrach politycznych, gospodarczych i kulturowych. Tak należy rozumieć współczesną politykę. Nie jako starcie niezmiennych obozów ideologicznych, lecz jako nieustanny proces negocjowania miejsca różnych grup społecznych w porządku demokratycznym. Także – a może przede wszystkim – tych, które przez długi czas pozostawały niesłyszalne.
