Sławomir Doburzyński
Jako regiony potrzebujemy większej asertywności wobec państwa. Jego siła nie wynika z dominacji jednego poziomu władzy nad pozostałymi, lecz z dynamicznej równowagi i twórczego napięcia.
Obserwowany w ostatnich latach zwrot w polskiej polityce zagranicznej, polegający na wzroście asertywności wobec Unii Europejskiej i kluczowych państw członkowskich, należy analizować nie tylko w kategoriach zmiany stylu dyplomacji, lecz jako symptom głębszej transformacji myślenia o państwowej podmiotowości w warunkach narastającej niestabilności ładu międzynarodowego. Polska coraz wyraźniej odchodzi od modelu bezwarunkowej adaptacji do dominujących narracji europejskich, który charakteryzował zarówno pierwsze lata członkostwa w UE, jak i późniejsze okresy rządów środowisk liberalnych. W tamtym czasie priorytetem było maksymalizowanie korzyści finansowych z polityki spójności, unikanie sporów z kluczowymi graczami oraz wzmacnianie wizerunku państwa przewidywalnego i konsensualnego. Dziś ten paradygmat ulega erozji, ponieważ realia geopolityczne wymusiły powrót do myślenia w kategoriach interesu, siły i odporności państwa.
Punktem krytycznym tej zmiany była agresja Rosji na Ukrainę, która ostatecznie podważyła przekonanie, że europejski porządek oparty na regułach jest wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Polska, znajdująca się na wschodniej flance NATO, zyskała nie tylko nowe obowiązki, ale także nową legitymację do artykułowania własnych ocen i oczekiwań wobec partnerów unijnych, w szczególności wobec Niemiec. Doświadczenia związane z polityką energetyczną, sankcjami wobec Rosji czy tempem dozbrajania Ukrainy wzmocniły w Polsce przekonanie, że zbyt daleko idące podporządkowanie się logice konsensusu prowadzi do paraliżu decyzyjnego. Jednocześnie globalny kontekst – wzrost znaczenia BRICS skupiającego po części państwa wcześniej „niezaangażowane”, rosnąca rola państw spoza tradycyjnego Zachodu oraz agresywna, transakcyjna polityka Donalda Trumpa – unaocznił, że świat coraz mniej przypomina system oparty na normach, a coraz bardziej arenę rywalizacji twardych interesów.
Na tym tle Unia Europejska jawi się jako aktor ostrożny i reaktywny. Z jednej strony wynika to z przywiązania do wartości, procedur i prawa, z drugiej z braku wyraźnego przywództwa politycznego, a z trzeciej z taktycznej próby ograniczania eskalacji w relacjach z agresywnymi graczami. Dla Polski oznacza to konieczność redefinicji własnej roli: nie jako peryferyjnego beneficjenta integracji, lecz jako państwa średniej wielkości, które musi aktywnie współkształtować reguły gry, nawet za cenę napięć. Kluczowym wyzwaniem staje się przy tym zachowanie równowagi między obroną wartości a wzrostem stanowczości – tak, aby asertywność nie prowadziła do erozji kultury politycznej, lecz ją modernizowała.
Implikacje tej zmiany są szczególnie istotne na poziomie wewnętrznym, zwłaszcza w odniesieniu do roli regionów w systemie zarządzania rozwojem. Polskie województwa przez dekady funkcjonowały w logice silnie inspirowanej europejskim modelem polityki spójności, opartym na partnerstwie, wielopoziomowym zarządzaniu i konsensusie. Regiony internalizowały te standardy jako trwałe i niekwestionowalne, budując swoją tożsamość instytucjonalną wokół roli koordynatorów rozwoju terytorialnego. Tymczasem zmiana logiki działania państwa – zarówno w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, jak i obecnie – coraz wyraźniej podważa tę pozycję. Ograniczanie kompetencji, centralizacja decyzji finansowych oraz przenoszenie kluczowych instrumentów polityki publicznej na poziom sektorowy osłabiają realną sprawczość samorządu wojewódzkiego.
Szczególnie wyraźnym przykładem niedoszłej, lecz bardzo realnej marginalizacji interesu regionów był proces przygotowania i wdrażania Planu Społeczno-Klimatycznego. Dokument ten, mający fundamentalne znaczenie dla łagodzenia społecznych skutków transformacji energetycznej, od początku był projektowany w silnie scentralizowanej logice, z dominującą rolą administracji rządowej i podejściem sektorowym. Interesy terytorialne regionów, ich zróżnicowanie strukturalne oraz specyfika lokalnych rynków pracy i ubóstwa energetycznego były w tym procesie uwzględniane w sposób ograniczony i pośredni. Województwa, mimo że to na ich obszarze kumulują się skutki transformacji, zostały sprowadzone do roli wykonawców lub konsultantów, a nie realnych współtwórców interwencji. Fakt, że ostatecznie nie doszło do jeszcze głębszego ograniczenia ich roli, należy postrzegać bardziej jako efekt presji instytucjonalnej i politycznej niż trwałą zmianę podejścia państwa.
Problem ten wpisuje się w szerszy trend dominacji podejścia sektorowego w podziale i wydatkowaniu środków publicznych. Coraz większa część funduszy – zarówno krajowych, jak i europejskich – jest alokowana poprzez programy zarządzane centralnie, zorientowane na wąsko zdefiniowane cele resortowe. W takiej logice terytorium staje się jedynie miejscem realizacji projektów, a nie podmiotem polityki rozwojowej. Prowadzi to do fragmentaryzacji interwencji, dublowania działań oraz osłabienia zdolności do integrowania różnych polityk publicznych na poziomie regionalnym. Regiony tracą narzędzia pozwalające na prowadzenie spójnej strategii rozwoju, a ich rola ogranicza się do administrowania strumieniami środków o z góry narzuconych priorytetach. Jeżeli ten kierunek zostanie utrzymany, konsekwencją będzie dalsza erozja samorządności na poziomie województw i stopniowe wygaszanie ich funkcji strategicznych. W warunkach narastającej konkurencji międzynarodowej i wewnętrznych napięć społeczno-gospodarczych oznacza to osłabienie odporności państwa jako całości. Paradoksalnie, Polska może stać się państwem bardziej asertywnym na arenie międzynarodowej, a jednocześnie mniej zdolnym do mobilizacji własnych zasobów wewnętrznych. Dlatego refleksja nad nową postawą Polski wobec Unii Europejskiej i globalnego ładu powinna prowadzić do równoległego przemyślenia relacji centrum–regiony. Bez wzmocnienia realnej roli regionów, odejścia od dogmatycznego sektorowego zarządzania i uznania terytorium za kluczowy wymiar polityki publicznej, deklarowana stanowczość państwa pozostanie powierzchowna i w długiej perspektywie kosztowna.
W praktyce istotą postulowanej zmiany nie jest prosta eskalacja konfliktu między poziomami władzy, lecz wzrost realnej woli i zdolności do formułowania, artykułowania, uzasadniania i konsekwentnego osiągania celów rozwojowych na każdym szczeblu państwa. Oznacza to aktywny, świadomy i odpowiedzialny udział samorządów – regionalnych i lokalnych – w kształtowaniu instytucji, porządku prawnego oraz modeli realizacji procesów rozwojowych, a nie jedynie bierne dostosowywanie się do decyzji podejmowanych w centrum. Państwo nie potrzebuje w samorządzie przeciwnika ani petenta, lecz twardego, kompetentnego i konsekwentnego partnera, który zna swoje możliwości, rozumie własne interesy i potrafi je skutecznie reprezentować w ramach wspólnej architektury władzy publicznej. Dominacja dyktatu centrum, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna, środowisko czy orientacja ideowa sprawuje władzę, prowadzi do systemowych strat rozwojowych. Regiony, zamiast współtworzyć spójną strategię wzmacniania potencjału państwa, zostają wtłoczone w logikę rywalizacji o ograniczoną pulę zasobów finansowych i programowych. W takiej konfiguracji energia instytucjonalna koncentruje się na konkurencji między terytoriami, a nie na współpracy z sektorami gospodarki, administracją rządową i innymi regionami w celu budowania długofalowej siły Polski. Brakuje przestrzeni na strategiczny dialog o priorytetach rozwojowych, a procesy decyzyjne ulegają technokratyzacji i fragmentaryzacji.
Kluczowym deficytem jest w tym kontekście niedostatecznie rozumiana i stosowana asertywność instytucjonalna. Nie chodzi o negowanie roli państwa ani o obronę partykularnych interesów terytorialnych, lecz o zdolność do jasnego definiowania celów, stawiania granic i aktywnego współkształtowania rozwiązań, zanim zostaną one przesądzone na poziomie centralnym. Asertywność ta powinna być zakorzeniona w dojrzałej kulturze politycznej, opartej na argumentacji, odpowiedzialności i świadomości konsekwencji, a nie na reaktywnym sprzeciwie czy symbolicznych gestach autonomii.
Analogiczna logika dotyczy poziomu lokalnego. Samorząd gminny i powiatowy powinien być rzeczywistym partnerem zarówno wobec samorządu regionalnego, jak i państwa, zdolnym do współuczestnictwa w definiowaniu i realizacji polityk publicznych. Wymaga to jednak odpowiednich kadr, kompetencji analitycznych oraz mentalnej i intelektualnej gotowości do uczestnictwa w złożonych procesach decyzyjnych. Słaby samorząd lokalny, pozbawiony strategicznego zaplecza i zdolności do formułowania własnych celów, nie stanowi atutu ani dla administracji centralnej, ani regionalnej – przeciwnie, staje się obiektem doraźnych rozgrywek i narzędziem realizacji cudzych priorytetów, co w dłuższej perspektywie osłabia cały system państwa.
Obawa przed postulowaną tu asertywnością ma w Polsce głębokie zakorzenienie historyczne i kulturowe, a jej źródłem jest przede wszystkim doświadczenie destrukcyjnych skutków liberum veto, utożsamianego z paraliżem decyzyjnym i upadkiem państwowości. Warto jednak sięgnąć głębiej do tej samej przeszłości, by zauważyć, że zasadniczym źródłem anarchii nie była sama zasada sprzeciwu, lecz samowola magnacka, oparta na klientelizmie, prywatnych interesach i instrumentalnym traktowaniu instytucji publicznych. To właśnie ta samowola skutecznie hamowała rozwój mieszczaństwa, blokowała wykształcenie się rzeczywistej, profesjonalnej klasy urzędniczej oraz uniemożliwiała trwały transfer godności i kompetencji niezbędnych do reprodukcji elit państwowych. W dłuższej perspektywie stała się ona także jednym z czynników powstrzymujących w Polsce tendencje absolutystyczne, które w innych krajach – mimo swoich oczywistych ograniczeń – stworzyły ramy dla budowy sprawnego aparatu państwowego. W efekcie Polska weszła w nowoczesność bez wystarczających kompetencji, bez utrwalonych tradycji administracyjnych i bez instytucjonalnego zaplecza, na którym mogłyby się oprzeć etos służby publicznej, praktyka skutecznego działania i zdolność do zajmowania silnych, a zarazem odpowiedzialnych stanowisk. Nie zbudowaliśmy ani nowoczesnego państwa, ani „technologii” posługiwania się nim w sposób dojrzały i efektywny. Dlatego wzmocnienie państwowości nie może dziś polegać na prostym wzmacnianiu centrum kosztem peryferii, lecz wymaga innej ścieżki – opartej na realnym upodmiotowieniu samorządu oraz jego autentycznym docenieniu przez państwo, nie deklaratywnym, lecz praktycznym i instytucjonalnie zakorzenionym.
Siła państwa nie wynika z dominacji jednego poziomu władzy nad pozostałymi, lecz z dynamicznej równowagi i twórczego napięcia między nimi. To właśnie w „zwarciu ideowym” – rozumianym jako merytoryczna konfrontacja wizji, interesów i argumentów – wykuwa się trwała zdolność rozwojowa. Kultura współpracy nie musi ustępować przed nagą siłą; przeciwnie, w warunkach dojrzałości instytucjonalnej i politycznej to ona pozwala na efektywne godzenie różnic i osiąganie jasno wytyczonych celów. Ostatecznie chodzi nie o eskalację sporów, lecz o dorosłość systemu – zdolność do partnerskiego działania w warunkach presji, różnorodności interesów i rosnącej złożoności wyzwań rozwojowych.
