Sławomir Doburzyński

Czy mieszkańcy terenów wiejskich w odległości 80 kilometrów od Szczecina odczuwają wpływ miasta na ich życie? Jeśli nie, to prawdopodobnie przekłada się to na kondycję ich lokalnego środowiska.

W polskiej polityce regionalnej coraz większego znaczenia nabiera zagadnienie relacji między samorządem wojewódzkim a obszarami metropolitalnymi. Największe miasta wraz z rozwojem gospodarczym stają się dominującymi organizmami odgrywającymi kluczową rolę w procesach rozwojowych. Koncentrują ludność, zasoby, inwestycje, usługi społeczne. Stopniowa utrata rangi urzędów marszałkowskich wraz ze zmniejszaniem się puli i wpływu funduszy unijnych na stymulowanie procesów rozwojowych skutkować będzie prawdopodobnie dalszym wzrostem rangi regionalnych metropolii, które narzucać będą otoczeniu swoje koncepcje i pogłębiając skalę koncentracji zasobów.

Szczecin zajmuje w tym względzie paradoksalną pozycję względem swego regionalnego otoczenia. Z jednej strony w odróżnieniu od zdecydowanej większości polskich metropolii jest położony asymetryczne względem centrum regionu, co przy znacznych rozmiarach województwach i jednocześnie analogicznie peryferyjnym położeniu Koszalina – drugiego największego miasta regionu – stwarza istotne bariery i określone ograniczenia rozwojowe. Trudno stwierdzić, by stolica województwa realizowała systematyczną politykę względem swego regionalnego otoczenia, z której wyłaniałaby się wizja pozytywnych zmian i realizacji celów rozwojowych na odpowiednio rozległym obszarze. Co prawda Szczeciński Obszar Metropolitalny jest – przynajmniej formalnie i w niektórych zakresach tematycznych – instrumentem podejmowania inicjatyw i działań, ale ich skala pozostaje mocno ograniczona. Strefy gospodarcze w Stargardzie i Goleniowie niejako neutralizują oddziaływanie ekonomiczne Szczecina poza zasięg tych miast. Pozostaje trwałe ograniczenie związane z sąsiedztwem granicy na zachodnich rubieżach ośrodka metropolitalnego i jego wymuszona koncentracja ekspansji na trzech pozostałych kierunkach.

Na dłuższą metę żadna metropolia nie jest w stanie utrzymać dynamiki potencjałów rozwojowych bez efektywnej i obopólnie korzystnej wymiany ze swym otoczeniem. Równocześnie bez silnego i prężnego ośrodka miejskiego oraz wywoływanej przez niego stymulacji jego otoczenie zostaje pozbawione niezbędnych impulsów. Miasto musi dostarczać usług wyższego rzędu i przyciągać kapitał, nowe zasoby materialne, kulturowe i ludzkie, które stanowią dla jego otoczenia materię do zaspokajania aspiracji oraz zatrzymują mieszkańców w obrębie sfery wspólnych, okołomiejskich oddziaływań. Dystrybucja związanych z tym potencjałem dóbr pozwala mieszkańcom mniejszych ośrodków na prowadzenie życia na oczekiwanym poziomie. Same te ośrodki i tereny wiejskie zapewniają z kolei dobra uzupełniające, a przede wszystkim zasoby ludzkie podtrzymujące zastępowalność pokoleń, w optymalnym przypadku wzrost populacji miasta. Zaburzenie tej dynamiki jest niekorzystne dla obu stron. Miasto tracące atrakcyjność wobec swego otoczenia traci dopływ mieszkańców, na przykład wówczas, gdy jest pomijane jako naturalna destynacja dla edukacji na poziome średniej i wyższej – tak już jest w przypadku Szczecina, gdy wielu młodych ludzi korzysta z dogodniejszego transportu w skali kraju i oferty większych miast tam kierując swoje kroki. Dla uczelni o regionalnym umocowaniu i funkcjach, jaką jest Uniwersytet Szczeciński, oznacza to nieuchronną degradację. Ta logika znajduje wyraz w wielu innych dziedzinach życia. Zastanawiający jest fakt, w jak małym stopniu i w jak niewielkiej odległości od stolicy Pomorza Zachodniego odczuwalny jest wpływ portu i sektora morskiego na lokalną gospodarkę, jak ograniczona jest penetracja kapitału oraz jak mało jest przejawów sprzężenia i współoddziaływania potencjałów społecznych czy też ekonomicznych miasta i interioru.

Szczecin nie jest w stanie zmienić swojego położenia i nie ma wpływu na wiele konsekwencji takich procesów, jak rozbudowa infrastruktury transportowej, ekspansja sfer aktywności gospodarczej w mniejszych miastach czy wyludnianie się terenów wiejskich – a także ich wielorakich konsekwencji. Istotne jest jednak pytanie, czy elity Szczecina zdają sobie sprawę z jednej strony z odpowiedzialności względem otoczenia funkcjonalnego miasta, z drugiej strony ze zmian, jakim tego rodzaju relacje podlegają. Trudno o wiele budujących przykładów na potwierdzenie tezy, że taka refleksja ma miejsce i przekłada się na aktywne działania rozwojowe. Wobec wskazanych naturalnych ograniczeń i problemów skutki zaniechań okazują się jeszcze bardziej dotkliwe. Szczecin z całą pewnością zmienia swoje oblicze, trudno jednak powiedzieć, by znacząco rosła jego ranga w hierarchii polskich miast. Prawdopodobnie idzie to w parze z zachowaniem rangi regionu wśród pozostałych województw. W tych sferach działalności, które bazują na indywidualnej inicjatywie, przedsiębiorczości i korzystaniu z dynamiki rozwojowej całego kraju, można dostrzegać sukcesy przekładające się na proces wzrostu, zaś działania systemowe, korporacyjne i środowiskowe pozostawiają duży niedosyt. Mało prawdopodobnie z tej perspektywy wydaje się wiec i to, by Szczecin przejął skutecznie od samorządu regionalnego dominująca rolę stymulatora procesów rozwojowych. Jeśli taka zmiana ma się dokonać, to na skutek ewentualnego wygasania kompetencji i dynamiki działania samorządu wojewódzkiego, niż wobec awansu i wdrożenia aspiracji oraz zdolności mobilizacyjnych miasta i jego środowiska.

To nie jest dobra perspektywa dla żadnej z zaangażowanych stron, zwłaszcza dla obszarów wiejskich tracących w Szczecinie prężnego i wiarygodnego lidera.