Andrzej Pieśla
Szwedzkie wybory rozstrzygną nie tylko o składzie rządu, lecz także o tym, jaki system partyjny wyłania się po rozpadzie politycznej architektury.
Najciekawszym elementem obecnego krajobrazu politycznego Szwecji nie jest samo pytanie, czy po wyborach 13 września władzę zachowa centroprawica, czy przejmie ją obóz skupiony wokół socjaldemokratów. Znacznie istotniejsza jest przebudowa mechanizmu, według którego szwedzka polityka w ogóle się organizuje. Dawny układ, oparty na dominującej pozycji socjaldemokracji oraz stosunkowo czytelnym podziale między blokiem lewicowym i mieszczańską centroprawicą, został zastąpiony systemem bardziej fragmentarycznym. O jego funkcjonowaniu decydują obecnie trzy siły: nadal największa partia socjaldemokratyczna, konkurujące o przywództwo na prawicy Umiarkowana Partia Koalicyjna i Szwedzcy Demokraci oraz grupa mniejszych ugrupowań, których zdolność do przekroczenia progu wyborczego może przesądzić o większości parlamentarnej. Ostatni sondaż Novus daje czterem partiom opozycyjnym 50,7 proc., a obecnemu obozowi rządowemu wraz ze Szwedzkimi Demokratami 48,1 proc. Różnica jest zatem niewielka. Ta struktura oznacza odejście od polityki dwóch stabilnych bloków na rzecz polityki zależności koalicyjnych. Szwedzki system wyborczy pozostaje proporcjonalny, Riksdag liczy 349 deputowanych, a podstawowy próg wejścia do parlamentu wynosi 4 proc. W praktyce kilka punktów procentowych poparcia dla jednej z małych partii może zmienić układ mandatów w stopniu nieproporcjonalnym do jej rzeczywistej siły społecznej. Dobrym przykładem są Liberałowie. Jeszcze na początku września część badań lokowała ich na poziomie 2–3 proc., co groziło wypadnięciem z parlamentu. Sondaż opublikowany 9 września wskazał już 5,8 proc. i tym samym radykalnie poprawił arytmetykę obecnego obozu władzy. Nie jest to techniczny szczegół kampanii. Pokazuje, że stabilność szwedzkiej polityki zaczyna zależeć od zachowania wyborców dokonujących kalkulacji nie tylko pomiędzy partiami, ale również pomiędzy możliwymi konfiguracjami parlamentarnymi.
Jeszcze głębsza zmiana nastąpiła wewnątrz szwedzkiej prawicy. Umiarkowana Partia Koalicyjna pozostaje partią premiera i instytucjonalnym centrum obecnego rządu, ale nie jest już bezdyskusyjnie największą siłą tej części sceny. W wielu tegorocznych sondażach Szwedzcy Demokraci wyprzedzają Umiarkowanych, co zmienia charakter relacji wewnątrz obozu rządowego. Układ, w którym ugrupowanie premiera organizuje koalicję, a silniejszy lub porównywalny wyborczo partner wspiera ją z zewnątrz, staje się coraz trudniejszy do utrzymania jako trwały model polityczny. Dobry wynik SD może po wyborach przełożyć się na oczekiwanie większego udziału w kształtowaniu polityki, obsadzie stanowisk lub nawet bezpośredniego uczestnictwa w rządzie. Tym samym rywalizacja na prawicy nie dotyczy już wyłącznie wspólnego zwycięstwa nad blokiem skupionym wokół socjaldemokratów, ale także tego, kto będzie politycznym centrum przyszłej większości i na jakich zasadach zostanie ona zorganizowana.
Ten proces jest częścią szerszej zmiany obejmującej całą szwedzką scenę. Problemem nie jest obecnie jedynie zdobycie większości przez jeden z dwóch tradycyjnych bloków, lecz coraz trudniejsza konstrukcja większości zdolnej do rządzenia. Na prawicy trzeba pogodzić instytucjonalne przywództwo Umiarkowanych z rosnącą siłą Szwedzkich Demokratów oraz utrzymać w układzie mniejsze partie niezbędne do uzyskania większości parlamentarnej. Po drugiej stronie socjaldemokraci muszą znaleźć formułę współpracy ugrupowań, które mogą łącznie dysponować odpowiednią liczbą mandatów, ale wzajemnie wykluczają niektóre warianty koalicyjne. Na kilka dni przed wyborami różnice programowe nakładają się więc na spór dotyczący samej architektury władzy. Partie konkurują jednocześnie o głosy oraz o pozycję negocjacyjną w Riksdagu po 13 września. W rezultacie zwycięstwo wyborcze i zdolność do utworzenia stabilnego rządu stają się w Szwecji coraz wyraźniej dwiema odrębnymi kategoriami.
Najbardziej spektakularnym elementem ostatniej fazy kampanii jest odbudowa poparcia dla Liberałów. W serii badań ich wynik wzrósł w ciągu kilku tygodni z 1,9 do 5,8 proc. Najnowszy pomiar przeprowadzony 6–8 września na próbie 2292 osób jest pierwszym w tej kadencji, w którym ugrupowanie znajduje się statystycznie bezpiecznie powyżej czteroprocentowego progu wyborczego. Co istotne, jest to zarazem jedyna zmiana między ostatnimi pomiarami, którą można uznać za statystycznie istotną. Nie należy więc interpretować końcówki kampanii jako szerokiego przesunięcia szwedzkiego elektoratu. Mamy raczej do czynienia z punktową mobilizacją wokół partii, której obecność w Riksdagu może zdecydować o wyniku całej rywalizacji. Ma to jednak drugą stronę. Wzrost Liberałów odbywa się przede wszystkim kosztem Szwedzkich Demokratów i Umiarkowanej Partii Koalicyjnej. Z punktu widzenia całego obozu jest to w znacznej mierze redystrybucja już istniejącego poparcia. Politycznie może być jednak bardzo cenna. Głos przeniesiony z partii mającej kilkanaście czy ponad 20 proc. na ugrupowanie znajdujące się tuż poniżej progu może uratować dla obozu rządowego znaczną pulę mandatów. Powstaje zatem zjawisko strategicznego transferu głosów wewnątrz bloku: wyborca nie musi głosować na ugrupowanie, które najbardziej popiera, lecz na to, którego przetrwanie jest potrzebne jego preferowanej większości parlamentarnej. To ważna zmiana w funkcjonowaniu szwedzkiego systemu partyjnego. Czteroprocentowy próg przestaje być wyłącznie mechanizmem eliminującym najmniejsze ugrupowania, a staje się jednym z głównych parametrów politycznej strategii. W systemie o niewielkich różnicach pomiędzy blokami kilka procent głosów oddanych na partię, która nie wchodzi do parlamentu, może mieć większe znaczenie niż umiarkowane przesunięcia pomiędzy dużymi ugrupowaniami. Dlatego wynik Liberałów może być dla kształtu przyszłego Riksdagu ważniejszy niż niewielka zmiana poparcia dla którejkolwiek z dwóch największych partii.
Jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja powstaje po przeciwnej stronie sceny. Potencjalna większość skupiona wokół Socjaldemokratów nie jest obecnie gotową koalicją, lecz zbiorem ugrupowań, które zgadzają się bardziej w kwestii zmiany rządu niż sposobu wspólnego rządzenia. Szczególne znaczenie ma konflikt pomiędzy Partią Lewicy a Partią Centrum. Lewica deklaruje, że nie poprze rządu, w którym sama nie będzie uczestniczyć. Centrum wyklucza natomiast wejście do gabinetu wspólnie z Lewicą i dopuszcza nawet ponowne wybory zamiast zaakceptowania takiego rozwiązania. Jeżeli obie deklaracje zostałyby utrzymane po wyborach, arytmetyczna większość czerwono-zielonej części sceny nie musiałaby automatycznie prowadzić do powstania większości politycznej. To odsłania zasadniczy problem obecnej Szwecji: wynik wyborczy i zdolność do utworzenia rządu stają się dwiema odrębnymi kategoriami. Możliwe jest zdobycie przez kilka partii większości mandatów bez istnienia między nimi wystarczającego minimum koalicyjnego. Dawniej spory dotyczyły przede wszystkim tego, jaka polityka ma być prowadzona przez przyszły rząd. Obecnie równie ważne jest wcześniejsze ustalenie, które ugrupowania w ogóle uznają się wzajemnie za dopuszczalnych partnerów.
Partia Centrum znajduje się pod tym względem w szczególnie interesującym położeniu. Próbuje utrzymać pozycję ugrupowania środka, które nie chce być trwale przypisane ani do tradycyjnej prawicy, ani do lewicy. Deklaruje możliwość współpracy w bardzo szerokim spektrum – od Zielonych po Umiarkowanych – jednocześnie stawiając barierę wobec Partii Lewicy. Taka strategia zwiększa potencjalną liczbę wariantów negocjacyjnych, ale utrudnia zbudowanie przed wyborami jednoznacznej alternatywy rządowej. Centrum chce zachować maksymalną swobodę koalicyjną, podczas gdy Lewica próbuje zamienić swoją potencjalną niezbędność parlamentarną w udział we władzy wykonawczej. Dlatego stanowisko Partii Lewicy jest czymś więcej niż przedwyborczą presją. Ugrupowanie próbuje zmienić swoją pozycję ustrojową: z partii zapewniającej głosy potrzebne do powstania socjaldemokratycznego gabinetu w partię współodpowiedzialną bezpośrednio za rządzenie. Jeżeli posiada wystarczającą liczbę mandatów, racjonalne z jej punktu widzenia staje się pytanie, dlaczego miałaby ponosić polityczne koszty popierania rządu bez uzyskania wpływu odpowiadającego jej znaczeniu parlamentarnemu. Problem polega na tym, że dokładnie ta sama logika działa w przeciwnym kierunku w przypadku Centrum, które może uznać udział Lewicy w gabinecie za przekroczenie własnej granicy politycznej.
W tej sytuacji strategia Socjaldemokratów jest wyraźnie inna. Zamiast przed wyborami rozstrzygać skład przyszłej koalicji, pozostawiają sobie możliwość utworzenia rządu mniejszościowego, zdolnego do negocjowania poparcia w różnych sprawach z różnymi ugrupowaniami. Nie byłoby to rozwiązanie obce szwedzkiej kulturze parlamentarnej. Jego współczesna wersja miałaby jednak szczególny charakter. Nie chodziłoby tylko o tolerowanie gabinetu przez partie pozostające poza nim, ale potencjalnie o bardziej zmienną geometrię większości: jedna konfiguracja mogłaby zapewniać wybór premiera, inna uchwalenie budżetu, a jeszcze inne większości powstawałyby wokół konkretnych ustaw. W efekcie punkt ciężkości polityki może częściowo przesuwać się z programu rządu na zdolność zarządzania parlamentem. Kompetencją premiera staje się nie tylko kierowanie gabinetem i realizacja programu, ale utrzymywanie wystarczającej liczby kanałów negocjacyjnych, aby kolejne większości mogły być odtwarzane przez całą kadencję. W takim modelu formalnie słaby rząd mniejszościowy może okazać się funkcjonalnie stabilny, jeżeli posiada wysoką zdolność negocjacyjną. I odwrotnie – gabinet oparty na pozornie czytelnej większości może być niestabilny, jeżeli utrzymujące go partie mają odmienne interesy strategiczne.
Na prawicy występuje inny wariant tego samego problemu. Jej podstawowe napięcie nie przebiega już pomiędzy dawnym centroprawicowym establishmentem a partią pozostającą całkowicie poza systemem współpracy. Szwedzcy Demokraci zostali włączeni w mechanizm parlamentarnego podtrzymywania władzy, ale nie zniknęło pytanie o hierarchię wewnątrz tego układu. Jeżeli ugrupowanie populistycznej prawicy jest większe od partii premiera, coraz trudniejsze staje się długookresowe utrzymywanie konstrukcji, w której największy partner pozostaje poza gabinetem albo posiada wpływ nieodpowiadający jego sile wyborczej. Jest to potencjalnie jeden z najważniejszych problemów następnej kadencji niezależnie od dokładnego wyniku wyborów.
Jednocześnie kampania pokazuje interesującą granicę polaryzacji. Bezpieczeństwo i obrona przestały być zasadniczą linią podziału między głównymi kandydatami do kierowania rządem. Spór dotyczy raczej wiarygodności, doświadczenia i zdolności reprezentowania państwa niż samej strategicznej orientacji Szwecji. Silna obrona, członkostwo w NATO i potrzeba zabezpieczenia państwa przed pogarszającym się otoczeniem międzynarodowym należą już w dużej mierze do obszaru konsensusu głównego nurtu. Kontrastuje to z sytuacją sprzed zaledwie kilku lat, kiedy kwestia NATO stanowiła realną linię politycznego podziału. Konkurencja przesuwa się na inne pola. Coraz większego znaczenia nabierają kondycja gospodarstw domowych, jakość usług publicznych, ochrona zdrowia, szkoła, przestępczość, migracja oraz zdolność państwa do egzekwowania własnych reguł. Szwedzka polityka staje się pod tym względem mniej wyjątkowa na tle Europy. Model państwa dobrobytu nie znika, ale zasadnicze pytanie coraz rzadziej dotyczy jego samego istnienia. Dotyczy natomiast zdolności instytucji do dostarczenia obiecywanej jakości usług w warunkach słabszego wzrostu, presji demograficznej, kosztów bezpieczeństwa i zmieniającej się struktury społecznej.
W tym miejscu ujawnia się jedna z ciekawszych cech współczesnego szwedzkiego krajobrazu. Partie mogą ostro konkurować, jednocześnie przesuwając się w niektórych obszarach w podobnym kierunku. Polityka migracyjna jest bardziej restrykcyjna niż dekadę temu, bezpieczeństwo wewnętrzne zajmuje znacznie wyższe miejsce w hierarchii priorytetów, obrona stała się trwałym komponentem polityki państwa, a kwestie efektywności usług publicznych coraz trudniej rozwiązywać wyłącznie poprzez zwiększanie nakładów. Polaryzacja partyjna współistnieje więc z częściową konwergencją polityki publicznej. Wybory 13 września mogą więc przynieść rezultat paradoksalny: bardzo niewielkie przesunięcie głosów może doprowadzić do istotnej zmiany konfiguracji władzy, ale niekoniecznie do równie radykalnej zmiany strategicznego kierunku państwa. Największa transformacja dokonuje się gdzie indziej – w strukturze systemu partyjnego. Szwecja przechodzi od polityki względnie trwałych bloków do polityki wielostronnych zależności, w której małe partie mogą posiadać znaczenie znacznie przekraczające ich procentowy wynik, duże ugrupowania nie są w stanie samodzielnie określić składu własnego zaplecza, a zdolność koalicyjna staje się niemal równie ważnym zasobem jak liczba zdobytych głosów. Równie ważne jak sam suchy wynik będzie to, czy uda się go przełożyć na sprawny mechanizm rządzenia. I właśnie pomiędzy tymi dwiema kategoriami – reprezentacją wyborczą i zdolnością do budowania większości – rozpoznajemy dziś najciekawsze napięcie w szwedzkiej polityce.
