Sławomir Doburzyński

Problemów powodujących potrzebę zmiany szkoły przybywa, tymczasem system edukacyjny bardzo znacznie utrudnia taki ruch. To realny problem, a nie fanaberia leniwych i niedopasowanych społecznie  

Zmiana szkoły ponadpodstawowej po pierwszej klasie jest w Polsce formalnie możliwa. Prawo przewiduje przechodzenie uczniów pomiędzy szkołami tego samego, a w określonych przypadkach także różnego typu, określa sposób uzupełniania różnic programowych i pozostawia dyrektorowi szkoły przyjmującej kompetencję do zakwalifikowania ucznia do odpowiedniej klasy. Problem zaczyna się jednak dokładnie w miejscu, w którym kończy się regulacja prawna, a zaczyna rzeczywistość organizacyjna. Uczeń klasy drugiej lub trzeciej, który z powodów rodzinnych, zdrowotnych, sportowych, wychowawczych, związanych ze zmianą miejsca zamieszkania albo po prostu z nietrafnym wyborem chce przenieść się do innego liceum czy technikum, może szybko odkryć, że formalne prawo do zmiany szkoły nie tworzy realnego rynku miejsc. W popularnych szkołach możliwość przejścia do klasy programowo wyższej bywa iluzoryczna. System bardzo sprawnie organizuje rekrutację uczniów do klas pierwszych, natomiast niemal nie tworzy infrastruktury dla mobilności edukacyjnej ucznia, który już znajduje się wewnątrz systemu.

Nie ma przy tym ogólnopolskiej statystyki pokazującej liczbę uczniów próbujących zmienić szkołę ponadpodstawową, liczbę odmów ani średni czas poszukiwania nowej placówki. To samo w sobie jest częścią problemu. Państwo bardzo szczegółowo obserwuje rekrutację ósmoklasistów, publikuje harmonogramy, progi punktowe i wolne miejsca po rekrutacji do klas pierwszych, natomiast przemieszczanie się uczniów pomiędzy szkołami na późniejszych etapach pozostaje słabo widoczne w systemie informacyjnym. Na stronach kuratoriów łatwo znaleźć wykazy miejsc pozostających po rekrutacji podstawowej i uzupełniającej do klas pierwszych. Znacznie trudniej znaleźć aktualną, publiczną informację o tym, gdzie istnieje wolne miejsce w klasie drugiej lub trzeciej, na jakim profilu, z jakimi przedmiotami rozszerzonymi i jakimi językami obcymi. Przykładowo publikowane przez kuratoria wykazy wolnych miejsc są systemowo związane przede wszystkim z procesem rekrutacji do klas pierwszych. Tymczasem samo Ministerstwo Edukacji w oficjalnym wyjaśnieniu z 2026 roku potwierdza, że dyrektor podejmuje decyzję również w przypadku ucznia przechodzącego do dowolnej klasy innej szkoły ponadpodstawowej. Co więcej, resort wskazuje, że powiat ma obowiązek zapewnić nieletniemu mieszkańcowi możliwość realizacji obowiązku nauki także wtedy, gdy uczeń zmienia szkołę. Jeżeli w szkołach prowadzonych przez powiat nie ma dla niego miejsca, organ prowadzący powinien takie miejsce stworzyć w wybranej przez siebie placówce. Nie oznacza to jednak prawa do miejsca w szkole wybranej przez ucznia ani tym bardziej w konkretnym oddziale czy profilu. Tu zachodzi zasadnicza różnica między formalnym bezpieczeństwem systemu a rzeczywistą możliwością dokonania sensownej zmiany edukacyjnej. System gwarantuje przede wszystkim, że młody człowiek nie powinien zostać poza edukacją. Nie gwarantuje, że znajdzie miejsce pozwalające kontynuować wcześniej rozpoczętą ścieżkę w rozsądnych warunkach.

Źródłem problemu jest przede wszystkim sposób organizowania szkół ponadpodstawowych. Oddziały powstają na etapie rekrutacji do klasy pierwszej. Organ prowadzący ustala liczbę szkół, oddziałów i miejsc, a następnie zatwierdza arkusze organizacyjne. Ministerstwo wprost podkreśla, że to organ prowadzący decyduje o liczbie oddziałów i miejsc w szkołach ponadpodstawowych. Po zakończeniu naboru uczeń staje się częścią konkretnego oddziału, którego liczebność, siatka godzin, podziały na grupy językowe, przedmioty rozszerzone i obsada nauczycielska zostały już zorganizowane. System nie utrzymuje co do zasady puli „miejsc mobilnościowych” dla uczniów, którzy za rok lub dwa będą chcieli dokonać zmiany.

Ma to swoją ekonomiczną racjonalność. Dla samorządu i dyrektora szkoły pusty fotel w trzydziestoosobowym oddziale nie jest rezerwą strategiczną, lecz niewykorzystaną pojemnością. Szkoły mają silną motywację do możliwie efektywnego wypełniania oddziałów podczas pierwszej rekrutacji. W rezultacie najbardziej atrakcyjne licea i technika zaczynają kolejny rok szkolny z klasami praktycznie pełnymi. Jeśli później nikt z konkretnego oddziału nie odejdzie, wolnego miejsca zwyczajnie nie ma. Uczeń chcący przenieść się do popularnej szkoły nie konkuruje więc w normalnej procedurze o określoną pulę miejsc. Czeka de facto na przypadkowy ubytek innego ucznia.

Problem został dodatkowo spotęgowany przez wyjątkowo duże roczniki przechodzące przez szkoły ponadpodstawowe po wcześniejszych zmianach dotyczących wieku rozpoczynania edukacji. W 2023 roku Ministerstwo Edukacji zwracało uwagę na kumulację uczniów wynikającą z wcześniejszego objęcia obowiązkiem szkolnym dzieci z części dwóch roczników. GUS pokazuje skalę późniejszych zmian: szkoły podstawowe ukończyło w roku szkolnym 2023/2024 jedynie 225,5 tys. uczniów, o 56% mniej niż rok wcześniej, co było właśnie konsekwencją wcześniejszego przejścia przez system bardzo licznych roczników. Dzisiejsze klasy drugie, trzecie i starsze nadal częściowo funkcjonują więc w systemie organizacyjnym ukształtowanym przez wcześniejszą presję demograficzną.

Paradoksalnie ogólne dane mogą sprawiać wrażenie, że problem powinien właśnie zanikać. W roku szkolnym 2024/2025 do 6945 szkół ponadpodstawowych dla młodzieży uczęszczało niespełna 1,7 mln uczniów, wobec ponad 1,818 mln rok wcześniej. Liczba oddziałów spadła w tym samym czasie z 76,5 tys. do 73,9 tys. W samych liceach uczyło się ponad 863 tys. osób, o 4,6% mniej niż rok wcześniej. Zmniejszająca się liczba uczniów nie oznacza jednak automatycznie pojawienia się wolnych miejsc tam, gdzie uczniowie faktycznie chcieliby się przenosić. System dostosowuje się do niższej liczby młodzieży przez zmniejszanie liczby oddziałów. Nadwyżka pojemności nie musi więc pozostawać w szkołach jako rezerwa. Jest to klasyczny przykład różnicy pomiędzy wolną pojemnością systemu a dostępnością konkretnej usługi. W skali miasta może istnieć miejsce w szkole ponadpodstawowej, ale nie musi istnieć miejsce w liceum, do którego uczeń jest w stanie codziennie dojeżdżać, w klasie odpowiadającej jego etapowi kształcenia, z właściwymi rozszerzeniami i językiem obcym. Formalnie istnieje więc podaż, ale praktycznie jest niedopasowana do popytu.

To drugi zasadniczy powód trudności. Klasa druga liceum nie jest już produktem jednorodnym. Uczeń po pierwszym roku może realizować rozszerzoną geografię i język angielski, podczas gdy wolne miejsce istnieje w oddziale matematyczno-fizycznym albo biologiczno-chemicznym. W jednej szkole drugim językiem jest niemiecki, w innej hiszpański. Różnić się mogą rozkłady realizacji podstawy programowej oraz liczba godzin przedmiotów. Prawo zostało wprawdzie skonstruowane tak, żeby umożliwić przezwyciężenie tych różnic. Rozporządzenie dotyczące przechodzenia uczniów pomiędzy szkołami stanowi, że różnice programowe uzupełnia się na warunkach ustalonych przez nauczycieli, a jeżeli w poprzedniej szkole uczeń realizował przedmiot podstawowo, podczas gdy w nowej jest on rozszerzony, również może te różnice uzupełnić. W pewnych sytuacjach szkoła powinna zapewnić warunki realizacji brakujących treści, a jeżeli nie jest to możliwe – zastosowanie może znaleźć egzamin klasyfikacyjny. Szczegółowo uregulowano nawet sytuację zmiany języka obcego. Prawnie istnieje więc most pomiędzy różnymi programami. Organizacyjnie przejście przez ten most może być jednak dla szkoły nieatrakcyjne. Przyjęcie jednego ucznia oznacza konieczność przeanalizowania arkusza ocen, porównania programów, określenia różnic, uzgodnienia sposobu ich nadrobienia, czasem organizowania egzaminów klasyfikacyjnych i poszukiwania rozwiązania dla języka obcego czy rozszerzeń. Dyrektor szkoły pełnej uczniów nie ma silnego bodźca, aby tworzyć sobie dodatkową komplikację organizacyjną. Jest to zrozumiałe z punktu widzenia zarządzania placówką, ale niekorzystne z punktu widzenia systemu jako całości. Prawo dopuszcza mobilność, lecz organizacja szkoły jej nie premiuje.

Jeszcze bardziej paradoksalne jest to, że potrzeba zmiany szkoły nie musi świadczyć o porażce ucznia. Przeciwnie, może być wynikiem dojrzewania. Czternasto- czy piętnastolatek wybierający szkołę ponadpodstawową podejmuje jedną z pierwszych poważnych decyzji w życiu. Często dokonuje jej pod wpływem rodziców, kolegów, rankingu szkoły, wyniku egzaminu, atrakcyjności profilu lub wyobrażenia o przyszłym zawodzie. Rzecznik Praw Dziecka zwraca uwagę, jak silnym obciążeniem emocjonalnym jest już sam moment wyboru szkoły ponadpodstawowej i jak ważne są wtedy predyspozycje, potrzeby oraz samodzielność młodego człowieka. Trudno oczekiwać, że wszystkie takie decyzje będą trafne. Po roku uczeń może już znacznie lepiej wiedzieć, czego potrzebuje. Może odkryć, że źle wybrał profil, że szkoła jest nieadekwatna do jego możliwości, że codzienny dojazd okazuje się destrukcyjny, że nie daje się pogodzić nauki z wyczynowym sportem, że zmieniła się sytuacja rodzinna albo że środowisko szkolne nie sprzyja jego funkcjonowaniu. Mogą wystąpić konflikty, problemy rówieśnicze, przeciążenie psychiczne czy potrzeba zmiany stylu edukacji. Z punktu widzenia nowoczesnego systemu edukacyjnego zdolność do skorygowania wcześniejszej decyzji powinna być traktowana jako normalna właściwość ścieżki edukacyjnej, a nie administracyjny wyjątek. Tymczasem konstrukcja systemu wysyła młodemu człowiekowi komunikat dokładnie przeciwny: wybór dokonany w wieku 14–15 lat jest znacznie bardziej nieodwracalny, niż wynikałoby to z przepisów. Rekrutacja do pierwszej klasy działa jak szeroko otwarte drzwi, które po wrześniu gwałtownie się zamykają.

Może to mieć kilka niekorzystnych konsekwencji. Pierwszą jest trwanie w niedopasowaniu. Uczeń pozostaje w szkole, która mu nie odpowiada, nie dlatego, że podjął świadomą decyzję o pozostaniu, ale dlatego, że nie znajduje realnej alternatywy. Z punktu widzenia statystyki wszystko wygląda poprawnie – uczeń realizuje obowiązek nauki. Z punktu widzenia jakości edukacji może jednak przez kolejne trzy lub cztery lata działać poniżej swoich możliwości. Drugą konsekwencją jest tworzenie systemu nierówności. Rodzina posiadająca wiedzę, kontakty, czas i możliwości finansowe jest w znacznie lepszej sytuacji. Może obdzwonić kilkadziesiąt placówek, składać indywidualne podania, korzystać ze szkoły prywatnej albo zaakceptować dłuższy dojazd. Rodzina o mniejszych zasobach społecznych i ekonomicznych pozostaje praktycznie przydzielona do pierwotnego wyboru. Formalnie prawo do zmiany szkoły jest identyczne dla wszystkich, lecz zdolność znalezienia wolnego miejsca jest nierówno rozłożona.

Trzecia konsekwencja dotyczy samego sensu polityki edukacyjnej. Wiele mówi się dziś o indywidualizacji kształcenia, dobrostanie uczniów, rozwijaniu talentów oraz dopasowaniu edukacji do predyspozycji. Mobilność pomiędzy szkołami jest jednym z najbardziej elementarnych instrumentów takiej indywidualizacji. Jeżeli system nie potrafi umożliwić uczniowi przejścia do lepiej dopasowanego środowiska, część deklaracji dotyczących podmiotowości młodego człowieka pozostaje retoryczna.

Czwarta konsekwencja ma wymiar przestrzenny. W dużych aglomeracjach liczba szkół teoretycznie zwiększa możliwość znalezienia miejsca, ale jednocześnie popularne szkoły są zazwyczaj najbardziej wypełnione. Na terenach słabiej zurbanizowanych wybór jest po prostu mniejszy, a ewentualna zmiana może oznaczać codzienny dojazd kilkadziesiąt kilometrów. Problem mobilności szkolnej spotyka się więc z problemem wykluczenia transportowego. Rzecznik Praw Dziecka zwracał w 2026 roku uwagę, że nawet organizacja egzaminów klasyfikacyjnych może powodować poważne obciążenia dla uczniów z terenów o słabej dostępności transportowej. W przypadku codziennej nauki znaczenie tej bariery jest oczywiście wielokrotnie większe.

Jest jeszcze konsekwencja piąta – brak informacji utrudnia zarządzanie całym systemem. Nie wiadomo, ile osób każdego roku poszukuje możliwości przeniesienia, z jakich powodów, między jakimi typami szkół i w których miastach problem jest największy. Nie sposób więc dobrze ocenić, czy mamy do czynienia z marginalną liczbą jednostkowych przypadków, czy z bardziej znaczącym strumieniem niezaspokojonego popytu. W systemie liczącym około 1,7 mln uczniów szkół ponadpodstawowych nawet migracja na poziomie 1% oznaczałaby kilkanaście tysięcy osób rocznie. Tymczasem ich ruch pozostaje właściwie niewidzialny jako odrębne zjawisko polityki edukacyjnej.

Nie trzeba przy tym przeprowadzać kosztownej reformy systemowej, aby sytuację istotnie poprawić. Pierwszym krokiem powinno być stworzenie publicznego, aktualizowanego rejestru wolnych miejsc nie tylko w klasach pierwszych, ale we wszystkich klasach szkół ponadpodstawowych. Powinien podawać szkołę, klasę, profil, przedmioty rozszerzone, języki obce oraz możliwość przyjęcia ucznia. Dane już dziś pozostają w dyspozycji dyrektorów i organów prowadzących; problemem jest ich brak w jednym systemie informacyjnym.

Drugim rozwiązaniem mogłoby być utworzenie niewielkiej rezerwy mobilności edukacyjnej. Nie musi ona oznaczać obowiązkowego pozostawiania kilku pustych miejsc w każdej klasie. Organ prowadzący mógłby posiadać możliwość szybkiego zwiększenia liczebności wybranych oddziałów albo utworzenia dodatkowych miejsc w sieci szkół, jeżeli wystąpi uzasadniony popyt na przeniesienia. Prawo już dziś nakłada na powiat obowiązek stworzenia miejsca dla nieletniego mieszkańca, jeżeli w prowadzonych szkołach brak wolnego miejsca do realizacji obowiązku nauki. Warto tę interwencyjną zasadę przekształcić w bardziej świadomy mechanizm mobilności.

Trzecim krokiem powinno być ujednolicenie procedury przenosin. Dzisiaj rodzic często zaczyna od telefonowania do sekretariatów szkół. W jednej placówce usłyszy, że trzeba napisać podanie, w innej że należy przynieść arkusz ocen, w kolejnej że nie ma miejsc, a jeszcze gdzie indziej, że dyrektor podejmie decyzję dopiero pod koniec sierpnia. Znacznie racjonalniejszy byłby prosty proces obsługiwany przez organ prowadzący: zgłoszenie potrzeby zmiany, wskazanie preferencji, elektroniczne porównanie dostępnych oddziałów i przekazanie sprawy odpowiedniej szkole.

Czwarty kierunek dotyczy samych różnic programowych. Obecne przepisy są stosunkowo elastyczne – pozwalają uczniom uzupełniać brakujące treści, przewidują rozwiązania związane z rozszerzeniami i językami obcymi. W praktyce potrzebne byłyby jednak standardowe narzędzia: arkusz porównania programów, plan uzupełnienia różnic, możliwość krótkoterminowych zajęć wyrównawczych oraz cyfrowe materiały pozwalające uczniowi nadrobić określony moduł. Zamiast pozostawiać każdemu dyrektorowi organizowanie takiej sytuacji od początku, system powinien obniżyć koszt przyjęcia ucznia z innej szkoły.

Najważniejsza zmiana powinna jednak nastąpić w sposobie myślenia. Polski system oświatowy został zaprojektowany przede wszystkim jako system przepływu rocznika. Uczeń rozpoczyna szkołę, przechodzi kolejne klasy i ją kończy. Wszystko, co zaburza ten liniowy przebieg, jest obsługiwane jako wyjątek. Tymczasem współczesna edukacja coraz bardziej wymaga modelu opartego na elastycznej ścieżce. Młody człowiek może się pomylić, zmienić zainteresowania, przeprowadzić, rozpocząć intensywnie trenować sport, wejść w kryzys albo po prostu dojrzeć do innego wyboru. Demografia dodatkowo sprawia, że utrzymywanie obecnego modelu będzie coraz mniej uzasadnione. MEN wskazuje, że w ciągu najbliższej dekady w przedszkolach i szkołach podstawowych ubędzie ponad milion uczniów, choć szkoły ponadpodstawowe przez pewien czas będą jeszcze obsługiwać większe roczniki. Malejąca populacja uczniów powinna być wykorzystana nie tylko do mechanicznego redukowania liczby oddziałów i szkół. Może stać się okazją do stworzenia bardziej elastycznego systemu, pozostawiającego większy margines wyboru, mobilności i korekty decyzji edukacyjnych.

Problem ucznia klasy drugiej, który chce zmienić liceum i tygodniami słyszy „nie mamy miejsc”, może wyglądać jak drobna niedogodność na marginesie wielkiego systemu edukacji. W rzeczywistości jest bardzo dobrym testem jego logiki. Pokazuje różnicę pomiędzy zagwarantowaniem człowiekowi miejsca gdzieś w systemie a stworzeniem systemu zdolnego odpowiadać na jego rzeczywiste potrzeby edukacyjne. W pierwszym przypadku uczeń jest jednostką, którą należy pomieścić. W drugim – człowiekiem przemieszczającym się po własnej ścieżce rozwoju. Polska szkoła jest całkiem dobrze przygotowana do pierwszego zadania. Z drugim radzi sobie znacznie gorzej. A w rzeczywistości młodego człowieka prawo do zmiany szkoły ma wartość dopiero wtedy, kiedy istnieje szkoła, do której rzeczywiście można się przenieść.