Tomasz Augustyn

Cicha polityka antymigracyjna będzie zgubna zarówno dla gospodarki, jak i dla spójności społecznej.

Z danych przywoływanych przez „Rzeczpospolitą”, opartych na analizach ekspertów Deloitte zawartych w „Raporcie o migracji” przygotowanym wspólnie z Instytutem Spraw Publicznych oraz Ipsos, wyłania się obraz polskiej gospodarki w coraz większym stopniu zależnej od pracy cudzoziemców. Szczególnie widoczne jest to w sektorach usług wspierających i administracyjnych, gdzie osoby pochodzące z zagranicy stanowią przeciętnie jedną czwartą zatrudnionych. Znaczący udział migrantów odnotowuje się również w hotelarstwie i gastronomii, gdzie odpowiadają za ponad 16% zatrudnienia, a także w transporcie i logistyce, gdzie ich udział przekracza 14%. Ich obecność ma również fundamentalne znaczenie dla budownictwa, które od lat zmaga się z niedoborem krajowych pracowników. Oficjalne statystyki ZUS wskazują na 1,32 mln cudzoziemców zgłoszonych do systemu ubezpieczeń społecznych, jednak liczba ta nie obejmuje wszystkich wykonujących pracę w Polsce, w tym części studentów czy pracowników sezonowych zatrudnianych w rolnictwie. Właśnie rolnictwo jest jednym z obszarów, gdzie zastąpienie migrantów pracownikami krajowymi staje się coraz mniej realne. Starsze pokolenia opuszczają rynek pracy, natomiast młodsi mieszkańcy wsi i małych miast nie są zainteresowani wykonywaniem ciężkich prac sezonowych przy zbiorach. W efekcie wiele segmentów gospodarki osiągnęło już taki poziom zależności od zagranicznych zasobów pracy, że ich nagłe ograniczenie oznaczałoby nie tylko problemy kadrowe, lecz także wzrost kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw. Rosnące koszty zatrudnienia przełożyłyby się na ceny żywności, usług gastronomicznych, usług transportowych czy inwestycji budowlanych, a w części branż mogłyby dodatkowo osłabić konkurencyjność polskiego eksportu na rynkach międzynarodowych.

Na poziomie kraju to są tylko i aż statystyki, w konkretnych branżach – zwłaszcza istotnych dla regionu bez silnego przemysłu – kwestia egzystencjalna. Zachodniopomorscy przedsiębiorcy mają swoje opowieści o dobrym kucharzu czy fachowcu w dziedzinie personelu hotelowego, po których potrafią jeździć setki kilometrów i zabiegać o nich, bo są dobrem rzadkim. Takie są realia gospodarki, tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że jako państwo realizujemy po cichu politykę wygaszania migracji zarobkowej.

Potencjalne konsekwencje takiego kierunku mogą okazać się znacznie poważniejsze niż doraźne niedobory pracowników. W pierwszej kolejności należy spodziewać się pogłębiania strukturalnych różnic rozwojowych pomiędzy regionami. Obszary dysponujące silnymi metropoliami, rozbudowanym sektorem przemysłowym, zapleczem akademickim i wyższymi wynagrodzeniami będą w stanie skuteczniej konkurować o ograniczone zasoby pracy, zarówno krajowej, jak i zagranicznej. Inaczej wygląda sytuacja regionów, których gospodarka opiera się przede wszystkim na usługach, turystyce, logistyce, rolnictwie czy przetwórstwie rolno-spożywczym. W ich przypadku dostępność pracowników staje się jednym z podstawowych warunków utrzymania aktywności gospodarczej. Oznacza to ryzyko dalszej koncentracji inwestycji, kapitału i ludności w kilku największych ośrodkach, przy jednoczesnym osłabianiu potencjału rozwojowego regionów peryferyjnych. W praktyce może to prowadzić do sytuacji, w której przedsiębiorstwa funkcjonujące poza głównymi centrami wzrostu będą coraz częściej ograniczać skalę działalności nie z powodu braku popytu, lecz z powodu braku ludzi gotowych do pracy.

Równolegle uwidacznia się problem niedostatecznie rozwiniętej kultury absorpcji migrantów. Polska gospodarka od kilkunastu lat korzysta z pracy cudzoziemców, jednak proces ten wciąż nie został w pełni przełożony na trwałe mechanizmy integracyjne, społeczne i instytucjonalne. Migranci nadal są często postrzegani wyłącznie jako tymczasowe uzupełnienie braków kadrowych, a nie jako trwały element rynku pracy i społeczności lokalnych. W efekcie debata dotycząca migracji bywa sprowadzana do emocjonalnych sporów politycznych, w których dominują uproszczenia i narracje populistyczne. Utrudnia to wypracowanie nowoczesnego modelu funkcjonowania gospodarki otwartej na mobilność pracowników, różnorodność kompetencji oraz nowe wzorce organizacji pracy. W dłuższej perspektywie brak takiej zdolności adaptacyjnej może oznaczać utratę przewag konkurencyjnych, szczególnie w warunkach starzenia się społeczeństwa i kurczących się zasobów pracy własnej.

Najbardziej niepokojącym scenariuszem byłoby jednak narastanie problemów ekonomicznych i społecznych wynikających z ograniczonych perspektyw rozwojowych. Historia wielu państw pokazuje, że stagnacja gospodarcza, malejące możliwości awansu społecznego oraz poczucie niepewności sprzyjają poszukiwaniu prostych wyjaśnień dla złożonych procesów. W takich warunkach migranci mogą stawać się wygodnym obiektem społecznych frustracji, mimo że faktycznie pełnią istotną rolę w podtrzymywaniu funkcjonowania gospodarki i usług publicznych. Zamiast być postrzegani jako część odpowiedzi na wyzwania związane z demografią, niedoborem pracowników i utrzymaniem potencjału wzrostu, mogą zostać przedstawieni jako źródło problemów, których rzeczywiste przyczyny leżą gdzie indziej. Taka sytuacja prowadziłaby do błędnego koła: ograniczanie napływu pracowników pogłębiałoby niedobory kadrowe i osłabiało rozwój gospodarczy, a pogarszające się warunki ekonomiczne wzmacniałyby nastroje niechętne migracji. Dla regionów takich jak województwo zachodniopomorskie, których rozwój opiera się na usługach, turystyce, logistyce i sektorach wymagających dużej liczby pracowników, oznaczałoby to nie tylko problem rynku pracy, lecz także wyzwanie dotyczące długofalowej konkurencyjności, zdolności przyciągania inwestycji oraz utrzymania dynamiki rozwojowej w warunkach niekorzystnych zmian demograficznych. W tym sensie polityka migracyjna przestaje być wyłącznie zagadnieniem społecznym czy administracyjnym, a staje się jednym z kluczowych instrumentów polityki rozwoju regionalnego i gospodarczego.