Tomasz Augustyn
Organizacje społeczne nie są dodatkiem do sprawnego państwa. Tworzą infrastrukturę współdziałania, docierają tam, gdzie administracja ma ograniczony dostęp. Warunkiem jest jednak zaufanie – a ono nie jest dane raz na zawsze i wymaga ciągłej odbudowy.
W debacie o kondycji państwa dużo miejsca poświęcamy jakości instytucji publicznych, sprawności administracji, zaufaniu do polityków, mediów czy wymiaru sprawiedliwości. Znacznie rzadziej traktujemy w podobnych kategoriach organizacje społeczne. Tymczasem sprawne państwo demokratyczne nie składa się wyłącznie z administracji, samorządu, rynku i gospodarstw domowych. Pomiędzy nimi istnieje jeszcze rozbudowana przestrzeń organizacji obywatelskich, fundacji, stowarzyszeń, lokalnych inicjatyw, klubów, organizacji pomocowych i środowisk eksperckich. Jeżeli ta przestrzeń traci społeczne zaufanie, nie jest to wyłącznie problem samych organizacji. Osłabieniu ulega jeden z mechanizmów umożliwiających społeczeństwu współdziałanie.
Na ten problem zwraca uwagę Joldoshbek Osmonov w analizie opublikowanej przez Foreign Policy Centre. Punktem wyjścia jest doświadczenie Azji Centralnej, Rosji, Białorusi czy Gruzji, gdzie organizacje obywatelskie mogą być systematycznie przedstawiane jako podmioty obce, reprezentujące zewnętrzne interesy albo zagrażające tradycyjnemu porządkowi społecznemu. W niektórych państwach narracji tej towarzyszą regulacje ograniczające funkcjonowanie organizacji finansowanych ze źródeł zagranicznych. Osmonov podkreśla jednak coś ważniejszego: utrata wiarygodności społeczeństwa obywatelskiego nie jest wyłącznie rezultatem działań jego przeciwników. Część odpowiedzialności znajduje się również po stronie samych organizacji – tam, gdzie stają się one nadmiernie skoncentrowane na relacjach z grantodawcami, posługują się hermetycznym językiem, mają problemy z transparentnością albo nie potrafią pokazać ludziom rzeczywistych efektów własnego działania.
Polskich realiów nie należy mechanicznie porównywać z sytuacją państw autorytarnych czy systemów ograniczających przestrzeń obywatelską. Inne są instytucje, otoczenie prawne, tradycje społeczne i możliwości działania. Mechanizm dotyczący zaufania jest jednak znacznie bardziej uniwersalny. Organizacja może wykonywać potrzebną pracę, posiadać profesjonalny zespół, prawidłowo rozliczać projekty i osiągać założone wskaźniki, a jednocześnie coraz słabiej odpowiadać społeczeństwu na podstawowe pytanie: kim jesteście, komu służycie i dlaczego mamy uważać wasze działanie za potrzebne?
W Polsce nie zaczynamy od poziomu zerowego. Organizacje społeczne są trwałym i rozbudowanym elementem życia publicznego, a aktywność obywatelska pozostaje znacząca. Według CBOS w 2026 roku 42% Polaków deklarowało poświęcanie wolnego czasu na działalność przynajmniej jednej organizacji, stowarzyszenia, ruchu, klubu lub fundacji. Najczęściej była to działalność charytatywna, sportowa, religijna oraz związana z edukacją. Nie mamy więc do czynienia z marginesem życia społecznego, lecz z ogromnym obszarem aktywności wykonywanej pomiędzy państwem, rynkiem i życiem prywatnym. Jednocześnie funkcjonuje on w społeczeństwie charakteryzującym się ograniczonym zaufaniem interpersonalnym. W badaniu CBOS z marca 2026 roku 75% respondentów uważało, że w relacjach z innymi ludźmi należy zachować daleko posuniętą ostrożność, podczas gdy jedynie 22% podzielało przekonanie, że większości ludzi można ufać. CBOS słusznie wiąże zaufanie ze zdolnością do tworzenia sieci relacji umożliwiających skuteczną współpracę. W takim społecznym otoczeniu instytucje pośredniczące mają wyjątkowe znaczenie. Organizacja społeczna jest przecież miejscem, w którym abstrakcyjne „zaufanie społeczne” otrzymuje praktyczną postać: ludzie wspólnie prowadzą klub sportowy, pomagają seniorom, organizują wydarzenie, dbają o zabytki, wspierają osoby chore, zabiegają o rozwiązanie lokalnego problemu albo tworzą ofertę edukacyjną. Dlatego utrata zaufania do organizacji społecznych oznacza coś więcej niż pogorszenie wizerunku „trzeciego sektora”. Oznacza ograniczanie infrastruktury współdziałania.
W polskich badaniach widać przy tym charakterystyczną lukę pomiędzy skalą działania organizacji a społeczną oceną ich skuteczności. Badanie Ipsos przeprowadzone w 2024 roku na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków pokazało, że 47% respondentów uważa organizacje pozarządowe za skuteczne w rozwiązywaniu ważnych problemów społecznych, ale 32% jest przeciwnego zdania. Jednocześnie 44% badanych dostrzegało w swoim najbliższym otoczeniu zmiany będące rezultatem działań organizacji. Jest to istotna różnica. Organizacje są obecne, część ich efektów jest widoczna, ale nie zawsze przekłada się to na generalne przekonanie o skuteczności sektora. Jeszcze ciekawszy jest rozdźwięk pomiędzy tym, co obywatele widzą, a tym, czego od organizacji oczekują. Polacy kojarzą działalność NGO przede wszystkim z pomocą humanitarną i społeczną – wskazuje je odpowiednio 51% i 50% respondentów. Tymczasem obok tych obszarów jako szczególnie potrzebne wskazywane są również ochrona zdrowia, rozwój lokalny i edukacja. Oczekiwania różnią się przy tym terytorialnie: w miastach relatywnie większe znaczenie przypisuje się działaniom dotyczącym demokracji, kultury czy kwestii światopoglądowych, na wsi wyraźniej akcentowane są zdrowie i pomoc społeczna.
To powinno skłaniać sektor pozarządowy do poważniejszej refleksji. Nie chodzi o podporządkowanie działalności każdorazowym wynikom sondażu ani o rezygnację z tematów trudnych czy niepopularnych. Organizacje społeczne nie istnieją wyłącznie po to, aby odtwarzać opinię większości. Często ich rolą jest właśnie reprezentowanie interesów grup słabszych, podejmowanie tematów niezauważanych oraz zwracanie uwagi na problemy, zanim staną się powszechnie dostrzegane. Powinny jednak wiedzieć, jak społeczeństwo rozumie ich działalność i dlaczego pomiędzy społecznym doświadczeniem a sposobem, w jaki sektor opisuje samego siebie, powstaje dystans. Na tym polega zasadnicza wartość diagnozy Osmonova. Jego zdaniem organizacje społeczne przegrywają czasem nie dlatego, że ich przeciwnicy mają lepsze argumenty, ale dlatego, że mają prostszą opowieść. „Obcy interes”, „życie z grantów”, „aktywiści oderwani od zwykłych ludzi”, „organizacje, których nikt nie wybrał” są narracjami łatwymi do zrozumienia. Odpowiedzią sektora bardzo często jest natomiast język projektów, rezultatów, beneficjentów, partnerstw, rzecznictwa, empowermentu, inkluzywności i kolejnych programów finansowania. Organizacje potrafią niezwykle precyzyjnie opisać swoje działania grantodawcy, a znacznie gorzej są przygotowane do wytłumaczenia ich mieszkańcowi własnej gminy.
Nie jest to wyłącznie problem komunikacyjny. Osmonov trafnie podkreśla, że zaufania nie odbudowuje się kampanią promocyjną. Najpierw potrzebne są transparentność, odpowiedzialność i skuteczność, a następnie odbudowanie bezpośredniej więzi ze społecznością. Organizacja powinna być obecna tam, gdzie są ludzie – nie tylko w mediach społecznościowych i na konferencjach, ale w szkole, lokalnej społeczności, na osiedlu czy w codziennym życiu miejscowości. Powinna posługiwać się językiem rozpoznawalnym dla ludzi oraz potrafić jasno pokazać, zarówno co robi, jak i dlaczego to robi. Polskie dane bardzo dobrze wspierają tę intuicję. Wcześniejsze badania sektora pokazywały, że bezpośredni kontakt z organizacjami wyraźnie sprzyja zaufaniu. W badaniu dotyczącym wizerunku NGO 63% Polaków deklarowało zaufanie do organizacji, a wzrost tego wskaźnika wiązano między innymi ze zwiększeniem bezpośrednich kontaktów podczas ogromnej mobilizacji pomocowej po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Ludzie zaczęli spotykać organizacje nie jako abstrakcyjny „sektor”, lecz jako konkretnych ludzi organizujących transport, zbierających rzeczy, znajdujących mieszkania, prowadzących punkty pomocy i rozwiązujących rzeczywiste problemy. Zaufanie budowało się przez doświadczenie.
To bardzo ważna lekcja. Organizacje społeczne są najbardziej przekonujące nie wtedy, kiedy mówią o swojej potrzebności, ale wtedy, kiedy można jej doświadczyć. Takiego podejścia potrzebuje także państwo. W polskiej debacie relacja państwo–NGO zbyt często przedstawiana jest w dwóch skrajnych wariantach. W pierwszym organizacje traktowane są jako naturalny przeciwnik administracji – kontroler, krytyk i podmiot formułujący wobec władzy roszczenia. W drugim stają się niemal podwykonawcami administracji, realizującymi zadania publiczne finansowane poprzez konkursy. Oba obrazy są niepełne.
Nowoczesne państwo potrzebuje organizacji społecznych również dlatego, że żadna administracja nie jest w stanie posiadać pełnej informacji o społeczeństwie. NGO działające z osobami z niepełnosprawnościami wiedzą o ich codziennych problemach rzeczy, których nie da się odtworzyć z rejestru administracyjnego. Organizacja działająca z młodzieżą szybciej zauważy zmianę zachowań niż urząd analizujący wskaźniki. Lokalne stowarzyszenie wie, dlaczego mieszkańcy konkretnej wsi nie korzystają z usługi publicznej, mimo że formalnie jest ona dostępna. Organizacje pacjenckie identyfikują bariery niewidoczne w systemowych zestawieniach ochrony zdrowia. Ta wiedza nie konkuruje z administracją. Uzupełnia jej zdolność poznawczą. Podobnie jest w sytuacjach kryzysowych. Pandemie, wojna za granicą, ruchy migracyjne, klęski żywiołowe czy lokalne kryzysy pokazują, że administracja dysponuje skalą, formalnym mandatem, środkami i strukturami, ale organizacje społeczne mogą zapewniać szybkość, znajomość konkretnych środowisk, elastyczność i sieci relacji. Z punktu widzenia odporności państwa są więc elementem infrastruktury społecznej równie realnym jak wiele elementów infrastruktury materialnej.
Nie oznacza to jednak, że sektor powinien otrzymać społeczne zaufanie niejako z urzędu. Przeciwnie. Jedną z najmocniejszych tez tekstu Foreign Policy Centre jest stwierdzenie, że zaufania nie można żądać – trzeba na nie stale pracować. Dotyczy to również Polski. Sektor pozarządowy powinien zatem krytycznie spojrzeć na własny model funkcjonowania. Najnowsze badanie „Kondycja organizacji pozarządowych 2024” pokazuje skalę zależności od systemów finansowania zewnętrznego. Środki publiczne – krajowe i zagraniczne – stanowiły 44% całego budżetu sektora. Z finansowania samorządowego korzystało 55% organizacji, ale jednocześnie 54% korzystało z darowizn osób prywatnych, a 57% ze składek członkowskich. Aż 72% organizacji deklarowało trudności związane ze zdobywaniem środków na działalność, zaś 51% problemy z płynnością finansową.
Samo finansowanie publiczne nie jest problemem. Państwo i samorządy mają powody, aby kupować usługi społeczne, wspierać aktywność obywatelską oraz finansować zadania realizowane przez organizacje. Problem powstaje wtedy, gdy obywatel zaczyna postrzegać organizację przede wszystkim jako strukturę uzależnioną od grantodawcy, a nie jako swoją własną instytucję społeczną. Dlatego dywersyfikacja źródeł finansowania ma nie tylko znaczenie ekonomiczne. Ma również znaczenie dla legitymizacji. Składka członka, niewielka darowizna mieszkańca, pomoc lokalnej firmy czy wolontariat mogą tworzyć więź społeczną, której nie daje nawet najlepiej przygotowany wieloletni projekt. W Polsce istnieje zarazem bardzo mocna podstawa do budowania takiego modelu. Relacje organizacji z samorządami są często znacznie lepsze niż może wynikać z ogólnopolskiej, silnie spolaryzowanej debaty. Według badania Klon/Jawor większość stowarzyszeń i fundacji współpracowała z samorządem również pozafinansowo – poprzez wspólne przedsięwzięcia, wymianę informacji i uczestnictwo w spotkaniach. Ocena tej współpracy w 2024 roku była najlepsza od ponad dekady. To właśnie na poziomie lokalnym może być najłatwiej odbudowywać rozumienie organizacji jako partnerów tworzących dobro wspólne, a nie reprezentantów jednego z politycznych obozów.
Dochodzimy tu do problemu szczególnie istotnego w polskich realiach: upolitycznienia społecznego obrazu organizacji. Jeżeli fundacja lub stowarzyszenie zaczyna być rozpoznawane przede wszystkim poprzez domniemaną przynależność do jednego z obozów politycznych, zdolność do budowania zaufania poza tym obozem gwałtownie maleje. Nie oznacza to, że organizacje powinny unikać kwestii publicznych, praw człowieka, demokracji, środowiska, migracji czy polityki społecznej. Byłoby to sprzeczne z istotą społeczeństwa obywatelskiego. Powinny jednak uważać, aby tożsamość organizacji nie została całkowicie zastąpiona przez jej pozycję w bieżącym konflikcie politycznym. W dłuższej perspektywie taka redukcja jest niebezpieczna zarówno dla organizacji, jak i państwa. Wytwarza logikę, według której każda zmiana polityczna oznacza także zmianę „właściwego” zestawu organizacji społecznych. Jedne otrzymują dostęp do instytucji i finansowania, inne go tracą, po czym sytuacja może odwrócić się po kolejnych wyborach. Społeczeństwo obywatelskie przestaje wtedy być trwałą przestrzenią pośredniczącą pomiędzy obywatelem a państwem, a zaczyna funkcjonować jako przedłużenie politycznej polaryzacji.
Potrzebujemy czegoś przeciwnego: organizacji zakorzenionych na tyle mocno, aby ich wiarygodność nie zależała wyłącznie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Odbudowa zaufania wymaga zatem kilku zmian równocześnie. Potrzebna jest większa przejrzystość finansowa i organizacyjna, ale w formie zrozumiałej dla zwykłego obywatela, a nie tylko dla kontrolera projektu. Potrzebne jest pokazywanie rezultatów: nie liczby konferencji, uczestników czy publikacji, ale tego, co wskutek działania organizacji realnie zmieniło się dla ludzi. Potrzebne jest większe zakorzenienie finansowe i społeczne, stała obecność w lokalnych wspólnotach oraz język pozbawiony środowiskowego żargonu. Potrzebna jest także gotowość do wysłuchania ludzi, którzy organizacjom nie ufają, zamiast automatycznego uznawania ich nieufności za rezultat niewiedzy, manipulacji albo złych intencji. W tym właśnie sensie najważniejsza teza Osmonova powinna zostać potraktowana poważnie także w Polsce. Organizacje obywatelskie nie mogą zakładać, że ponieważ działają dla dobra publicznego, społeczeństwo automatycznie będzie je za takie uważało. Legitymizacja nie jest nadawana raz na zawsze.
Potrzebuje jej również samo państwo. W społeczeństwie o niskim poziomie zaufania interpersonalnego, poddanym politycznej polaryzacji, presji dezinformacyjnej, przemianom demograficznym i rosnącej niepewności geopolitycznej nie wystarczy wzmacniać administracji, służb i infrastruktury. Potrzebne są także struktury zdolne łączyć ludzi, budować sieci współpracy, mobilizować społeczności i tworzyć przestrzeń działania pomiędzy jednostką a państwem. Silne organizacje społeczne nie osłabiają silnego państwa. Są jednym z warunków jego siły. Nie dlatego, że mają zastąpić administrację. Nie dlatego, że zawsze mają rację. Nie dlatego, że należy zwolnić je z kontroli czy krytyki. Ich znaczenie polega na tym, że społeczeństwo posiada dzięki nim dodatkową zdolność samoorganizacji, reagowania, przekazywania wiedzy, reprezentowania interesów i wykonywania działań, których żadna scentralizowana struktura nie będzie w stanie realizować równie skutecznie.
Dlatego odbudowa zaufania do organizacji społecznych powinna być traktowana nie jako branżowy problem NGO, lecz jako element polityki wzmacniania odporności społecznej Polski. Odpowiedzialność spoczywa tu po obu stronach. Państwo i samorządy powinny tworzyć stabilne, pluralistyczne i przewidywalne warunki funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Same organizacje muszą natomiast ponownie udowadniać swoją użyteczność, przejrzystość i zakorzenienie.
Ostatecznie bowiem najlepszym zabezpieczeniem organizacji społecznej nie jest grant, ustawa ani przychylność aktualnej administracji. Jest nim społeczność, która wie, po co dana organizacja istnieje, widzi rezultaty jej pracy i uważa ją za swoją. Właśnie o taki rodzaj zaufania trzeba dziś ponownie zabiegać.
