Polski sukces stworzył nowe pytanie: czy potrafimy działać również tam, gdzie nie prowadzą nas niemieckie łańcuchy dostaw, fundusze europejskie, wspólny rynek i geograficzna bliskość?

Polacy nie mają większego problemu z przekonaniem samych siebie, że są narodem wyjątkowym. Mamy za sobą historię, która dostarcza do tego wystarczająco dużo argumentów, mamy silną kulturę, przywiązanie do własnej odrębności i szczególną skłonność do mierzenia siebie z innymi. W ostatnich latach otrzymaliśmy dodatkowo argument niezwykle mocny: sukces gospodarczy. Polska przestała być europejskim krajem nadrabiającym najbardziej elementarne zapóźnienia, a zaczęła należeć do państw, które mogą wskazywać na trzy dekady imponującej konwergencji, rozbudowę infrastruktury, rosnące przedsiębiorstwa, coraz większy rynek wewnętrzny i wyraźnie większe znaczenie polityczne.

To zmienia nasze samopoczucie. Coraz rzadziej patrzymy na Zachód z bezwarunkowym podziwem. Niemcy mają problemy ze swoim modelem przemysłowym, Francja z finansami publicznymi i napięciami społecznymi, południe Europy od dawna mierzy się ze strukturalnymi słabościami, a cała Unia Europejska szuka odpowiedzi na utratę części przewag technologicznych i demograficzne starzenie się kontynentu. Łatwo więc dojść do przekonania, że skoro przez ostatnie trzy dekady rozwijaliśmy się szybciej od wielu bogatszych państw, to może rzeczywiście odkryliśmy jakąś własną receptę na sukces.

Dlatego też dobrze czasami wyjechać myślami poza Europę. Filipiny są pod tym względem dla Polski niezwykle interesującym lustrem. Nie dlatego, że powinny stać się kolejnym państwem, z którym będziemy się porównywać. Przeciwnie. Ich znaczenie polega na tym, że zmuszają do opuszczenia wygodnego europejskiego układu odniesienia. Pokazują świat, w którym Polska nie jest ani szczególnie duża, ani oczywista, ani powszechnie znana. A jednocześnie pokazują gospodarkę, która sama ma coraz więcej powodów, aby myśleć o sobie jako o jednym ze zwycięzców globalnej transformacji.

Warto uświadomić sobie skalę zmiany. W sierpniu 2026 roku Bank Światowy potwierdził wejście Filipin do grupy państw o wyższym średnim dochodzie. Jest to rezultat dwóch dekad wzrostu, reform gospodarczych, inwestycji publicznych i stopniowej poprawy poziomu życia. W latach 2010–2023 gospodarka rozwijała się przeciętnie o 5,2 proc. rocznie, a od 2010 roku powstało ponad 11,7 mln miejsc pracy. Nie oznacza to oczywiście gospodarki pozbawionej problemów. W 2026 roku wzrost wyraźnie zwolnił, a Bank Światowy wskazuje na osłabienie inwestycji, niepewność oraz presję cen energii. Właśnie dlatego warto unikać zarówno idealizowania Filipin, jak i protekcjonalnego patrzenia na nie przez pryzmat europejskiego poziomu dochodów. Ciekawsze jest coś innego: to kraj znajdujący się w ruchu. Jeszcze w 2000 roku nominalny PKB Filipin wynosił według Banku Światowego około 84 mld dolarów. W 2025 roku było to już około 487 mld dolarów. Za tymi liczbami stoi ponadstumilionowe społeczeństwo, młody rynek pracy, ogromny rynek konsumpcyjny i gospodarka coraz mocniej włączona w azjatyckie łańcuchy wartości.

W rozmowie opublikowanej przez Instytut Studiów Regionalnych Nicanor S. Bautista z Filipińskiego Centrum Handlu i Inwestycji zwraca uwagę na kilka parametrów szczególnie interesujących z polskiej perspektywy: około 52 mln pracowników, bardzo młodą strukturę demograficzną, szeroką znajomość języka angielskiego oraz położenie umożliwiające dotarcie w ciągu kilku godzin do najważniejszych gospodarek Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Filipiny przedstawiają siebie nie tylko jako własny rynek, lecz również jako potencjalną platformę wejścia do liczącej setki milionów konsumentów przestrzeni ASEAN.

Rozmowa ISR: „Nicanor S. Bautista: Filipiny to środowisko przyjazne dla polskiego biznesu”

Europejczyk przybywający do Azji Południowo-Wschodniej może nieświadomie zabrać ze sobą stary sposób myślenia: my dysponujemy technologią, kapitałem, instytucjami i know-how, a druga strona potrzebuje naszego doświadczenia. W przypadku Polski dochodzi do tego szczególny paradoks. Sami przez dziesięciolecia irytowaliśmy się, kiedy zachodni partnerzy traktowali nas jako tańszą, mniej rozwiniętą i wymagającą modernizacji część Europy. Teraz, gdy odnieśliśmy sukces, bardzo łatwo możemy zacząć reprodukować dokładnie ten sam sposób patrzenia wobec innych. Filipiny są dobrym lekarstwem na tę przypadłość.

To nie jest gospodarka czekająca, aż Europa nauczy ją nowoczesności. Filipiny posiadają rozwinięty sektor elektroniki i półprzewodników, są ważnym ogniwem procesów montażu, testowania i pakowania komponentów, mają ogromny sektor usług biznesowych, kompetencje IT, cyberbezpieczeństwa i usług dla ochrony zdrowia. Mają przemysł stoczniowy, zaplecze produkcyjne i wielki program infrastrukturalny. W rozmowie ISR wskazywany jest rządowy program „Build Better More” obejmujący 198 flagowych przedsięwzięć infrastrukturalnych o wartości około 156 mld dolarów. Co więcej, ten kraj znajduje się w środku najbardziej dynamicznego makroregionu gospodarczego świata. Filipiny uczestniczą w ASEAN i RCEP oraz szeregu regionalnych porozumień handlowych. Z polskiej perspektywy szczególnie interesująca jest możliwość potraktowania ich jako jednego z punktów dywersyfikacji produkcji i łańcuchów dostaw w modelu „China+1”.

Nie jedziemy więc do Manili z centrum świata na jego peryferie. Jedziemy z jednego szybko rozwijającego się kraju do drugiego. I to zasadniczo zmienia charakter rozmowy.

Prawdziwym testem polskiego sukcesu nie jest już doganianie Niemiec Przez trzy dekady polski rozwój miał bardzo czytelny kierunek geograficzny. Naszym naturalnym punktem odniesienia była Europa Zachodnia. Tam znajdowały się kapitał, technologie, największe rynki eksportowe, modele instytucjonalne i aspiracje konsumpcyjne. Polska gospodarka została niezwykle skutecznie włączona w europejski system produkcyjny. To był sukces. Ale sukces ten stworzył nowe pytanie: czy potrafimy działać również tam, gdzie nie prowadzą nas niemieckie łańcuchy dostaw, fundusze europejskie, wspólny rynek i geograficzna bliskość? To znacznie trudniejszy egzamin z dojrzałości gospodarczej.

Jeżeli polskie przedsiębiorstwa rzeczywiście stały się konkurencyjne, powinny być zdolne do samodzielnej ekspansji na odległe rynki. Jeżeli polskie instytucje gospodarcze są dojrzałe, powinny umieć przez wiele lat konsekwentnie budować obecność w państwie oddalonym o ponad 9 tys. kilometrów. Jeżeli dysponujemy technologiami wartymi umiędzynarodowienia, powinniśmy potrafić sprzedawać je nie tylko tam, gdzie jesteśmy już elementem europejskich łańcuchów wartości. Filipiny mogą więc być dla Polski czymś znacznie ważniejszym niż kolejnym rynkiem eksportowym. Mogą być testem naszej zdolności do samodzielnej internacjonalizacji.

Największym błędem byłoby sprowadzenie relacji polsko-filipińskich do kilku misji gospodarczych, konferencji, podpisanych memorandum i okazjonalnych transakcji. W ten sposób nie buduje się pozycji na drugim końcu świata. Buduje się ją obecnością. Oficjalne polskie informacje dotyczące współpracy gospodarczej pokazują, jak niewielka była dotychczas skala wzajemnych relacji. Wśród polskich przedsięwzięć inwestycyjnych wymieniane są pojedyncze projekty w IT, usługach, turystyce i produkcji. Z drugiej strony filipiński kapitał jest już obecny w Polsce, między innymi w terminalu kontenerowym w Gdyni oraz nieruchomościach. To dobry początek, ale trudno jeszcze mówić o relacji odpowiadającej potencjałowi obu gospodarek.

Widać jednak zmianę. Od 2025 roku rozwijana jest seria Polsko-Filipińskich Dialogów Inwestycyjnych, a w czerwcu 2026 roku kolejne spotkanie odbyło się już w Manili z udziałem polskich i filipińskich przedsiębiorstw oraz instytucji odpowiedzialnych za inwestycje. To ważne, ale dopiero początek. Jeśli Polska rzeczywiście chce być obecna na Filipinach, potrzebuje czegoś więcej: ludzi znających lokalny rynek, trwałych partnerstw przedsiębiorstw, kontaktów między uczelniami, samorządami i organizacjami gospodarczymi, wspólnych przedsięwzięć inwestycyjnych, przepływu technologii w obie strony oraz firm, które potraktują Manilę nie jako miejsce jednorazowej sprzedaży, ale jako regionalną bazę działalności. Przyczółek gospodarczy powstaje wtedy, gdy następna polska firma wchodząca na Filipiny nie zaczyna już od zera.

Najciekawsze możliwości pojawiają się właśnie tam, gdzie kompetencje obu gospodarek mogą być komplementarne. W rozmowie ISR wskazywane są technologie rolno-spożywcze, mleczarstwo, technologie szklarniowe i opakowaniowe, drony, komponenty dla energetyki odnawialnej, technologie stoczniowe, rozwiązania dla sektora obronnego oraz przetwarzanie surowców mineralnych jako obszary potencjalnego zainteresowania polską ofertą. Jednocześnie Filipiny dysponują własnymi kompetencjami w elektronice, półprzewodnikach, IT, usługach biznesowych, przemyśle morskim i produkcji. To otwiera znacznie ciekawszą perspektywę niż zwykły eksport. Polska może być dla filipińskich przedsiębiorstw punktem wejścia do Unii Europejskiej. Filipiny mogą być dla polskich przedsiębiorstw jednym z punktów wejścia do ASEAN i szerzej – Azji. Polski kapitał, technologie przemysłowe i doświadczenia transformacyjne mogą spotkać się z filipińskim kapitałem ludzkim, kompetencjami technologicznymi, produkcją i dostępem do regionalnego rynku. Wówczas relacja przestaje mieć charakter asymetryczny: „my przywozimy rozwiązania, oni je kupują”.

Polska przez ostatnie trzy dekady udowodniła, że potrafi znakomicie wykorzystać warunki stworzone przez integrację europejską. Potrafiliśmy przyciągać inwestycje, modernizować przedsiębiorstwa, rozwijać eksport, wykorzystywać fundusze europejskie i włączać się w międzynarodowe łańcuchy produkcji. Teraz zaczyna się trudniejszy etap. Nie wystarczy już być dobrym podwykonawcą, atrakcyjnym miejscem inwestycji i sprawnym beneficjentem integracji. Dojrzała gospodarka sama tworzy sieci współpracy, inwestuje za granicą, buduje marki, organizuje łańcuchy wartości i potrafi zdobywać pozycję na rynkach, na których nikt na nią nie czeka. Filipiny są do tego znakomitym miejscem.

Są wystarczająco duże, aby sukces miał znaczenie. Wystarczająco odległe, aby nie można było oprzeć go na geograficznej bliskości. Wystarczająco dynamiczne, aby nie przyjmowały każdej europejskiej propozycji tylko dlatego, że pochodzi z Europy. I wystarczająco silnie osadzone w Azji, aby powodzenie na tym rynku mogło otworzyć kolejne drzwi. Dlatego spotkanie Polski z Filipinami ma również wymiar psychologiczny. Tam nie wystarczy powiedzieć, że Polska rozwija się szybciej od Niemiec, że jesteśmy jedną z największych gospodarek Unii albo że dokonaliśmy udanej transformacji. Trzeba zaoferować coś, czego druga strona rzeczywiście potrzebuje. Trzeba zrozumieć lokalną kulturę biznesową. Trzeba znaleźć partnerów. Trzeba być obecnym przez lata. Trzeba zdobyć zaufanie. A przede wszystkim trzeba nauczyć się traktować partnera nie jako ucznia europejskiej modernizacji, lecz jako współtwórcę własnego sukcesu.

Jeżeli rzeczywiście staliśmy się tak silni, dynamiczni i przedsiębiorczy, jak coraz częściej sami o sobie mówimy, powinniśmy potrafić zrobić coś więcej niż odnosić sukces w dobrze znanej przestrzeni europejskiej. Powinniśmy umieć zbudować na drugim końcu świata miejsce, w którym Polska będzie rozpoznawana, szanowana i potrzebna. Filipiny mogą być jednym z pierwszych poważnych sprawdzianów, czy polski sukces osiągnął już właśnie ten poziom.