Chcę nowego Szczecina zamiast starej Łodzi i Gdyni
Patrząc dziś na świętującą stulecie powstania Gdynię, widzimy w niej przede wszystkim symbol odrodzonej po zaborach polskiej państwowości – znak suwerenności, ambicji i determinacji, by odzyskać dostęp do morza i włączyć się w globalny obieg gospodarczy. W tej opowieści Gdynia funkcjonuje jako emblemat narodowego sukcesu: miasta zbudowanego niemal od podstaw, nowoczesnego portu, który miał stać się bramą Polski na świat. To symboliczne „wyjście na morze” było w międzywojniu projektem politycznym i cywilizacyjnym zarazem. Dziś jednak, patrząc na realną skalę wykorzystania naszego potencjału morskiego i przemysłowego, trudno oprzeć się wrażeniu, że ten historyczny gest pozostał w dużej mierze niespełnioną obietnicą. Dostęp do morza mamy, ale jego gospodarcze znaczenie wciąż nie odpowiada potencjałowi kraju naszej wielkości i ambicji. W tym sensie Gdynia może być także symbolem niewykorzystanych możliwości – wielkiego projektu, który w kolejnych dekadach nie został w pełni rozwinięty.
Być może dlatego dla zrozumienia wyzwań polskiej gospodarki w roku 2026 bardziej adekwatnym punktem odniesienia niż międzywojenna Gdynia jest Łódź przełomu XIX i XX wieku. Tamta Łódź była przestrzenią gwałtownej, często brutalnej transformacji ekonomicznej i społecznej. W krótkim czasie stała się jednym z najważniejszych ośrodków przemysłowych w tej części Europy, miejscem, gdzie ścierały się różne systemy polityczne, kultury i modele kapitalizmu. Była sceną dynamicznych procesów modernizacyjnych, ale też konfliktów klasowych, napięć narodowych i zmian obyczajowych. Jej obraz – utrwalony w literackiej wizji „Ziemi obiecanej” i filmowej interpretacji – pokazuje rzeczywistość surową, niemal darwinowską, w której sukces wymagał bezwzględnej determinacji, odwagi i gotowości do ryzyka. W tym świecie młode pokolenie musiało zderzyć się z pokoleniem ojców. Wyzwolenie się spod narzuconych form, obyczajów i ograniczeń było warunkiem wejścia w dorosłość – w życie rozumiane jako samodzielne działanie, budowanie własnej pozycji i własnego majątku. Dla młodych przedsiębiorców tamtej epoki – niezależnie od narodowości, dla Karola Borowieckiego i Maksa Bauma – oznaczało to często konieczność symbolicznego, a czasem niemal fizycznego przekroczenia granicy wyznaczonej przez poprzednią generację. Nowy świat miał należeć do nich. Nowa fabryka, nowe miasto, nowy przemysł – to wszystko musiało powstać z ich inicjatywy, nawet jeśli droga prowadziła przez bankructwa, konflikty czy społeczne napięcia. W tej logice nie było miejsca na półśrodki. Jeśli ktoś chciał być podmiotem, a nie tylko uczestnikiem procesu gospodarczego, musiał podjąć ryzyko stworzenia czegoś własnego.
Na ten obraz nakładała się rywalizacja ekonomiczna i kulturowa. W ówczesnej Łodzi funkcjonowało silne przekonanie, że Polacy nie są stworzeni do prowadzenia wielkiego przemysłu – że ich rolą jest raczej praca w fabrykach należących do Niemców lub innych przedsiębiorców. Narracja ta była jednym z elementów społecznej hierarchii i gospodarczej dominacji. Tymczasem bohaterowie „Ziemi obiecanej” próbują tę hierarchię przełamać. Chcą mieć własną fabrykę, własny kapitał, własny pałac. Nawet jeśli po drodze ponoszą porażki, ich ambicja polega na tym, by nie być jedynie wykonawcami cudzych planów. Chcą tworzyć. To właśnie ta energia – mieszanka pychy, odwagi i bezkompromisowej przedsiębiorczości – budowała przemysłową potęgę miasta.
Kiedy patrzę na tę wizję dziś, trudno nie zestawić jej ze współczesnymi polskimi sporami o tak zwany local content, czyli udział krajowego przemysłu w wielkich projektach infrastrukturalnych i technologicznych. Szczególnie wyraźnie widać to w sektorze energetyki wiatrowej, który ma być jednym z filarów transformacji energetycznej w Europie. W teorii projekty tej skali powinny stwarzać ogromną przestrzeń dla rozwoju krajowych przedsiębiorstw – dla budowy kompetencji technologicznych, zaplecza produkcyjnego i nowych łańcuchów dostaw. W praktyce jednak polski przemysł bardzo często otrzymuje jedynie niewielki fragment wartości dodanej generowanej przez te inwestycje. Najbardziej zaawansowane komponenty technologiczne powstają gdzie indziej, a krajowe firmy uczestniczą głównie w pracach pomocniczych lub wykonawczych. Oficjalna narracja każe nam traktować to jako sukces – jako dowód włączenia Polski w globalne łańcuchy produkcji. Jednak z perspektywy długofalowego rozwoju gospodarczego trudno uznać taką sytuację za satysfakcjonującą. Jeśli lokalny udział w wielkich inwestycjach ogranicza się do marginalnych elementów, to zamiast budować własną zdolność produkcyjną i technologiczną, pozostajemy jedynie zapleczem wykonawczym dla zewnętrznych podmiotów. W takim modelu trudno mówić o prawdziwej modernizacji przemysłowej. To raczej reprodukcja peryferyjnej pozycji w globalnym systemie gospodarczym.
Nie chodzi przy tym o brak zdolności czy ambicji. Polska gospodarka wielokrotnie udowadniała, że potrafi budować nowoczesne przedsiębiorstwa i rozwijać zaawansowane technologie. Problem polega raczej na pewnym mentalnym minimalizmie – na skłonności do zadowalania się rolą podwykonawcy, zamiast dążyć do roli współtwórcy i właściciela technologii. W efekcie zamiast projektów na miarę międzywojennej Gdyni czy przemysłowej Łodzi często otrzymujemy jedynie fragmenty większej całości, których znaczenie dla długofalowego rozwoju jest ograniczone.
Z takim podejściem trudno będzie zbudować nowy impuls modernizacyjny. Nie powstanie w ten sposób ani nowa Gdynia, ani nowa Łódź. Pozostaniemy raczej wykonawcami cudzych projektów, gotowymi uczestniczyć w odbudowie czy modernizacji innych regionów świata, ale niezdolnymi do stworzenia własnej, silnej struktury przemysłowej. Historia pokazuje jednak, że prawdziwe przełomy gospodarcze zawsze wymagają czegoś więcej niż ostrożnej kalkulacji – wymagają ambicji, odwagi i przekonania, że warto podjąć ryzyko. Dlatego tak ważna jest kwestia local content rozumiana nie jako przywilej czy aspekt protekcjonizmu, lecz jako element strategii rozwojowej. Udział krajowego przemysłu w wielkich inwestycjach nie powinien być traktowany jako gest dobrej woli ze strony globalnych koncernów, lecz jako świadomie wynegocjowany mechanizm budowania kompetencji i potencjału technologicznego. To właśnie w takich projektach rodzą się nowe gałęzie przemysłu, nowe specjalizacje i nowe rynki. Takie projekty – jak widać – musimy sami wymyślać i wdrażać. Tego musimy oczekiwać od ambitnego państwa.
W regionach o silnych tradycjach przemysłowych – takich jak miasta stoczniowe nad Odrą i Bałtykiem – ta logika powinna być szczególnie widoczna. Jeśli mówimy o gospodarce morskiej, to jej naturalnym rozwinięciem powinno być nie tylko utrzymywanie istniejącej infrastruktury czy budowa niewielkich jednostek pomocniczych, ale także rozwijanie zdolności projektowania i produkcji nowoczesnych statków, konstrukcji offshore czy zaawansowanych systemów energetycznych. Tylko w ten sposób można wyjść poza rolę peryferyjnego zaplecza technologicznego. W tym sensie potrzebujemy dziś nie tyle nostalgii za dawnymi symbolami modernizacji, ile nowej fali ambicji gospodarczej. Historia Gdyni i Łodzi pokazuje, że wielkie projekty powstają wtedy, gdy pojawia się pokolenie gotowe zakwestionować istniejący porządek i stworzyć coś własnego. Takie momenty zawsze wiążą się z konfliktem pokoleń – z napięciem między doświadczeniem starszych a energią młodszych. Nowe pokolenie nie może jedynie kontynuować tego, co zbudowali jego poprzednicy. Musi znaleźć własną drogę. Dlatego stawiam znów pytanie o bunt młodych – o ich gotowość do przekroczenia ograniczeń, które wydają się dziś oczywiste. Historia gospodarcza uczy, że rozwój rzadko jest procesem spokojnym i linearnym. Najczęściej rodzi się z napięć, sporów i prób przekroczenia istniejących granic. Jeśli nowe pokolenie przedsiębiorców, inżynierów i menedżerów ma stworzyć własną „ziemię obiecaną”, nie zrobi tego poprzez akceptację peryferyjnej roli w globalnej gospodarce. Nie możemy się zgodzić na tak mało, jak dziś leży na stole.
Współczesna „ziemia obiecana” nie będzie dana z zewnątrz. Nie pojawi się jako gotowy projekt ani jako efekt łaskawego przyzwolenia silniejszych partnerów. Będzie tylko taka, jaką sami zbudujemy – wykorzystując doświadczenia wcześniejszych pokoleń, ale jednocześnie unikając ich błędów. W tym sensie historia Gdyni i Łodzi nie jest jedynie opowieścią o przeszłości. To także przypomnienie, że modernizacja wymaga odwagi myślenia i działania. A przede wszystkim wymaga ludzi, którzy są gotowi wziąć odpowiedzialność za przyszłość.
