Tomasz Augustyn

Film oglądany dla czegoś więcej niż intryga jest źródłem wiedzy o naszym świecie. Jak nowe polskie seriale (nie)pokazują Polski regionalnej?

Jednym z ważniejszych atutów polskich produkcji filmowych ostatnich lat jest dbałość o realia, w które wpisana jest fabuła. Czasem to wręcz ich największy atut, troska o scenografię i wierność szczegółom jest wartością sama w sobie, przynosi estetyczną przyjemność nakładającą się na inne wrażenia. W związku z tym istotnymi bohaterami filmów oraz przedmiotem debat widzów i krytyków stają się miasta, czasy, okoliczności, w których dzieje się akcja filmów.

Ostatnie miesiące przyniosły co najmniej dwa seriale Netflixa, którym warto w tym kontekście poświecić uwagę. Dużo mówi się o „Ołowianych dzieciach” Maciej Pieprzycy przypominających historię lekarki walczącej o zdrowie dzieci w katowickich Szopienicach. Śląsk w kilku wymiarach jest kluczowym bohaterem tej opowieści. Przede wszystkim w tym najbardziej naturalistycznym – jak wielokrotnie podkreślają bohaterowie „huta ich żywi” i na wiele sposobów stwarza, ale też zdaniem lekarki znajdującej stopniowo coraz większe zrozumienie dla swoich racji – truje i zabija. Akcja toczy się zatem w cieniu huty niczym wielkiego zamczyska z powieści Franza Kafki, punktu centralnego fizycznej i mentalnej mapy obszaru. Kontrapunkt dla niej stanowi codzienność przyzakładowych familoków nie oddzielonych od przemysłowego molocha żadnym ogrodzeniem ani barierą intymności. W tym świecie wszystko należy do huty i wszystko jest tu Śląskiem, połączone ostentacyjnie zanieczyszczonym powietrzem, w którym nieustannie unosi się pył. Ponad tą rzeczywistością wznoszą się pałace władzy, dla których huta, jej pracownicy i ich rodziny są figurami w grze o władzę. Ten wymiar podano w konwencji zderzenia dwóch osobowości i postaw – poczciwego i otoczonego nimbem gospodarza z prawdziwego zdarzenia wojewody Jerzego Ziętka oraz partyjnego karierowicza Zdzisława Grudnia. Ich konflikt to też arena określonej wizji regionu. Jego los i pozycja zasadzają się na dynamice procesu gospodarczego i politycznego, potencjale, który wynosi do stanowisk i pozwala zahaczyć się o wielką politykę (wizytę Leonida Breżniewa), ale który zarazem pomiata losem zwykłych ludzi. Ten Śląsk i w takim sensie jest machiną, która stwarza i zabija. Oglądamy go niczym figurę fatum ze starożytnych mitologii, nieobecne i bezosobowe bóstwo przewalające się przez jednostkowe życie i bezlitosne dla ludzkiej słabości.

Skupiając się na mechanizmach film nie pozostawia szczególnie miejsca i nie rozprasza uwagi na bohaterów i te sfery życia, które ilustrują historiozoficznych zmagań. Jest tu zatem wiele widokówek ze śląskiego pejzażu miasta, są gołębie, osiedlowa pijalnia piwa, kurz podwórek, gwara i kościół, ale to wszystko przede wszystkim scenografia. Charakterystyczne jest, że emocja mieszkańców sprowadzona zostaje – pod wpływem sanitarnej presji – do postulatu otrzymania nowego mieszkania. Nie widać w serialu emocji, motywacji i postaw związanych z życiem w tym a nie innym osiedlu, trwającym przecież z pokolenia na pokolenie, nie widać dramatu odchodzenia, tak jakby te familoki naprawdę były jedynie częścią huty, a nie rodziny i losu.

Reżyser nie potrafi się zdecydować, czy kreśli historię kryminalną, przypowieść egzystencjalną czy dramat polityczny z ludzką jednostką w tle. Napięcie między dwojgiem głównych bohaterów udaje się zarysować, ale zostaje porzucone. Netflixowy format miniserialu rozwadnia zatem potencjalnie atrakcyjny materiał na spójną dwugodzinną fabułę i zaczyna nużyć jeszcze przed połową serii. Wymieszanie konwencji nie jawi się tu jako celowy zabieg, ale skutek, wypadkowa godzenia kamieni milowych narracji z próbą budowy i utrzymania napięcia opartego na nieprzystających do siebie filarach. Technologia produkcji hutniczej, kariera polityczna, narastanie społecznego buntu, rozwój choroby i jej profilaktyka, wybuch i rozwój uczucia między ludźmi, praca naukowa – w życiu każde z nich dzieje się w swoim tempie. Logika filmowej narracji może być nimi karmiona, ale niespójnością planów czasowych może się też dławić. Mi najbardziej szkoda właśnie Śląska, który w jednym ze w swych najciekawszych momentów nie potrafi tu tak naprawdę dojść do głosu. Paradoksalnie wygrywa więc ton Zdzisława Grudnia i jego przekaz „żeśmy zrobili”. Tego Śląska nie zamieszkują ludzie, tylko figury i mechanizmy, które łatwiej zarysować niż w konsekwencji zrozumieć.

Drugie rozczarowanie, jakie w tym kontekście domaga się wspomnienia, stanowi dla mnie „Heweliusz” Jana Holoubka. Tu także uznanie budzi scenograficzna dbałość o konkret, uważne spojrzenie na realia wczesnych lat 90. w Polsce uczącej się kapitalizmu. W tym przypadku widz ogląda Szczecin, Świnoujście i Stargard, wchodzi w środowisko marynarzy i urzędników oraz ich rodzin. Tu także otrzymuje propozycję opowieści o interesach władzy, która niszczy ludzi nawet po śmierci. Film Holoubka chwalony jest z techniczną sprawność, korzysta na niejednoznaczności prawdy o przyczynach katastrofy, próbuje wzbudzić kontrowersję podsuwając nowe tropy dla rozwikłania zagadki. Ja – siłą rzeczy – staram się tu także zobaczyć Szczecin i Wybrzeże, podobnie jak u Pieprzycy widzę zaś głównie widokówki. Na Pomorze przyjechała kamera, ale nie zobaczyła i nie pokazał wiele więcej, niż mogłaby dojrzeć niż w Krakowie. Reżyserowi wyraźnie nie podoba się ta Polska, ale on także nie wykazuje ochoty jej zrozumienia. Zupełnie tak, jakby procesy działy się poza racjami, dążeniami, namiętnościami ludzi – z wyjątkiem okropnych polityków. I w tym miniserialu nie znajdzie się wiele więcej prawdy o Wybrzeżu tamtego czasu, niż ta sprowadzająca się do przemytu, przekrętu i przechyłu (promu). Po prawdzie ten prom mógłby zatonąć na Śląsku, podobnie jak huta może stanąć, dymić i umierać w Szczecinie (faktycznie, może). Ergo, Szopienice i Stołczyn, jedna bajka, jeden film.

Intryga i filmowa technologia to za mało na taką obietnicę i 10 godzin życia przed ekranem. Mniejsza już o realizatorskie nieścisłości, lepsze czy gorsze kreacje aktorskie. Rzecz w tym, jak umiemy i uczymy się na siebie patrzeć. Staram się przebić poza stereotypy Śląska bywając tam sporadycznie, ale także w niedalekiej przyszłości poszukując głębszej prawdy o tym, jaki i dlaczego dzisiaj jest. Wyobrażam sobie, że wielu mieszkańców Polski podobnie chciałoby móc uczciwiej i uważniej przyjrzeć się Wybrzeżu. Mam wrażenie, że akurat w tym żaden z przywołanych seriali nie pomaga. Film i każde dzieło artystyczne nic nie „musi”, ale przecież tak wiele „może”. Może zatem szkoda zawężenia w nich sprawnej pracy scenograficznej i kontekstowej do warstwy wizualnej. Nie daje większej i dłuższej satysfakcji takie podejście, jak zaprezentowane z finansowanego przy udziale środków Podkarpacia w „Zamachu na papieża” Władysława Pasikowskiego. Bohater łowi tam ryby w Dunajcu i trenuje strzelanie na wyrobisku, co równie dobrze mógłby robić w Szczawnicy czy nad Wigrami. Ani wydającemu pieniądze na te „reklamę”, ani mi jako „konsumentowi” nic to nie przynosi.