Tomasz Augustyn

Rosyjskie uderzenia w ukraińską energetykę mogą wywołać nową falę uchodźczą, której skutki odczuje także Pomorze Zachodnie.

Rosyjska kampania przeciwko ukraińskiej energetyce wchodzi w kolejną fazę w szczególnie niebezpiecznym momencie. Do rozpoczęcia sezonu grzewczego pozostaje niewiele czasu, ukraiński system energetyczny ledwo funkcjonuje po kilku latach systematycznego niszczenia, a intensywność rosyjskich ataków powietrznych ponownie rośnie. W ostatnich dniach uderzenia na Kijów i inne miasta mają charakter niemal ciągły, a użycie nowych, szybszych dronów znacząco zwiększyło presję na obronę przeciwlotniczą i codzienne funkcjonowanie ludności. Reuters odnotował na początku września sześć kolejnych dni intensywnych ataków na Kijów, a 5 września opisywał już zmianę charakteru kampanii – od dominujących wcześniej uderzeń nocnych w stronę ataków występujących praktycznie przez całą dobę. Tylko w sierpniu Rosja miała użyć przeciwko Ukrainie ponad 2,8 tys. nowych szybkich dronów odrzutowych.

Równolegle ponownie uderzana jest infrastruktura energetyczna. Na początku września ataki powodowały przerwy w dostawach energii w kilku regionach jednocześnie, szczególnie trudna sytuacja wystąpiła w obwodzie odeskim, a 3 września nowe wyłączenia odnotowywano m.in. w obwodach kijowskim, czernihowskim, charkowskim, donieckim i zaporoskim. Nie jest to presja na system znajdujący się w stanie wyjściowym z 2022 roku. Według danych przywoływanych przez Energy Community około 70% przedwojennych zdolności wytwarzania energii w Ukrainie zostało już zniszczonych, a tylko przygotowanie sektora do zimy 2026/2027 wymagało według uzgodnionych latem szacunków dodatkowego wsparcia w wysokości około 650 mln euro. Jeszcze 3 września brakowało około 194 mln euro do pokrycia zidentyfikowanych potrzeb.

Z tego punktu widzenia nie należy patrzeć na rosyjskie uderzenia wyłącznie jako na próbę ograniczenia potencjału gospodarczego i wojskowego Ukrainy. Atak na elektroenergetykę, ciepłownictwo, wodociągi, transport i logistykę działa również bezpośrednio na możliwość utrzymania ludności w dużych miastach. W warunkach kilkunastostopniowego mrozu brak energii oznacza coś zupełnie innego niż latem. Kolejne godziny bez prądu przekładają się na brak ogrzewania, problemy z dostawami wody, funkcjonowaniem wind, szpitali, szkół, transportu publicznego, handlu i telekomunikacji. Kiedy uszkodzenia przestają być krótkotrwałą niedogodnością, a stają się trwałą właściwością życia, decyzja o wyjeździe nie musi wynikać ze zdobycia miejscowości przez rosyjską armię. Może wynikać z utraty możliwości normalnego przetrwania zimy.

Nie sposób na podstawie dostępnych informacji dowodzić, że każdy rosyjski atak na infrastrukturę energetyczną jest wykonywany zgodnie z formalnym planem wywołania określonej liczby uchodźców do Polski czy Niemiec. Byłoby to twierdzenie idące dalej niż materiał dowodowy. Można jednak mówić o czymś istotniejszym z punktu widzenia polityki publicznej: wymuszona migracja jest przewidywalnym skutkiem strategicznym niszczenia warunków życia ludności cywilnej, a efekt ten działa również na państwa wspierające Ukrainę. Sama strona ukraińska konsekwentnie interpretuje rosyjskie uderzenia w infrastrukturę i miasta jako próbę złamania morale społeczeństwa. Reuters zwraca obecnie uwagę, że wraz ze zbliżającą się zimą mieszkańcy Kijowa coraz częściej rozważają wyjazd właśnie w związku ze wzrostem intensywności ataków i ryzykiem dalszego pogorszenia warunków życia. W tym znaczeniu zniszczenie energetyki ma zasięg większy niż terytorium Ukrainy. Jeżeli część ludności zostanie zmuszona do wyjazdu, konsekwencją stanie się dodatkowa presja na Polskę, Niemcy, Czechy i inne państwa europejskie. Nie jest to ten sam mechanizm, który występuje w przypadku bezpośrednio organizowanej instrumentalizacji migracji na granicy białoruskiej. Nie mamy tu do czynienia z transportowaniem migrantów przez państwo przeciwnika pod konkretną granicę. Mechanizm jest pośredni: niszczyć zdolność funkcjonowania społeczeństwa tak długo, aż część ludzi podejmie decyzję o opuszczeniu kraju. Z punktu widzenia skutków strategicznych różnica jest jednak mniejsza, niż mogłoby się wydawać. Fala uchodźcza zwiększa koszty ponoszone przez państwa wspierające Ukrainę, tworzy napięcia społeczne, dostarcza paliwa ugrupowaniom wykorzystującym temat migracji, zwiększa podatność na operacje dezinformacyjne i może w konsekwencji osłabiać polityczne poparcie dla dalszego wspierania Kijowa. Ludzkie cierpienie zaczyna funkcjonować jako narzędzie pośredniego oddziaływania na społeczeństwa Zachodu.

Dla Polski nie byłby to powrót do lutego i marca 2022 roku. To jeden z najważniejszych elementów możliwego kryzysu, ponieważ mechanizmy przyjmowania uchodźców zmieniły się zasadniczo. W czerwcu 2026 roku ochroną czasową w Polsce nadal objętych było ponad 961 tys. osób z Ukrainy. Polska pozostawała drugim po Niemczech państwem UE pod względem liczby beneficjentów takiej ochrony. Łącznie w Unii było ich 4,41 mln. Nie mamy więc do czynienia ze społeczeństwem oczekującym na pierwsze pojawienie się ukraińskich uchodźców, ale takim, które od ponad czterech lat z nimi mieszka, pracuje, uczy dzieci, wynajmuje im mieszkania i dzieli z nimi usługi publiczne.

Na Pomorzu Zachodnim zjawisko to jest już głęboko zakorzenione. Według zestawienia danych PESEL UKR w połowie 2025 roku aktywny status ochrony czasowej posiadało w województwie około 46,5 tys. osób. Rzeczywista społeczność ukraińska jest przy tym szersza, ponieważ obejmuje także osoby przebywające w Polsce na innych podstawach prawnych. Nie jest ona ograniczona do Szczecina. Ukraińcy pracują i mieszkają w pasie nadmorskim, w otoczeniu Szczecina, w Stargardzie, Koszalinie, Szczecinku, Wałczu, Goleniowie, Gryfinie, Policach, w miejscowościach turystycznych, przemysłowych i rolniczych. To właśnie ta geografia może zadecydować o przestrzennym charakterze kolejnego napływu. Migracja w dojrzałej fazie rzadko przebiega bowiem według zasady równomiernego rozproszenia. Ludzie przemieszczają się tam, gdzie mają rodzinę, znajomych, wiedzę o lokalnym rynku pracy, możliwość uzyskania noclegu i dostęp do osób mówiących ich językiem. Po czterech latach wojny w Polsce istnieje bardzo rozbudowana infrastruktura społeczna migracji. Najnowsze badania CBOS pokazują jej skalę: 40% Polaków ma Ukraińców wśród swoich dalszych znajomych, 28% wśród kolegów ze szkoły lub pracy, 27% wśród przyjaciół i bliskich znajomych, 20% wśród sąsiadów, a 5% w rodzinie. Ogółem 55% badanych ma z Ukraińcami którąś z tych osobistych relacji.

To zmienia logikę ewentualnej nowej fali. W 2022 roku duża część ruchu miała charakter improwizowany. Ludzie jechali tam, gdzie znaleźli transport, punkt recepcyjny, miejsce w hali, hotelu, prywatnym domu albo ośrodku zbiorowego zakwaterowania. W 2026 roku znacznie większa część uchodźców może jechać pod konkretny adres. Będą dzwonić do siostry pracującej w Kołobrzegu, znajomego mieszkającego pod Szczecinkiem, kuzynki zatrudnionej w Goleniowie czy rodziny przebywającej w jednej z gmin wiejskich. Państwo i samorząd mogą więc przez pierwsze tygodnie nawet nie widzieć skali napływu, ponieważ duża jego część zostanie wchłonięta przez prywatne sieci. Istniejąca obecność Ukraińców jest jednocześnie największym zasobem Pomorza Zachodniego i jednym ze źródeł ryzyka. Zasobem, ponieważ sieci rodzinne i społeczne zdejmują z instytucji publicznych ogromną część pierwszego ciężaru. Nowo przybyła osoba może mieć zapewnione mieszkanie, pomoc w znalezieniu pracy, tłumaczenie, orientację w systemie szkolnym i dostęp do podstawowych informacji bez korzystania z oficjalnego punktu recepcyjnego. Region posiada również doświadczenie administracji, szkół, urzędów pracy, organizacji pozarządowych i pracodawców, którego w lutym 2022 roku nie było. Ryzyko polega na tym, że ten mechanizm będzie koncentrował napływ dokładnie tam, gdzie obciążenie integracyjne już istnieje. Dziesięć kolejnych rodzin nie musi być dużym problemem dla Szczecina. W małej gminie, w której dzieci ukraińskie stanowią już istotną część uczniów jednej szkoły, kilkadziesiąt nowych osób może wymusić utworzenie kolejnego oddziału, zatrudnienie nauczycieli, zorganizowanie transportu i zwiększenie pomocy psychologicznej. Dwadzieścia nowych gospodarstw domowych jest niemal niewidoczne na rynku mieszkaniowym dużego miasta, ale może być bardzo dużą zmianą na lokalnym rynku najmu w miejscowości liczącej kilka tysięcy mieszkańców. Ta asymetria powoduje, że regionalne dane zbiorcze będą stosunkowo mało użyteczne dla bieżącego zarządzania kryzysem.

Największa wrażliwość może pojawić się właśnie w małych miastach i na obszarach wiejskich. Nie dlatego, że są one z definicji mniej przyjazne uchodźcom. Problemem jest skala lokalnych systemów. W dużym mieście można rozproszyć dodatkowych uczniów między wiele szkół, dodatkowych pacjentów między wiele przychodni, a osoby szukające pracy między tysiące przedsiębiorstw. W małej miejscowości margines rezerw jest niewielki. Jedna szkoła, jeden ośrodek zdrowia, jeden OPS, ograniczona liczba mieszkań na wynajem i kilka autobusów tworzą system, który działa poprawnie przy normalnym obciążeniu, ale znacznie szybciej przekracza granicę wydolności. Do tego dochodzi specyfika zachodniopomorskiej sieci osadniczej. Duża powierzchnia województwa, niski poziom gęstości zaludnienia w znacznej części regionu oraz znaczne odległości między miejscowościami powodują, że samo istnienie wolnego mieszkania nie oznacza jeszcze realnej zdolności przyjęcia rodziny uchodźczej. Rodzina z dziećmi potrzebuje szkoły, transportu, lekarza i dostępu do pracy. Osoba starsza albo z niepełnosprawnością potrzebuje usług społecznych i medycznych. Umieszczenie ludzi w przestrzeni pozbawionej transportu publicznego może po kilku tygodniach wytworzyć znacznie więcej problemów niż rozwiązać ich brak mieszkaniowy. Kryzys migracyjny ma więc charakter przestrzenny, nie tylko liczbowy.

Sytuację komplikuje także to, że w 2026 roku Polska znajduje się już na innym etapie instytucjonalnym niż cztery lata temu. Status UKR został przedłużony do 4 marca 2027 roku i nowe osoby uciekające przed wojną mogą nadal uzyskać go po przybyciu do Polski, przy spełnieniu obowiązujących warunków. Jednocześnie zmieniono wiele nadzwyczajnych mechanizmów pomocy obowiązujących w poprzednich latach, w tym zasady dostępu do części świadczeń i zbiorowego zakwaterowania. Państwo zaczęło więc stopniowo wychodzić z modelu zarządzania sytuacją jako nadzwyczajnym kryzysem humanitarnym i przechodzić do modelu długotrwałego pobytu oraz integracji. Nowa fala przyszłaby w chwili, gdy część wcześniejszej infrastruktury kryzysowej jest już ograniczana lub przekształcana.

Równie głęboka zmiana zaszła po stronie społecznej. Wiosna 2022 roku była okresem wyjątkowej mobilizacji i społecznej gotowości do ponoszenia kosztów. Takiego kapitału solidarności nie można dzisiaj zakładać. Według badania CBOS z lipca 2026 roku po raz pierwszy od rozpoczęcia pomiarów więcej Polaków sprzeciwiało się przyjmowaniu uchodźców ukraińskich, niż je popierało (52% wobec 42%). Jednocześnie 54% badanych uważało, że pomoc udzielana Ukraińcom przez Polskę jest zbyt duża. Bezpośrednio po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji w 2022 roku poparcie dla przyjmowania uchodźców dochodziło do 94%. Nie oznacza to, że polskie społeczeństwo stało się jednoznacznie wrogie Ukraińcom. Te same badania wskazują przecież na bardzo dużą skalę codziennych kontaktów i osobistych relacji między obiema społecznościami. Co więcej, Polacy mogą popierać ograniczenie określonych świadczeń, a jednocześnie sprzeciwiać się pozostawieniu rodzin w sytuacji humanitarnej bez pomocy. CBOS odnotował przykładowo bardzo wysokie poparcie dla ograniczenia części świadczeń medycznych dla osób nieodprowadzających składek, ale jednocześnie większość respondentów sprzeciwiała się pozbawieniu określonych grup matek z dziećmi możliwości bezpłatnego pobytu w zbiorowym zakwaterowaniu. Społeczne nastawienie nie jest więc prostą linią od solidarności do niechęci. Jest raczej przejściem od bezwarunkowej pomocy do znacznie silniejszego oczekiwania wzajemności, samodzielności i jasno określonych reguł.

W takim społecznym otoczeniu może pojawić się nowa fala ludzi wymagających pomocy natychmiastowej i z natury rzeczy niezdolnych w pierwszych tygodniach do pełnej ekonomicznej samodzielności. Konflikt pomiędzy logiką humanitarną a logiką społeczną może więc stać się jednym z najtrudniejszych aspektów zarządzania sytuacją. Tym bardziej że ewentualny napływ będzie natychmiast przedmiotem politycznego sporu. Koszt mieszkania, miejsce w przedszkolu, kolejka do lekarza, świadczenie społeczne czy dodatkowe wydatki gminy mogą zostać łatwo przedstawione jako konflikt między „naszymi” i „obcymi”, nawet jeżeli rzeczywistą przyczyną problemu będzie wieloletni deficyt mieszkań, lekarzy czy miejsc w usługach publicznych. Dla Rosji jest to środowisko niezwykle korzystne dla prowadzenia działań informacyjnych. Dezinformacja nie musi przekonać większości mieszkańców, że uchodźcy są zagrożeniem. Wystarczy zwiększać intensywność istniejących napięć, wiązać każdy lokalny problem z obecnością Ukraińców, rozpowszechniać nieprawdziwe informacje o świadczeniach, preferencjach w dostępie do mieszkań czy opieki zdrowotnej i podważać sens dalszej pomocy Ukrainie. Im większe będzie rzeczywiste przeciążenie lokalnych usług, tym łatwiejsze będzie tworzenie wokół niego fałszywych interpretacji. Zarządzanie kolejną falą uchodźczą będzie więc równocześnie zarządzaniem informacją i zaufaniem społecznym.

Dlatego błędem byłoby sprowadzanie przygotowań do sprawdzenia liczby łóżek w miejscach zbiorowego zakwaterowania. Najważniejszym zasobem nie będzie łóżko, lecz zdolność poznania sytuacji wcześniej niż stanie się ona kryzysem. Pomorze Zachodnie potrzebuje regionalnego obrazu zdolności absorpcyjnej poszczególnych części województwa. Nie statystyki sporządzanej po kilku miesiącach, ale bieżącej wiedzy o koncentracji ludności ukraińskiej, wolnych miejscach w szkołach i przedszkolach, sytuacji na lokalnych rynkach mieszkaniowych, obciążeniu OPS i PCPR, dostępności podstawowej opieki zdrowotnej, możliwościach transportowych, liczbie wolnych miejsc w obiektach możliwych do czasowej adaptacji oraz potencjale organizacji pozarządowych i lokalnych sieci ukraińskich. Takiego obrazu nie jest w stanie stworzyć pojedyncza gmina, ponieważ widzi tylko własną część procesu. Nie stworzy go także sam Szczecin, choć będzie jednym z najważniejszych punktów koncentracji napływu. Potrzebny jest poziom regionalny pozwalający rozpoznać, że w jednym powiecie pojawiła się rezerwa mieszkaniowa, podczas gdy w sąsiednim zaczyna brakować miejsc w szkołach; że określona miejscowość posiada zakład pracy zainteresowany zatrudnieniem kilkudziesięciu osób, ale nie dysponuje mieszkaniami; albo przeciwnie – posiada zasób lokalowy, ale bez transportu i rynku pracy jego wykorzystanie doprowadzi do społecznej izolacji.

Województwo nie musi przy tym przejmować kompetencji państwa, wojewody ani gmin. Jego przewagą jest możliwość spojrzenia na proces jako na system regionalny. Samorząd województwa dysponuje instrumentami polityki rynku pracy, transportem regionalnym, częścią systemu ochrony zdrowia, funduszami europejskimi, polityką społeczną, edukacją regionalną, współpracą z organizacjami pozarządowymi i przede wszystkim zdolnością koordynowania wielu podmiotów, które osobno dysponują jedynie fragmentami wiedzy. W sytuacji kryzysowej właśnie połączenie tych fragmentów może mieć większą wartość niż stworzenie kolejnej instytucji. W praktyce oznaczałoby to przygotowanie regionalnego mechanizmu wczesnego ostrzegania opartego na kilku rodzajach danych i uzgodnienie progów, po których przekroczeniu uruchamiane byłyby kolejne działania. Inaczej należy przygotowywać się na napływ kilku tysięcy osób rozłożony na pół roku, inaczej na kilkanaście tysięcy w ciągu kilku tygodni, a jeszcze inaczej na gwałtowną falę będącą skutkiem załamania infrastruktury komunalnej jednego z dużych ukraińskich ośrodków. Nie trzeba dziś wiedzieć, który z tych wariantów się zrealizuje. Trzeba wiedzieć, co region zrobi w każdym z nich.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz wcale nie musi przypominać marca 2022 roku. Bardziej realny wydaje się napływ rozłożony w czasie, początkowo słabo widoczny w oficjalnych statystykach, oparty przede wszystkim na sieciach rodzinnych i znajomościowych. Właśnie taki wariant może być dla administracji szczególnie zdradliwy. Nie pojawią się tysiące ludzi na dworcu Szczecin Główny jednego dnia. Zamiast tego w kolejnych tygodniach będzie rosła liczba uczniów zgłaszających się do szkół, rodzin mieszkających po dwie w jednym mieszkaniu, osób poszukujących lekarza i pracy, a także problemów sygnalizowanych przez ośrodki pomocy społecznej. Kryzys może narastać, zanim zostanie politycznie rozpoznany jako kryzys. Najbardziej niebezpieczne byłoby wówczas powtórzenie błędu typowego dla administracji sektorowej: szkoła zobaczy problem uczniów, urząd pracy problem zatrudnienia, OPS problem pomocy społecznej, gmina problem mieszkań, NFZ problem pacjentów, a policja i służby problem napięć społecznych. Każda instytucja będzie miała poprawny fragment diagnozy, ale nikt nie będzie widział procesu. Na poziomie lokalnym jest to często nieuniknione. Na poziomie regionalnym nie powinno.

Szczególnej uwagi wymagają przy tym dzieci i młodzież. Kolejna fala uchodźców nie będzie składała się z abstrakcyjnych „migrantów”, lecz w dużej części z rodzin, które po kilku latach wojny mogą być obciążone znacznie poważniejszym doświadczeniem niż osoby przyjeżdżające w pierwszych miesiącach 2022 roku. Długotrwała wojna, śmierć członków rodziny, wielomiesięczne alarmy, nauka w schronach, utrata domu i kolejne przesiedlenie oznaczają zwiększone zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną i pedagogiczną. Samo zapisanie dziecka do szkoły nie jest jeszcze integracją. Zbyt duża koncentracja nowo przybyłych uczniów w pojedynczych placówkach może dodatkowo utrudnić zarówno ich adaptację, jak i normalną pracę szkoły. Analogiczne znaczenie ma rynek pracy. Dotychczasowa duża zdolność Polski do absorpcji uchodźców wynikała między innymi z relatywnie szybkiego wejścia wielu Ukraińców na rynek pracy. Pomorze Zachodnie, z niedoborem pracowników w części branż, może ponownie wykorzystać ten mechanizm. Nie należy jednak zakładać, że struktura nowej fali będzie odpowiadała aktualnemu popytowi przedsiębiorstw. Jeżeli wyjazdy będą związane przede wszystkim z załamaniem warunków życia w miastach podczas zimy, wśród przyjeżdżających może być relatywnie więcej dzieci, osób starszych, kobiet z obowiązkami opiekuńczymi oraz osób wymagających leczenia. Ekonomiczna absorpcja może być więc wolniejsza niż wcześniej.

Regionalne przygotowanie powinno również obejmować komunikację z mieszkańcami jeszcze przed potencjalnym napływem. Najgorszym momentem na tłumaczenie reguł pomocy jest chwila, gdy pod urzędem pojawia się kolejka, w internecie krąży informacja o rzekomym pierwszeństwie Ukraińców do mieszkań, a lokalna debata jest już spolaryzowana. Potrzebna jest prosta i konsekwentna komunikacja: jakie świadczenia rzeczywiście przysługują nowo przybyłym, kto je finansuje, jakie są warunki ich uzyskania, jakie są koszty dla gminy i jakie dodatkowe środki otrzymuje ona na realizację powierzonych zadań. Przejrzystość finansowa jest tu częścią polityki bezpieczeństwa. Plotka rozwija się najlepiej tam, gdzie administracja nie dostarcza informacji. Nie wolno jednocześnie traktować społeczności ukraińskiej wyłącznie jako przedmiotu polityki publicznej. Po czterech latach jest ona jednym z głównych zasobów organizacyjnych możliwej reakcji. Ukraińscy przedsiębiorcy, pracownicy szkół, tłumacze, organizacje społeczne, osoby prowadzące grupy informacyjne i ludzie o silnych kontaktach z konkretnymi miejscowościami w Ukrainie mogą dostarczać informacji wcześniej niż administracja. Mogą także skuteczniej przekazywać nowym przyjezdnym wiedzę o zasadach pobytu, pracy i korzystania z usług. Włączenie tych sieci w regionalny model przygotowań ograniczyłoby koszty i zwiększyło wiarygodność działań.

Perspektywa Pomorza Zachodniego wymaga zatem odejścia od prostego rozumowania, według którego jesteśmy daleko od ukraińskiej granicy, więc kolejne następstwa wojny dotrą do nas później i w ograniczonej skali. W przypadku migracji geografia działa inaczej. Pierwszym punktem przekroczenia granicy może być Przemyśl, Dorohusk czy Hrebenne, ale miejscem docelowym może od początku być Szczecin, Kołobrzeg, Koszalin, Goleniów albo niewielka wieś, w której mieszka już siostra lub kuzyn. Odległość od granicy nie jest dziś miarą ekspozycji regionu na migracyjne konsekwencje wojny. Znacznie lepszą miarą jest gęstość istniejących sieci społecznych. Na tym polega zasadnicza różnica między możliwą zimą 2026/2027, a sytuacją sprzed czterech lat. W 2022 roku Polska musiała stworzyć system przyjmowania ludzi praktycznie od zera. Dzisiaj taki system w sensie społecznym już istnieje – jest jednak rozproszony po mieszkaniach, zakładach pracy, szkołach i lokalnych społecznościach. Państwo posiada większe doświadczenie, ale społeczeństwo ma mniej mobilizacyjnej energii. Samorządy wiedzą więcej, ale wiele z nich ma mniej wolnych zasobów. Ukraińcy znacznie lepiej wiedzą, dokąd jechać, ale właśnie dlatego napływ może skoncentrować się w miejscach już obciążonych wcześniejszą migracją. Każdy z tych czynników jednocześnie zwiększa odporność i tworzy nowy rodzaj podatności.

Należałoby dziś budować nie wielki aparat kryzysowy w oczekiwaniu na wydarzenie, które może nie nastąpić. Byłoby to kosztowne i szybko utraciłoby społeczną wiarygodność. Racjonalna odpowiedź wygląda inaczej: stworzyć gotowość bez ogłaszania alarmu. Znać rezerwy systemu, posiadać aktualne dane, utrzymywać sieć kontaktów z samorządami i organizacjami, uzgodnić scenariusze, przygotować rozwiązania finansowe i organizacyjne możliwe do uruchomienia w ciągu dni, a nie miesięcy. Najważniejsze przygotowania mają dzisiaj charakter informacyjny i koordynacyjny, więc są relatywnie tanie. Ich brak może być bardzo kosztowny. Rosyjska presja energetyczna przypomina przy tym, jak bardzo zmieniło się rozumienie bezpieczeństwa regionalnego. Bezpieczeństwo Pomorza Zachodniego nie zaczyna się na jego wschodniej granicy i nie kończy na liczbie jednostek wojskowych czy zdolności ochrony infrastruktury krytycznej. Awaria ciepłowni w Kijowie, zniszczenie podstacji w Charkowie lub kilkutygodniowe przerwy w dostawie prądu w Odessie mogą po kilku tygodniach przełożyć się na liczbę dzieci w szkole w Stargardzie, ceny najmu w Kołobrzegu albo obciążenie ośrodka pomocy społecznej w niewielkiej zachodniopomorskiej gminie. Jest to wyjątkowo czytelny przykład tego, jak współczesne bezpieczeństwo przekracza granice sektorów i terytoriów. Dlatego regionalną odpowiedzią na możliwą kolejną falę migracyjną nie powinno być przygotowanie kolejnej akcji pomocy Ukraińcom. Potrzebne jest coś bardziej dojrzałego: przygotowanie systemu regionalnego na gwałtowną zmianę liczby i struktury jego użytkowników. W takim ujęciu pomoc humanitarna, mieszkalnictwo, edukacja, transport, rynek pracy, zdrowie, bezpieczeństwo i komunikacja społeczna przestają być osobnymi tematami. Stają się elementami jednej zdolności – odporności regionu na skutki wojny toczącej się tysiąc kilometrów od Szczecina.

Największym błędem byłoby uznać, że skoro cztery lata temu sobie poradziliśmy, poradzimy sobie również następnym razem. To nie będzie ten sam kryzys. W 2022 roku przewagą była niezwykła mobilizacja społeczna. W 2026 roku przewagą powinno być doświadczenie i organizacja. Jeżeli nowa fala nie nadejdzie, przygotowana sieć współpracy i regionalny obraz zasobów nadal pozostaną użytecznym narzędziem zarządzania migracją, polityką społeczną i bezpieczeństwem. Jeżeli jednak zimowa kampania przeciw ukraińskiej energetyce doprowadzi do kolejnego większego przesunięcia ludności, kilka tygodni przygotowań wykonanych teraz może rozstrzygnąć o tym, czy Pomorze Zachodnie będzie zarządzało tym procesem, czy przez pierwsze miesiące jedynie reagowało na jego skutki.